Dariusz Bugalski – syn Czesława i Zofii, ojciec Natalii, dziadek Maliny i Kazia, mąż Anny. Dziennikarz, poeta, pisarz, wykładowca akademicki. Ukończył kulturoznawstwo na Uniwersytecie Łódzkim. W 1998 rozpoczął pracę w Tok FM. Pracował w TVP 2 jako jeden z gospodarzy Pytania na Śniadanie oraz w telewizji TVN, gdzie prowadził program Uwaga. Od 2001 do 2020 w Programie 3 Polskiego Radia, do którego wrócił w 2025. Od 2020 prowadzi podcast K3. Publikował m.in. w Twórczości, Czasie Kultury, Toposie, Nowym Nurcie i Frazie. Współzałożyciel Stowarzyszenia Literackiego im. K. K. Baczyńskiego w Łodzi. Autor dziesięciu książek, w tym siedmiu tomów poezji. Za Turtle, Turtle, Turtle otrzymał w 1992 nagrodę za debiut przyznawaną przez Polskie Towarzystwo Wydawców. W 2016 r. wydał powieść Wirus – political fiction, a w 2017 r. tom wierszy Korespondent „Małego Przeglądu”, poświęcony Januszowi Korczakowi. Wykładowca na UMCS w Lublinie.
Uwielbia rozmawiać i uczyć się nowych rzeczy. Ta pasja stała się jego zawodem.
Jesteś znany przede wszystkim ze swojej pracy dziennikarskiej, ale wydałeś również kilka książek. Którą z nich cenisz najbardziej?
Tom związany z Korczakiem: Korespondent „Małego Przeglądu”.
Korczak odgrywa ważną rolę w Twoim życiu. Nadal masz w planach doktorat na jego temat?
Chciałbym, doktorat czy książkę, ale po prostu nie mam kiedy. Przeczytałem prawie wszystko, co napisał i co o Nim napisano; po polsku, i nie tylko. Różnie z tym bywa, często powtarza się komunały typu: człowiek dialogu, wielki pedagog, szacunek dla dziecka, troska o prawa dziecka. Oczywiście to wszystko jest bardzo ważne, ale chyba nie najważniejsze. Według mnie, Korczak miał szerszą strategię, której fragmentem była praca z dziećmi. Chodziło mu o coś więcej. Nazwałbym ją – to określenie wybitnego artysty Krzysztofa Wodziczko, akurat nie à propos Korczaka – „odwojnieniem świata”. Jak sądzę, Jemu chodziło o właśnie taką zmianę: zmianę świata w nieprzemocowym kierunku. Wykorzystywał do tego również media. Bo Korczak był przecież wybitnym człowiekiem mediów! A pismo, które stworzył, „Mały Przegląd”, jest moją największą fascynacją.
Powiedz coś proszę o tych działaniach medialnych Korczaka.
Był felietonistą ważnych pism, na przykład „Głosu”, dla którego pisały wielkie postacie, jak Ludwik Krzywicki czy Stanisław Brzozowski. Korczak, jako młody człowiek, dwudziestoparolatek, też tam pisał. Ciekawe jest to, jak zmienia się sposób jego widzenia, jak ewoluuje. Bo wcześniej był na przykład satyrykiem, pisał do popularnego czasopisma „Kolce”. Potem publikował w mniej znanym piśmie „Czytelnia dla Wszystkich”. A potem „Głos”. Jego droga prowadziła od pozytywizmu po lewicową antysystemowość, bo w tym „Głosie” był walczącym „lewakiem”, jak dzisiaj niektórzy mówią. Również w tym duchu pisał wtedy książki, na przykład Szkołę życia, w której kompletnie zanegował system edukacji i wizję edukacji, które wówczas obowiązywały. Po latach pojawił się „Mały Przegląd”, który powstawał z materiałów przysyłanych przez dzieci. To był chyba efekt pewnego przełomu w jego życiu, o którym się w ogóle nie pisze. Ten przełom widać wyraźnie, nie tylko w tekstach Korczaka, ale oczywiście w głównym wydarzeniu jego biografii, czyli prowadzeniu Domu Sierot. W książce Jamesa Hillmana „Miłość do wojny” jest opowieść o weteranach wojennych. Hillman zauważa, że ci, których wojna nie złamała, stają się bardzo często peacemakerami; na różne sposoby i na różnych polach. I to jest także opowieść o Korczaku.
Kiedy Korczak pojawił się w Twoim życiu?
Nie tak dawno, bo w Roku Korczakowskim, czyli w 2012. Wtedy widziałem na Krakowskim Przedmieściu wystawę plenerową. Były tam zdjęcia i fragmenty tekstów Korczaka, w tym o radiu, bo on był również gwiazdą radia. Między innymi to: „Radio zmieni ciężar gatunkowy człowieka”. I wtedy doznałem czegoś w rodzaju olśnienia: zdałem sobie sprawę, że on był moim kolegą z radia! Występował na antenie Polskiego Radia blisko sto lat temu. Niestety nie ma żadnych jego nagrań, nawet nie wiem czy istniały, ale są teksty, które tam wygłaszał wydane jako Pedagogika żartobliwa. Wtedy zacząłem czytać po kolei wszystko, co napisał. I tak właśnie trafiłem na „Mały Przegląd”. Pomyślałem, że powinienem napisać o nim książkę. Właściwie to nawet zrobiłem, bo napisałem tomik wierszy. Miałem wiersze, które pisałem nie myśląc jeszcze o Korczaku, ale potem uświadomiłem sobie, że one są bardzo korczakowskie, że On jest w nich bardzo obecny. Nie wiedziałem jak je uporządkować, ale wpadłem na pomysł, że zrobię to tak, jakbym z Nim rozmawiał. I de facto tak było, bo wykorzystałem teksty, które pisał w „Małym Przeglądzie”. Na początku prawie wszystko pisał sam, dopiero później zaczęły przychodzić teksty dzieci, które zamieszczał. Bo rewolucja „Małego Przeglądu” polegała na tym, że to było „Pismo dzieci i młodzieży”, jak głosił jego podtytuł. Nie „dla” (choć na początku tak on brzmiał), ale „DZIECI I MŁODZIEŻY”, bez „dla”. To była zachęta, by mówiły po swojemu, własnym głosem. A ja zbudowałem ten tomik tak, jakbym był „korespondentem” Małego Przeglądu (tak nazywano autorów tekstów) i pisał do tego czasopisma. Brałem fragmenty tekstów Korczaka i łączyłem ze swoimi; tak ze sobą rozmawialiśmy. Czyli, Korczak stał się w gruncie rzeczy narratorem tego tomiku. Był skrupulatny, układał korespondencję dzieci w kolejne „poczty” i na nie odpowiadał. Tworzył pewną relację z tymi napływającymi listami. Ja również tak poukładałem te wiersze, ułożyłem je w rytmie roku.
Jesteś człowiekiem dialogu, poetą, miłośnikiem muzyki. Co było w Twoim życiu pierwsze, rozmowa, poezja czy muzyka?
Z pamięcią jest tak, że ona konstruuje, a nie rekonstruuje; układamy więc przeszłość, jak nam się podoba. Ale mam takie ważne wspomnienie: w wieku może pięciu lat idę z moją mamą, która trzyma mnie za rękę. Opowiadam jej książki, które przeczytałem, bo ja bardzo wcześnie nauczyłem się czytać. I ona to ściska mnie za rękę, to rozluźnia swój uścisk. Ten uścisk oznaczał dla mnie, że w tym momencie to, co mówię jest wyjątkowo ciekawe. Pamiętam to pierwsze przeżycie, kiedy poczułem, że kogoś obchodzi to, co mówię, że moje słowa działają. Potem było doświadczenie z muzyką, trochę grałem na pianinie.
Chodziłeś do szkoły muzycznej?
Nie, to były prywatne lekcje. Doszedłem do poziomu wczesnych mazurków Chopina, takich najłatwiejszych. To i tak nieźle, ale talentu do tego grania to ja jednak nie miałem… Jednak muzyka była dla mnie bardzo ważna. W liceum świetnie się uczyłem, ale miałem taki trochę chuligański czas, kiedy razem z kolegami podpadaliśmy różnym nauczycielom, zwłaszcza temu od „śpiewu”, jak się wtedy mówiło. To nie były chuligańskie wybryki w dosłownym znaczeniu, tylko takie aroganckie zachowania, jakie miewa się czasem w tym wieku. W końcu nasz profesor, którego zresztą znakomicie wspominam, wkurzył się na nas. Kazał nam się uczyć gry na flecie i sprawdzał, czy umiemy. Ja się nauczyłem, ale koledzy nie, więc stawiał im dwóje. W pewnym momencie już tak mu podpadliśmy, że nam nie odpuszczał. Być zagrożonym ze „śpiewu”… No, nieźle…. Któregoś razu wyrwał mnie do odpowiedzi. Ja nie przeczytałem tego fragmentu z podręcznika i w ogóle nie bardzo wiedziałem, o co chodzi, ale pytanie dotyczyło jazzu, a ja już zdążyłem go pokochać. Wstałem i zacząłem opowiadać o Parkerze i Ellingtonie. Profesor patrzył na mnie ze zdziwieniem i w końcu zapytał, czy chcę wziąć udział w olimpiadzie. To było w drugiej klasie liceum; pomyślałem, że to szansa, żeby już się nie bronić przed tą dwóją z muzyki, więc wystartowałem.
Z jakim skutkiem?
Zająłem drugie miejsce w Polsce. Sam nie wiem, jak to się stało, bo tam byli świetnie przygotowani ludzie. Pamiętam kolegę, który potrafił zanucić wszystkie tematy wszystkich symfonii Beethovena. A potem, podczas eliminacji centralnych, jednym z zadań było rozpoznawanie utworu i opowiadanie o nim. On dostał IX Symfonię i jej nie poznał! Był przeuczony, zaczął za bardzo kombinować i powiedział, że to oratorium Haydna.
Jaki utwór dostałeś do rozpoznania?
Dopisało mi szczęście. To była pierwsza edycja tej olimpiady, położono nacisk na muzykę współczesną, którą się fascynowałem; z tymi dziwnymi dźwiękami i notacjami. Dużo przeczytałem na ten temat i nawet członkowie komisji byli zdziwieni, że tyle wiem. Trafiłem na bardzo łatwy utwór. Że to „Obrazki z wystawy” poznałem po dwóch dźwiękach trąbki z tej orkiestrowej wersji. I okazało się, że zająłem drugie miejsce. Miałem zagwarantowany wstęp na muzykologię, musiałem tylko zdać egzamin z harmonii. Ale byłem tak bardzo rozpuszczony sukcesem, że w ogóle nie przyszło mi do głowy, żeby się tego uczyć, więc się i nie nauczyłem. Druga możliwość była taka, że mogłem pójść bez egzaminu na kulturoznawstwo. I tak zrobiłem. Muzyka zawsze była i wciąż jest ważna. Mam mnóstwo płyt, pewnie kilka tysięcy i słucham ich w kółko.
Jak to się stało, że w liceum Twoja wiedza o jazzie zadziwiła nauczyciela?
Dowiedziałem się, że istnieją wielcy muzycy: Parker, Ellington czy Coltrane. I było dla mnie oczywiste, że trzeba ich słuchać i czegoś się o nich dowiedzieć.
Ale to nie jest takie oczywiste.
Mnie to fascynowało. Moi rodzice byli nauczycielami, ojciec do pewnego momentu, mama przez cały czas. Na pewno ważne jest to, że w domu były książki, dużo i dobre. W takim małym miasteczku, z którego się wywodzę, czyli w Augustowie, to nie było takie częste. Mieliśmy również płyty. Potem zacząłem je kupować z kieszonkowego. Pamiętam jak pojechałem do Czechosłowacji. To była nagroda dla olimpijczyków z województwa. Już pierwszego dnia poszedłem do sklepu i wydałem na płyty wszystkie pieniądze. Koledzy chodzili na piwo, a ja nie miałem za co. Nie miałem ich też na dyskotekę i pamiętam, że jeden z wychowawców za mnie zapłacił. Dla mnie ważniejsze były kolejne płyty. Do dziś je kupuję.
A poezja?
Poezja pojawiła się bardzo późno. Nie pisałem wierszy w liceum, kiedy się zwykle zaczyna. U mnie ten impuls pojawił się dopiero, kiedy miała się urodzić moja córka. Napisałem wtedy pierwsze wiersze. Na studiach świętej pamięci profesor Joanna Ślósarska, osoba bardzo wybitna, uczyła nas komparatystyki literackiej. Miała kosmiczne horyzonty, czasem w ogóle nie wiedzieliśmy o czym mówi. Sefiroty, kabała, poeci staroindyjscy… Była również poetką. I nie wiem co mnie tknęło, ale wysłałem jej moje wiersze, a miałem ich dopiero kilkanaście. Potem wysłałem je również na konkurs i wygrałem go.
Widzę, że za co się nie zabrałeś, to kończyło się sukcesem.
To jest bardzo dziwne: wygrywam na początku, a potem już nie. Tak było we wszystkich moich działaniach twórczych. Natychmiast nagroda, a potem nic. Tak samo było z podcastem, który tworzę. Podobnie, kiedy zacząłem pracować w Muzeum Sztuki w Łodzi, gdzie zajmowałem się edukacją artystyczną. Przepracowałem może dwa miesiące i dział, w którym byłem zatrudniony, dostał nagrodę premiera! Ta zbiorowa nagroda mi się przecież zupełnie nie należała, ale wyszło jak wyszło; na kredyt. Zawsze tak było, na początku sukces, taka jakby zachęta od losu; a potem do roboty! Jak Korczak napisał w jednym ze swoich radiowych tekstów: „Ciągnij, kawalerze, ciągnij!”.
Dlaczego porzuciłeś muzeum dla radia?
Niestety, to muzeum miało bardzo słaby czas, wręcz chyliło się ku upadkowi. To się działo z różnych przyczyn, między innymi z powodu fatalnych decyzji personalnych. Ale też czasy były bardzo trudne – depresja łódzka lat dziewięćdziesiątych. Inne miasta odżyły, a Łódź szła w dół. No i to muzeum się po prostu rozpadało. W dodatku naraziłem się jednej z pań dyrektorek i już nie miałem czego tam szukać. Kolega powiedział mi o naborze do BBC. To ciekawa sprawa, bo BBC miało wcześniej filię środkowoeuropejską w Pradze, a potem przeniosło się do Warszawy i jego szefowie mieli taki pomysł, żeby połączyć siły z nowym projektem. Był to dzisiejszy Tok FM, pierwotnie Inforadio. BBC miało dawać swoją markę i newsy, a Inforadio: rozmowy. Format news and talk. Byłem w desperacji. I z tej desperacji wziąłem udział w konkursie do pracy w tym radiu i wygrałem go.
Już nie jestem zdziwiona kolejną wygraną. Jeszcze powiedz, że dostałeś tam nagrodę.
Tak, dostaliśmy nagrodę za szerzenie tolerancji. Naszego radia słuchał świętej pamięci profesor Mikołaj Kozakiewicz, wybitna postać: szanowany socjolog i seksuolog, wówczas Marszałek Sejmu. I ta nagroda to dzięki niemu. A radio rzeczywiście było otwarte światopoglądowo. Na przykład jako jedni z pierwszych mówiliśmy w nim o osobach z niepełnosprawnościami. Bardzo fajne radio, w którym rozmawialiśmy z ludźmi. Dostałem pasmo wieczorne, od poniedziałku do piątku. Najpierw miałem dwie godziny na żywo, potem trzy. Ogromny przeskok w stosunku do tego, co robiłem wcześniej. Miałem niezły trening opowiadając ludziom o sztuce, i to w dodatku o tej „trudnej”, nowoczesnej i współczesnej, ale jednak praca w radiu była czymś nowym. To były dobre czasy ze wspaniałymi ludźmi. Mieliśmy świetnych trenerów, dużo się uczyliśmy; wspaniałe doświadczenie.
A potem zaczęła się Twoja wieloletnia współpraca z radiową Trójką.
Właściciele Tok FM oczekiwali, że to radio będzie jednym z najchętniej słuchanych w Polsce, co się okazało oczywiście mrzonką, i chcieli je nawet zamknąć. Zaczęli od redukcji zespołu. Potem Tok FM odrodził się w trochę innej formie. Mój szef, Eugeniusz Smolar, który mnie do Inforadia angażował, został dyrektorem programowym Polskiego Radia i zaprosił mnie do współpracy. Zostałem kierownikiem redakcji, co było dla mnie doświadczeniem strasznym. Ja chciałem prowadzić audycje, ale propozycja była zero-jedynkowa, więc nie miałem wyjścia. Potem uratowała mnie kolejna reorganizacja Polskiego Radia. Dostałem propozycję, żeby zostać tym kierownikiem nadal, ale udało mi się nim już dzięki Bogu nie być.
Nie będę Cię pytać o Twoje odejście z Trójki w 2020 roku, bo miało miejsce na fali zmian i wydarzeń, które są raczej znane. Ale dlaczego po pięciu latach postanowiłeś wrócić?
Bardzo mi brakowało tego, co tam robiłem. Rozmowa ze słuchaczami na żywo to była moja radiowa specjalność. A w podcaście tego przecież robić się nie da. Bardzo się cieszę, że sytuacja w Trójce się zmieniła, atmosfera jest dobra, może nawet lepsza niż wcześniej, czyli przed czasami rządów PIS-u, które były koszmarem. Cieszę się, że mogłem wrócić i mam swój program, nazywa się „Linia nocna”: dwie godziny na antenie, w niedzielny wieczór. To jest specyficzny rodzaj pracy, bardzo trudny, bo trzeba próbować stworzyć atmosferę zapraszającą słuchaczy do kontaktu, opowiadać własne wciągające historie i być gotowym wysłuchać opowieści innych, łączyć wątki tych opowieści czytając mejle, które przychodzą w trakcie programu, improwizować z muzyką. Pierwsze telefony i listy zaczynają się pojawiać po trzydziestu-czterdziestu minutach. W tym czasie to ja powinienem utrzymać uwagę słuchaczy. Choć tych kilka lat w Tok FM, a potem „Trójka pod Księżycem” to był bardzo wymagający trening, więc tragedii nie przeżywam. Ta praca jest jak tworzenie patchworku, nadawanie struktury, budowanie spójnej opowieści z tych rozmów i z muzyki, którą wybieram. Rozmowy ze słuchaczami przynoszą czasem coś tak pięknego i głębokiego… To jest wspólnota życiowych doświadczeń, uczuć, bycie ze sobą blisko. Dzielimy się tym ze sobą, a nie „zabieramy głos”. A to ogromna różnica. Bywa wspaniale: a przecież nie znalazłbym tych ludzi; oni sami dzwonią i piszą. I to jest moc tego programu.
A psują Ci go czasem w jakiś sposób?
Bywa i tak. Podczas pierwszego Trójkowego programu zadzwonił jakiś pan i zaczął mnie mocno atakować, zarzucał mi brak etyki. Psuję radio! Tymczasem chcę jasno powiedzieć: Polskie Radio zepsuła, no prawie im się to udało, poprzednia, pisowska władza. A wracając do tego słuchacza: trudno, tak się zdarza. Są też osoby, które jakoś bardzo chcą zaistnieć, ciągle dzwonią i właśnie zabierają głos. Inni nie wytrzymują presji ekspozycji publicznej… Ja nigdy do radia nie dzwoniłem, ale wyobrażam sobie, jakie to jest trudne! Ludzie się czasem spalają, czasem nie potrafią zgrabnie powiedzieć tego, co im leży na sercu; nie zawsze dają radę psychicznie. Próbuję stworzyć bezpieczną, gościnną przestrzeń do rozmowy, daję ludziom czas, ale różnie to wychodzi, jak to w życiu. Jednak wiem, że jeżeli potraktuję moich rozmówców i rozmówczynie z szacunkiem i oni będą wiedzieć, że ich naprawdę słucham, a w każdym razie się staram, to kolejna osoba, która zechce zadzwonić, a ma pewne opory, będzie wiedziała, że może to zrobić. To jest budowanie zaufania, to sprawa podstawowa. A przed nim jest szacunek.
To wiąże się ze sporym czynnikiem niepewności, nigdy nie wiesz jak potoczy się Twoja audycja.
Jest dużo niepewności, ale właśnie to jest wspaniałe! Jak powiedziała bohaterka Tove Jansson, Too-Tiki: „Wszystko jest niepewne i to mnie uspokaja”. Muszę coś dać słuchaczom, żeby coś od nich dostać. Dar. Wymiana. Daję ludziom coś, co przygotowałem, daję im swoją uwagę i myślę, że czują mój szacunek do nich. Dzięki temu możliwa jest nasza relacja. Chcę podkreślić, że nie tylko ja tworzę ten program. Wydawcą „Linii nocnej” jest mój przyjaciel Darek Pieróg, znakomity dziennikarz, który pracuje w Trójce od bardzo dawna. Ma bardzo ważną rolę, bo odbiera telefony, rozmawia wstępnie ze słuchaczami, akceptuje ich udział w programie lub nie. Przez cały czas jestem w kontakcie z Darkiem, czasem wymieniamy piosenki, czasami go proszę, żeby odnalazł jakiś utwór w playliście w trakcie programu, bo pojawia się konieczność odniesienia do tego, co ktoś powiedział. Muszę też brać pod uwagę czas muzyki, czas wypowiedzi dzwoniących i modyfikować swój plan w razie potrzeby. To trudne, ale ekscytujące.
W telewizji pracowałeś dość krótko. Nie podobało Ci się?
Chyba nie za bardzo się nadaję do telewizji. Chociaż to było ciekawe doświadczenie. Pracowałem w „Pytaniu na śniadanie” , ale to nie do końca było dla mnie, głównie ze względu na tematykę tego programu. To jest wymagający program: dużo gości, zmiana tematów i miejsc. Trzeba to wszystko jakoś synchronizować, czasami przejąć inicjatywę, bo goście bywają różni. Myśmy go prowadzili z Agatą Młynarską i bardzo dobrze to wspominam, tylko, że to nie było moje. Podobnie było z „Uwagą”, gdzie musiałem stać i mówić z ponurą miną okropne rzeczy.
Zdarzało Ci się, albo może wciąż się zdarza, odczuwać stres przed rozmową ze swoimi gośćmi?
Zawsze! A teraz chyba nawet bardziej niż kiedyś. Więcej widzę, więcej wiem i zdaję sobie sprawę, jak dużo można zepsuć, jak wiele może się zdarzyć. Mam rutynę, więc jakoś mnie to trzyma w pionie, ale zawsze się denerwuję.
Osoba, którą masz przed sobą też Cię stresuje?
Tak, ale nie chodzi rangę społeczną tych osób, chociaż też, przecież głupio się zbłaźnić; ale raczej o to, że zdarzają się rozmówcy nieprzyjemni, bufoni, a kto lubi takie spotkania! Bywają różne historie… Nie będę mówił kto, ale ktoś bardzo znany napisał książkę i przyszedł o niej rozmawiać. Jeszcze przed audycją spotkał się w studio ze swoim wydawcą i zachowywał się bardzo arogancko. To było tak niegrzeczne, że bałem się o to, co będzie dalej. Ale kiedy weszliśmy do studia, zmienił optykę. On wiedział, że tak trzeba zrobić, żeby się audycja udała, ale w takich wypadkach pozostaje przyjąć strategię zadaniową i tyle. Czasami się zdarza, że przychodzą ludzie, którzy się nie lubią albo nie ma między nimi chemii, popisują się przed sobą; to jest okropne. Jakoś sobie z tym radzę, ale konflikt dużo mnie kosztuje. Czasami muszę ostro interweniować i to jest nieprzyjemne, bardzo tego nie lubię. Ale trzeba reagować, bo jestem gospodarzem i jestem odpowiedzialny za to co się dzieje w czasie programu, za miejsce, do którego moich słuchaczy i słuchaczki zapraszam. Na szczęście dawno nie miałem takich sytuacji.
Z czego jesteś najbardziej dumny zawodowo?
Chyba jednak z mojego podcastu; nazywa się K3. On mnie bardzo angażuje, wymaga dużo pracy. Trzeba się do niego dobrze przygotować, a potem spotkać się z gośćmi i dać z siebie ile mogę, żeby ta rozmowa się dobrze potoczyła. A potem jest montaż, który czasami jest upiorny. Prawie wszyscy, których zapraszam są wybitnymi ekspertami w swoich dziedzinach. A przede wszystkim bardzo fajnymi ludźmi: wkładają serce w to, co robią. Wierzą w to, że jak powiedział Korczak, „nie można zostawić świata takim, jakim się go zastało”. Tyle że często nie potrafią mówić. To znaczy opowiadają bardzo ciekawie, tyle, że… jak by to powiedzieć… Często aparat mowy nie daje rady. I pewnie ktoś inny by tego nie zauważył, ale ja mam standard radiowy, może i nadmiernie wyśrubowany, więc słyszę na przykład te różne podpórki językowe, których ludzie nadużywają. Trzeba to wszystko wycinać; cmokania i mlaskania też; ale to często nie wystarcza. Potrzebna jest postprodukcja. Mam przy tym kupę roboty, ale te rozmowy są dla mnie wielką radością. Zwłaszcza gdy w pewnym momencie coś się takiego dzieje między nami, że zaczynamy rozmawiać z innego, głębszego poziomu, z poziomu serca.
Staram się nie zapraszać kogoś, kto prezentuje i pielęgnuje swoją fasadę. Ale bywa i tak, że w poczuciu bezpieczeństwa i szacunku ten ktoś ukazuje coś prawdziwie, autentycznie głębokiego. Dla takich momentów i dla takich ludzi warto się przy montażu pomęczyć.
Często słuchacze podkreślają ogromną wartość Twoich rozmów i fakt, że dowiadują się rzeczy, z których nie zdawali sobie sprawy. Ty usłyszałeś od swoich gości coś szczególnie cennego?
Dziękuję. To bardzo miłe… Tak, jest dużo takich rzeczy, takich rozmów, które otworzyły mi na coś oczy. Na przykład odkryłem metodę ACT, czyli Terapię Akceptacji i Zaangażowania. Tam jest mowa o tym, że cierpienie jest immanentną częścią naszego życia. Niby to oczywiste… Niby. Ale trzeba i można coś zrobić; należy próbować, ale po prostu tak jest i trzeba to uznać. Miałem zaszczyt rozmawiać z takimi wspaniałymi ludźmi, jak pani Hanna Trzeciakowska i pani Wanda Traczyk-Stawska. Byłem w domu u Pani Wandy, spakowałem już mój sprzęt, mieliśmy się żegnać. I popatrzyłem na zdjęcia stojące na pianinie. Jedno rozpoznałem, bo to był jej świętej pamięci brat, który zginął w Powstaniu. Drugiej osoby nie znałem. Usłyszałem, że to jest dziewczyna z Powstania, nieznana, bezimienna bohaterka. I że pani Wanda Traczyk-Stawska – to znowu, tak jak z Korczakiem, postawa weterana wojny; kogoś, kto wie, co to takiego, więc kultywuje pokój – robi to jakby w imieniu tej anonimowej, jakby niewidocznej kobiety. A potem dodała: „Wie pan, ja to w Powstaniu dobrze miałam”. „Jak to?” „Jestem mała, sprytna, szybko biegałam. Ale jak tak na pana patrzę, to… za duża powierzchnia rażenia”. Szkoda, że to się już nie nagrało! A pani Hanna Trzeciakowska, również uczestniczka powstania, a także wybitna tłumaczka, między innymi Jane Austen i Faulknera, podarowała mojej żonie książkę z autografem. Ania zadzwoniła, żeby podziękować. To było w przeddzień inwazji Putina na Ukrainę w 2022. Ania, mocno wzruszona, powiedziała „Czy pani pozwoli, że panią przytulę, chociaż tak przez telefon”. Na co pani Hanna „A skąd pani wie, że jak jest wojna, to się trzeba do siebie przytulać”?
Mam pewien repertuar opowieści, czasami je powtarzam, ale robię to świadomie, bo one są dla mnie ważne i zakładam, że mogą być ważne dla moich słuchaczy i słuchaczek. To jak z ulubionymi melodiami, wybieramy je z jakiegoś powodu. Ludzie, z którymi rozmawiam też takie mają. Ale czasami, nagle człowiek mówi coś spoza tej swojej „playlisty”, coś szczególnego, coś innego niż zazwyczaj. Takie momenty w K3 są dość częste.
Czujesz odpowiedzialność za swój podcast, za treści, które się w nim pojawiają?
Daję rozmówcom mikrofon i swoje uszy i usta do rozmowy. To jest odpowiedzialność. Dlatego też czuję tremę. Kiedyś miałem takie swoje narcystyczne fazy, ale na szczęście dużo nad tym pracowałem. Trudne to było, ale jakoś chyba daję radę; wiesz: psychoterapia, spotkania z tymi wspaniałymi ludźmi, doświadczenia życiowe … To daje pokorę. I buduje zaufanie. Moi goście tu przyjeżdżają. I muszą wejść na czwarte piętro, nie ma windy. To wymaga wysiłku. A jednak chcą. Bez zaufania i szacunku by nie chcieli. Czasem i ja gdzieś jadę. Ale unikam tego jak mogę, z powodów technicznych. Na przykład klimatyzacja chodzi, jest płyta indukcyjna albo dudni jeszcze coś innego. Kilka razy się potem strasznie z tym męczyłem. A bardzo dbam o jakość tych rozmów, także jakość techniczną. Moi rozmówcy przyjeżdżają, muszą wejść na czwarte piętro, wkładają w to wysiłek i czas. I to jest tak jakby moi słuchacze i słuchaczki też musieli wejść na to czwarte piętro. K3 to dość wymagający podcast. Ale z góry lepiej widać, prawda? Jakoś mi się to wszystko układa. Może to jest synchroniczność, że tak to się dzieje? Ktoś do mnie napisze i zaproponuje spotkanie albo ja kogoś znajdę. I warto. My też poznaliśmy się, można powiedzieć przez przypadek. Przypadek?
Raczej nie. Marzysz o spotkaniu z kimś?
Nie, w ogóle tak nie myślę. Mam ukochanych artystów, do których należy na przykład Bruce Springsteen. Cudownie byłoby z nim porozmawiać, ale to jest nierealne. Poza tym, jakbym z nim rozmawiał? Mówię po angielsku, nawet nieźle, ale to nie jest to samo; język wyuczony jest z innego miejsca w człowieku. A poza tym obawiam się, że to by była zdawkowa rozmowa, na chybcika. 15 minut i kolejny dziennikarz; te sprawy. I poczułbym pewnie zawód. Czasem lepiej, żeby marzenia się nie spełniały.
Jakie były najważniejsze spotkania w Twoim życiu?
Długa historia, długo by opowiadać… Nie wiem co mam wybrać, trudne. Na pewno spotkanie z Korczakiem jest przełomowym doświadczeniem życiowym, chociaż przecież nie znam Go osobiście. Ale tak jakbym znał…. To Jego zdanie, że radio zmieni ciężar gatunkowy człowieka było przełomem. Moje różne narcystyczne myśli, chęć bycia sławnym; to wszystko stało się bez sensu. Dotarło do mnie: Czy to co robię zmieniło ciężar gatunkowy jakiegoś człowieka? Mój ciężar gatunkowy?
Ważne były też inne spotkania z ludźmi, których nie znam. Na przykład z Vanem Morrisonem. Jego piosenki, kto wie czy nie uratowały mi życia. Byłem wtedy w trudnym okresie kryzysu wieku średniego, rozwodziłem się. Miałem duże poczucie winy oraz pogubienia, bezsensu, pustki. I wtedy zacząłem słuchać jego piosenek. W trakcie warsztatu, fragmentu mojej psychoterapii, w przerwie słuchałem jego „And the Healing Has Begun”, czyli „Leczenie się rozpoczęło”. Zacząłem płakać. Nie mogłem się uspokoić. „And the Healing Has Begun”…
I oczywiście spotkanie z moją żoną Anią. Ona mi się pomogła uratować.
Czego się dowiedziałeś o sobie, rozmawiając z innymi?
Że istnieje magia strony zwrotnej języka. „Siebie” oznacza: i „ja” i, „my”. To ta wiedza zmienia.
Pamiętam, że dostałem trudne zadanie po śmierci Jana Pawła II. Nie jestem, jak to się mówi, „wierzący”, albo jeśli, to jakoś po swojemu, mam bardzo krytyczny stosunek do Kościoła. To temat na dłuższą rozmowę, ale mówię o tym, żeby pokazać tło tej historii. Ale ja akurat „płakałem po papieżu”. Miałem rozmawiać z ludźmi w studio i ze słuchaczami, o tym co czują i jak go wspominają. Codziennie, przez cały tydzień, dwie-trzy godziny dziennie. Przeżycie: wchodziłem do studia na miękkich nogach. I wtedy coś mi się przypomniało, coś, czego sens stał się ważny, a nawet bardzo ważny. Przypomniał mi się obrazek w jakimś piśmie i tekst, że uczeni amerykańscy odkryli w stanie Oregon największy grzyb na świecie; z grzybnią, która ma kilkaset hektarów. Pomyślałem, że to jest historia o nas, o ludziach. My tworzymy taką „grzybnię”. I to jest właściwie ta opowieść o „sobie” i „sobie”. Jeżeli to się poczuje w środku, a nie tylko w głowie, to doświadczenie naprawdę zmienia. I zaczyna się inaczej słuchać i rozmawiać. Oczywiście, trzeba się do rozmowy przygotować. Ale jeżeli się to czuje, to procedury rozmowy nie są aż tak bardzo potrzebne. Jeżeli się to poczuje, to rozmowa sama się układa.
K3 nazwałeś „podcastem o dobrym życiu”. Jakie życie dla Ciebie jest dobrym życiem?
Mówiąc najkrócej, to jest życie, w którym człowiek czuje, że podąża za swoim powołaniem. Moją ulubioną książką jest Kod duszy: W poszukiwaniu charakteru człowieka i jego powołania Jamesa Hillmana, gdzie jest między innymi opowieść o daimonionie. Ta idea jest bardzo ciekawa. Pokrótce: chodzi o pewien rodzaj bytu, o głos, który nam podpowiada, pokazuje ścieżkę. Oczywiście możemy go posłuchać albo nie, i często nie słuchamy. On się odzywa w różnych miejscach, w różnych okresach życia i chwilach, często takich przełomowych, jak mówią Grecy – kairos. Nie posługuje się jasnym językiem, tylko różnymi znakami, na które trzeba być bardzo czujnym. Oczywiście, o dobrym życiu można mówić na różnych poziomach i patrzeć na to z różnych perspektyw, ale jedna z nich jest właśnie taka.
Masz dobre życie?
Tak. Ważne jest, żeby żyć po swojemu. Często świat pcha nas w różne strony, które są na przykład wysoko cenione społecznie. Choćby te profesje, które ludzie wybierają, ale się do nich po prostu nie nadają i potem mają smutne życie, które topią w alkoholu. Ja swojego życia nie topię. Jest dobre, a jednym ze wskaźników jest akceptacja, docenienie tego co robię. Zbieram korespondencję od moich słuchaczy, zapisuję sobie niektóre mejle czy wpisy. Może kiedyś jeszcze jakoś je wykorzystam, na razie czasami przydaje mi się to do pracy. Pozakładałem foldery, a niektóre maile przepisuję nawet odręcznie do zeszytów i czasami do nich zaglądam. Bo chcę nadać im odpowiednią rangę, na jaką zasługują. Te wiadomości pokazują mi, że robię coś, co jest ważne i dla moich słuchaczy. Czyli, dla siebie i dla siebie. Dobrze się czuję w roli gospodarza, który stara się otworzyć ludziom drzwi do miejsca, w którym będzie im, nam dobrze ze sobą (i ze sobą). Mam potrzebę tworzenia wspólnoty i myślę, że mi się to czasem udaje.
Jestem o tym przekonana. Bardzo Ci dziękuję za nasze spotkanie.
Ja też dziękuję.
fot. Tamara E. Pieńko
