Wirginia Kukuła-Koch – farmaceutka, profesor nauk medycznych i nauk o zdrowiu, związana z Katedrą Farmakognozji i Botaniki Farmaceutycznej Uniwersytetu Medycznego w Lublinie. W 2007 ukończyła AM w Lublinie uzyskując dyplom magistra farmacji, a następnie podjęła studia doktoranckie w Katedrze i Zakładzie Farmakognozji z Pracownią Roślin Leczniczych. Stopień doktora uzyskała w 2010 roku broniąc pracę Ekstrakcja, analiza fitochemiczna oraz badanie aktywności biologicznej metabolitów wtórnych pochodzących z wybranych gatunków rodzaju berberys (Berberis sp.) pod kierunkiem prof. Kazimierza Głowniaka. Habilitowała się w 2018 roku, tytuł profesora uzyskała w 2023 roku. Jej zainteresowania dotyczą poszukiwania związków roślinnych o potencjalnym zastosowaniu w leczeniu chorób oraz w kosmetologii. Prowadzi prace nad poszukiwaniem związków przeciwpadaczkowych w kłączu imbiru i poszukuje nowych molekuł o działaniu kosmetycznym. Jest współautorką ponad 160 publikacji z listy filadelfijskiej. Miłośniczka przyrody, podróży i salsy.
Co pojawiło się u Ciebie pierwsze, zamiłowanie do podróży czy roślin?
Pierwsze były podróże. Na początku lat osiemdziesiątych moi Rodzice wyjechali do Lagos – do Nigerii. Tata jest internistą i podpisał kontrakt z polską firmą, która szukała lekarzy do pracy za granicą. Mama była wtedy w ciąży, więc urodziłam się w Afryce. To były czasy bez Internetu i Rodzice jechali nie wiedząc do końca, jak tam będzie. Okazało się, że pojechali do kraju pełnego różnych niebezpieczeństw. To było inne życie. Teraz Rodzice wspominają je bardzo dobrze, natomiast wtedy czyhało tam na nas wiele zagrożeń. Musieliśmy bardzo dbać o higienę, Mama wszystko obgotowywała, nawet pomarańcze – trudności życia w tropiku.
Myślę, że zamiłowanie do podróżowania zostało z tamtych czasów. Przyjeżdżaliśmy do Polski raz albo dwa razy w roku. Kiedyś były inne możliwości zakupu biletów i Rodzice zamiast lecieć bezpośrednio do Polski, wracali do domu na przykład przez Brazylię czy Stany Zjednoczone, gdzie spędzali dwa, trzy tygodnie. Istniały różne ciekawe połączenia z dużo tańszymi biletami i Oni z tego korzystali, więc byłam przyzwyczajona do życia w różnych miejscach.
Jak Wam się żyło w Nigerii?
Tata pracował w prywatnej klinice, mieliśmy bardzo dobre warunki życia, dostaliśmy mieszkanie, ochronę. Jednak chorób nie dało się uniknąć, więc na przykład kilkukrotnie chorowaliśmy na malarię. Mama się mną opiekowała, ale miałam też nianię z Ghany, która przywoziła do mnie dzieci, swoje i sąsiadów. Wtedy pojawiły się moje pierwsze rozmowy po angielsku. Niestety niewiele pamiętam, ale Rodzice opowiadają, że jako biała dziewczynka byłam w tamtych czasach wielką atrakcją. Tubylcy wierzyli, że dotknięcie białego dziecka przynosi szczęście. Rodzicie nosili mnie w koszu wiklinowym. Oni wspominają te czasy bardzo ciepło. Spotkania z przyjaciółmi, niedzielne wyjazdy na plażę czy na basen. Mieli tam grono interesujących znajomych, również Polaków. Wiedli ciekawe życie. Czasami oglądamy slajdy z tych barwnych, afrykańskich czasów.
Jak długo tam mieszkaliście?
Cztery i pół roku.
Jesteś jedynaczką?
Tak. Staram się nie być zainteresowana głównie sobą, ale to, że jestem jedynaczką na pewno gdzieś we mnie pokutuje. Natomiast bardzo mi z tym dobrze.
Operowałaś dwoma językami po powrocie do Polski?
Zapomniałam angielskie słówka, języka musiałam się uczyć od nowa, ale chyba jest jakaś ścieżka wytarta w mózgu, bo dość łatwo mi przychodzi nauka języków obcych. Znam angielski, niemiecki, trochę już zakurzony, bo go nie używam i trochę grecki, bo mieszkałam i robiłam doktorat w Grecji. Dwa lata spędzone tam to najpiękniejszy okres w moim życiu. Jeżdżę tam zawsze, jak tylko mogę.
Byłaś jeszcze kiedyś w Lagos?
Chciałam pojechać, ale nie jest to takie proste. Od dawna jest to niebezpieczne miejsce, gdzie ciągle są prześladowania katolików. Rodzice, kiedy tam żyli, nikomu nie mówili, że gdzieś wyjeżdżają i kiedy wracają. Wciąż zdarzały się tam samosądy uliczne. Myślę, że teraz to wszystko się zmienia, ale wciąż jest to gorący punkt na mapie świata. Byłam na Zanzibarze w czasach covidu, żeby zobaczyć roślinność podobną do tej w Nigerii, bo Lagos leży w podobnej szerokości geograficznej. Ciągnie mnie do tego miejsca. Może niewiele pamiętam, ale mam pamięć smaków. Kiedyś próbowałam platanów, takich smażonych, zielonych bananów i wiedziałam, że dobrze je znam. Mama mówi, że to moje ulubione jedzenie z dzieciństwa. Bardzo lubię też tamtejszą muzykę. Będąc na Zanzibarze spotkałam dziewczynę, która pochodzi z Nigerii. Jesteśmy w kontakcie, chcemy pojechać tam razem. Jeszcze chyba trzeba poczekać kilka lat, ale może się uda. Teraz Google włączył opcję chodzenia po Lagos, więc Mama pokazała mi, gdzie mieszkaliśmy.
Wróciliście do Polski, ponieważ tacie skończył się kontrakt czy ze względu na niebezpieczeństwa, o których wspomniałaś?
Skończył się kontrakt. Rodzice stanęli przed trudnym wyborem, bo Tata chciał zamieszkać w Stanach, natomiast Mama pragnęła wrócić do Polski, do rodziny. Wrócili, wybudowali dom i zamieszkaliśmy w Lublinie.
Po powrocie wciąż dużo podróżowaliśmy po Europie, a w liceum pojawiły się moje pierwsze samodzielne wyprawy zagraniczne, głównie do Niemiec. Na studiach zaczęłam wyjeżdżać w ramach międzynarodowych programów wymian. Natomiast wciąż bardzo lubiłam jeździć z Rodzicami na wakacje, bo to były bardzo fajne doświadczenia. Każde wakacje spędzaliśmy za granicą, w każdy weekend wyruszaliśmy na ciekawą wycieczkę, lubiliśmy sport i naturę. Dzięki temu w moim życiu pojawiała się przyroda, rośliny. Nasiąkałam tym wszystkim.
Rodzice chcieli, żebyś została lekarzem?
Na początku Tata bardzo chciał, żebym była dentystką, ale nie naciskał. Cała moja rodzina ze strony Taty i kilka osób ze strony Mamy to dentyści. Ja wiedziałam, że nie chcę być lekarzem. Chodziłam do wspaniałego liceum społecznego w Lublinie, gdzie był teatr, wyjazdy, wymiany. Bardzo miły czas. W pierwszej i drugiej klasie byłam finalistką olimpiady filozoficznej. Bardzo cenię filozofię i do tej pory mam kontakt z moim profesorem z liceum. Trochę, żeby mu zaimponować zaczęłam się wtedy parać filozofią, bo to był człowiek, który zainteresował mnie historią filozofii – szczególnie tej klasycznej. Przykro mi, że teraz moje rozmowy filozoficzne już nie są na takim poziomie, jak kiedyś. Poświęciłam się specjalistycznym badaniom i chyba używam innej półkuli mózgu. Po dwóch latach liceum musieliśmy się określić, co do kierunku. Wybrałam biologiczno-chemiczny, gdzie był bardzo ciekawy program. Wtedy zdecydowałam, że biologia i chemia są mi jednak bliższe.
Farmacja była dla Ciebie oczywistym wyborem, czy miałaś jakieś wątpliwości?
Bardzo chciałam studiować farmację. Może to jest moja misja, żeby robiąc leki pomagać ludziom, być przy tych, którzy są w potrzebie. Ale jednocześnie nie brać na siebie obowiązku leczenia, bo widziałam na przykładzie mojego Taty, że to jest bardzo obciążające. Bardzo lubiłam biologię i czułam, że rośliny ciągle kołaczą w mojej głowie. Myślałam o nich pod kątem wykorzystywania ich w recepturach czy za stołem aptecznym. Chyba w ten sposób chciałam zaistnieć. Jednak w aptece pracowałam tylko pół roku. Bardzo miło wspominam ten czas. Czułam więź z pacjentami i to było piękne. To jest wspaniałe, kiedy ktoś przychodzi, dostaje poradę, leki i jest mu później lepiej. Na pewno jest to jakieś powołanie. Natomiast zaraz po tym stażu wyjechałam na doktorat i po powrocie chciałam kontynuować pracę naukową.
Kiedy pojawiła się myśl o drodze naukowej i badawczej? Jak doszło do Twojego wyjazdu na doktorat w Grecji?
Na pierwszym roku uczestniczyłam we wspaniałych wykładach z botaniki prowadzonych przez profesora Krzaczka. Już wtedy czułam, że lubię zbieranie informacji o ziołach leczniczych, o różnych gatunkach, które mamy do dyspozycji w Polsce. Potem była farmakognozja i profesor Głowniak, który zaprosił mnie do koła naukowego. Zobaczył, że znam angielski i zaproponował mi wyjazd do Niemiec w ramach Erasmusa, jeszcze na studiach. Później podczas konferencji organizowanej przez niego w Lublinie, na którą przyjeżdżało mnóstwo naukowców badających rośliny z całego świata, zapoznał mnie z profesorem Skaltsounisem z Grecji, który zaproponował mi przyjazd do siebie na doktorat. Możliwość dalszego rozwoju i mieszkania w Grecji wydały mi się bardzo interesujące. Wyjechałam więc na stypendium. Bardzo dużo tam pracowałam. Czasami wspominam, jak spałam w laboratorium, ponieważ nie opłacało mi się wracać do domu, bo trzeba było co kilka minut zmieniać pewne ustawienia.
Co tam badałaś?
Berberys kreteński. Zafascynowało mnie tamtejsze laboratorium. Wspaniale wyposażone w nowoczesną aparaturę i już wtedy współpracujące z wieloma firmami, między innymi po to, by pozyskiwać środki na badania. Pracownicy oprócz działalności naukowej włączali się także w produkcję surowców o wartości kosmetycznej, które przynosiły dochód laboratorium. W Polsce dopiero teraz rozwijamy współpracę pomiędzy nauką a światem biznesu i wdrażamy rozwiązania, które tam były wypracowane już w 2006 roku – kiedy rozpoczęłam moje stypendium. Berberys badałam pod kątem jego właściwości przeciwmalarycznych, więc to ciekawa pętla z moim dzieciństwem. Sprawdzałam kompozycję jego wyciągów, opracowywałam metody izolacji nieznanych wtedy związków oraz szukałam molekuł odpowiedzialnych za działanie. Kiedyś farmakognozję traktowaliśmy jako naukę, która pozwala poznać skład roślin i ustalić co dana roślina syntetyzuje. Teraz poznajemy skład, ale koniecznie w powiązaniu z aktywnością farmakologiczną, czyli ustalając do czego te składniki mogą być potrzebne. Na Uniwersytecie Ateńskim korzystałam z różnych nowoczesnych technik badawczych, które pozwoliły rozdzielić składniki ekstraktu i poznać jak ten berberys syntetyzuje. Alkaloidy izochinolinowe – to główne związki w nim zawarte – związki, które wciąż badam i do których wracam w kolejnych projektach, odkrywając ich nowe potencjalne zastosowania, jak działanie przeciwnowotworowe czy wspierające pamięć. To ważny cykl badań, którym się poświęciłam; pamięć, nowotwory, a ostatnio także badania właściwości kosmetycznych. Chcę podkreślić, że dzięki temu stypendium i życzliwości profesora Skaltsounisa zdobyłam warsztat badawczy, nauczyłam się wykorzystywać najnowocześniejsze techniki badawcze niezbędne do pracy z materiałem roślinnym tak, aby na tych umiejętnościach budować w kolejnych latach moje odkrycia. Do dziś noszę w sercu ogromną wdzięczność za tamten czas.
Ty wybrałaś berberys jako przedmiot swoich badań, czy takie było zapotrzebowanie laboratorium?
Dostałam ten temat będąc już na miejscu. W Grecji pracował świetny botanik, który pochodzi z Krety i zbiera rośliny endemiczne, a taką jest między innymi „mój” berberys.
Jak wyglądają prace nad roślinami? Wychodzimy od roślin i zastanawiamy się, w czym one mogą być pomocne, czy od choroby szukając na nią leku?
Teraz od aktywności, czyli od potencjalnej aktywności farmakologicznej albo problemu zdrowotnego. Robimy screening roślin pod tym kątem. Szukamy potencjalnych nowych gatunków, ale też używanych już w tradycyjnej medycynie, aby spojrzeć na nie z innej perspektywy. Korzystamy też z baz metabolitów, żeby poszukiwać nowych molekuł do różnorodnych zastosowań terapeutycznych.
Prowadzisz badania nad imbirem pod kątem jego działania na padaczkę. Jak zaczynają się takie badania?
Najpierw robimy tylko rekonesans, sprawdzamy czy coś jest warte uwagi w kontekście jakiegoś problemu, a potem badamy głębiej dany gatunek. Aktywnym w badaniach gatunkiem okazał się imbir.
To chyba skomplikowany i czasochłonny proces.
Bardzo czasochłonny. Czasami jest raptem kilka dni w roku, kiedy mamy jakiś sukces. Te ekstrakty są mieszaninami setek związków i mija bardzo dużo czasu, zanim wyizolujemy coś czystego. O prowadzonych przeze mnie badaniach trudno jest mówić w prosty sposób. To wysokospecjalistyczne działania, które wymagają znajomości trudnych i zawiłych procedur, umiejętności obsługi złożonej aparatury, a także interpretacji otrzymywanych wyników. Kolejne lata po doktoracie to czas bardzo intensywnej nauki, staży i wyjazdów naukowych do renomowanych ośrodków badających rośliny lecznicze. Staż na uniwersytecie Tokushima Bunri University w Japonii, w instytucie Austrian Drug Screening Institute w Innsbrucku i współpraca z Uniwersytetem w Orleanie pozwoliły mi rozszerzyć moje umiejętności oraz odnaleźć niszę badawczą, którą chciałam wypełnić swoimi działaniami.
Mogłabyś przybliżyć cały proces badania rośliny, na przykładzie imbiru, którym się zajmujesz?
Najważniejsze jest poprawne przygotowanie wyciągów z materiału roślinnego. W zależności od tego, jak je przygotujemy, takie związki będą zawierać. Jeżeli będą alkoholowe, przejdą do nich związki o umiarkowanej polarności, jeśli wodne – bardziej polarne. Już na wstępie możemy się spodziewać jakiego typu metabolity mogą przechodzić do wyciągu, ale pełne odwzorowanie metabolomu roślinnego otrzymujemy po zastosowaniu różnych metod ekstrakcji. W ten sposób, pozyskując szeroką gamę metabolitów z matrycy roślinnej, możemy w pełniejszy sposób analizować potencjał rośliny. Następnie przychodzi czas na wstępne badania metodami in vitro, które nie angażują zwierząt i szybko dają rezultaty. To badania przesiewowe, które pozwalają nam zawęzić ilość badanych dalej prób. Dalsze testy prowadzimy jedynie na najbardziej obiecujących wyciągach, które rozfrakcjonowujemy na czynniki pierwsze. W Grecji na uniwersytecie National and Kapodistrian University of Athens nauczyłam się zasad nowoczesnej techniki rozdzielczej – chromatografii przeciwprądowej, stosowanej w wiodących światowych ośrodkach i w dużych firmach farmaceutycznych do pozyskiwania wzbogaconych wyciągów lub izolowania pojedynczych składników. Tradycyjnie mieszaniny rozdzielamy na stałym materiale, a w przypadku tej techniki wykorzystujemy dwie ciecze, które się ze sobą nie mieszają. Jedna ciecz jest unieruchomiona, a druga przez nią przepływa. Na zasadzie powinowactwa, podobieństwa strukturalnego związków, niektóre substancje „wolą” być w tej stacjonarnej cieczy, a inne w tej ruchomej. W ten sposób wyciąg rozdziela się na składniki pierwsze. Jeśli dodamy do tego procesu rotację kolumny, zwiększymy ciśnienie, ustalimy prędkość przepływu, możemy uzyskać bardzo dużą wydajność procesu rozdzielania. Ta technika świetnie nadaje się do przeniesienia do skali przemysłowej, co mnie bardzo interesuje, gdyż daje możliwość wyjścia poza analityczne laboratorium i wykorzystania wypracowanych wyników w warunkach przemysłowych. Już teraz przy jej użyciu pozyskiwane są przemysłowo niektóre związki, na przykład kompleksy katechin czy kwasy omega. Zakład Farmakognozji jest wiodącą w skali kraju jednostką w zakresie wykorzystywania tej metody. Niezwykle cieszy mnie fakt, że dzięki środkom z prowadzonych przeze mnie projektów, kupiłam dwa nowoczesne aparaty i teraz sama mogę skalować opracowywane metody izolacji z możliwością wdrożenia ich do przemysłu. Myślę, że powoli polskie firmy zainteresują się tą metodą, także ze względu na jej niskie koszty operacyjne. Wtedy – w Grecji w latach 2006 – 2007 była dużą nowością, a moje publikacje z tamtego okresu wciąż bardzo dobrze cytują się wśród naukowców.
Mamy rozdzieloną mieszaninę na składniki pierwsze i co dalej?
Wracamy znowu do badań aktywności, najpierw przesiewowych na oczyszczonych frakcjach lub pojedynczych związkach, potem do badań na liniach komórkowych, aż wreszcie na modelu zwierzęcym. W projekcie finansowanym z Narodowego Centrum Nauki, w którym badamy imbir wykorzystujemy model Danio rerio – oparty na zastosowaniu larw danio pręgowanego. Do piątego dnia ich życia nie potrzebujemy zgody komisji etycznej na te badania. Dzięki temu modelowi możemy dowiedzieć się w jakich dawkach badane substancje nie są toksyczne i czy wykazują działanie farmakologiczne – w tym przypadku – czy hamują drgawki. Model ten pozwala na prowadzenie wielu testów aktywności – od działań przeciwnowotworowych, przez przeciwzapalne, wpływu na układ sercowo-naczyniowy aż po badania chorób ośrodkowego układu nerwowego. Kolejnym etapem badań są testy na większych zwierzętach – najczęściej na myszach bądź szczurach, do których potrzebne są znacznie większe ilości substancji, co często stanowi ograniczenie. Wspomniane testy wchodzą w zakres badań przedklinicznych. W tym momencie nasze badania się kończą. Kolejnym etapem powinny być badania na ludziach, na które, niestety, nie mamy pieniędzy. Prowadzimy więc badania podstawowe, które pozwalają podprowadzić cząsteczki do pewnego etapu, właśnie badań na zwierzętach, żeby ktoś dalej mógł je wykorzystać. To jest wąskie gardło i nie wiemy czy te substancje kiedyś ujrzą światło dzienne i zostaną wprowadzone do terapii.
To może być trochę zniechęcające, że dochodzicie tylko do pewnego etapu badań.
Tak, ale jednak takie badania posuwają wiedzę na przód, bo nawet jeżeli teraz dana cząsteczka nie będzie wykorzystana, to może zainteresuje innych badaczy, może zostanie zmodyfikowana przez firmę farmaceutyczną i będzie wykorzystana do dalszych badań. To jest wiedza, która pokazuje, że dany związek organiczny ma określone działanie. Badamy również bezpieczeństwo stosowania związków, ich toksyczność, więc to są bardzo wartościowe dane. Ta ścieżka dotyczy badania leków. W przypadku kosmetyków, które interesują badaczy coraz częściej, jest o wiele łatwiej – tutaj nasze testy możemy doprowadzić do końca i zaproponować formulację/recepturę.
Mierzycie się z zarzutami znęcania się nad zwierzętami?
Tak. Musimy jednak pamiętać, że w dzisiejszych czasach liczba zwierząt wykorzystywanych w badaniach jest z każdym rokiem ograniczana. Przed rozpoczęciem badań na zwierzętach konieczna jest uzyskanie zgody właściwej Komisji Etycznej, która aprobuje jedynie cząstkowe działania z niewielką liczbą zwierząt, aby móc ograniczyć ich liczbę w przypadku niepowodzeń. To bardzo istotna zmiana. W mojej pracy badawczej jestem głównie zaangażowana w badania prowadzone na roślinach. Niemniej, kiedy znajdujemy substancję o obiecującej aktywności, związek godny uwagi, sprawdzamy jego potencjał w modelu in vivo. Przy pewności dotyczącej aktywności uzyskanej w różnych wstępnych badaniach skriningowych, konieczne jest wypróbowanie substancji na zwierzętach, bo to może przynieść duże korzyści dla ludzi.
Zakładając, że znajdują się pieniądze na dalsze badania nad imbirem i moglibyście wykazać, że dane związki wykazują działania przeciwpadaczkowe, to one są wykorzystywane w lekach jako ekstrakty roślinne czy syntetyki je zastępujące?
W większości przypadków będzie to docelowo lek syntetyczny. W przypadku wyizolowanych substancji, które łatwo syntetyzować nie ma z tym problemu. Izolowane przeze mnie z materiału roślinnego związki trudno jest kupić. Dzięki temu wiele badań, które prowadzę jest pionierskich. Stosowane przeze mnie techniki oczyszczania substancji z matrycy roślinnej pozwalają na otrzymanie wystarczających ilości substancji do badań in vitro i badań na zwierzętach. Te ciekawe związki występują w znacznie mniejszej ilości w wyciągach roślinnych i dlatego są niedostępne dla wielu naukowców. Często widzę różnicę w działaniu zakupionego wzorca i izolowanej substancji. Może po syntezie pozostają zanieczyszczenia, które maskują właściwości… To są ciekawe pytania, na które jeszcze nie znam odpowiedzi, natomiast często jest tak, że ten izolowany związek jest bardziej aktywny i mniej toksyczny.
Czy stosowanie roślinnych składników na skalę masową jest droższe niż używanie syntetycznych zamienników?
Chromatografia przeciwprądowa jest tanią techniką. Dzięki niej możemy pozyskiwać duże ilości cząsteczek o wysokiej czystości, a wykorzystane odczynniki możemy odzyskiwać. Zainteresowanie zielonymi technologiami i ich rozwój pozwala nam uprawiać rośliny w kontrolowanych warunkach, czy w bioreaktorach, co gwarantuje powtarzalność i dobrą jakość surowca. Czasami jednak, mając na uwadze złożoność procesu produkcji, konieczność stworzenia procedur operacyjnych, czy certyfikację poszczególnych etapów, łatwiej jest wziąć syntetyczny składnik o tej samej strukturze.
Ale są na rynku leki ze składnikami naturalnymi?
Tak. Na całym świecie. Jest wiele firm, które opracowują receptury leków roślinnych, niekoniecznie opartych na pojedynczych substancjach. Tutaj mała dygresja. Znając dany wyciąg i działanie poszczególnych składników możemy zaprojektować ekstrakcję materiału roślinnego w ten sposób, żeby tych aktywnych związków było jak najwięcej. Prowadzeniem ekstrakcji w optymalnych warunkach zwiększamy działanie wyciągu. Leki roślinne nie muszą składać się z pojedynczych związków. Mogą zawierać właśnie wzbogacone ekstrakty. Śledzę i podziwiam działania pewnej firmy prowadzącej badania kliniczne i tworzącej co chwilę nowe receptury w oparciu o rośliny. Ta firma pięknie się rozwija i jest wielu pacjentów, którzy korzystają z jej leków, bo są bardzo skuteczne. To jest połączenie tradycyjnej medycyny, w której ludzie już dawno wiedzieli, jak wykorzystać naturę w określonych jednostkach chorobowych, z nowoczesnym podejściem.
Kiedykolwiek zajmowałaś się medycyną tradycyjną, zbierałaś zioła, suszyłaś je, robiłaś herbatki?
Przez te wszystkie lata badań ziół coraz lepiej je znam. Czuję jednak duży respekt w stosunku do roślin, a czasem się nawet boję eksperymentowania z materiałem roślinnym na własnym organizmie, gdyż znam działania niepożądane roślin. To nie jest tak, że one są zawsze bezpieczne, wszystko jest kwestią wyważenia. Dbam o sen, o witaminy, jem warzywa, staram się wykluczać cukier z diety. Fascynuje mnie biblioteka nowych struktur chemicznych, odkrywanie leczniczych właściwości roślin, które mogą być lekiem, a nie herbatą ziołową, ale zachowuję dużą pokorę w kontekście stosowania ziół. Mam wielki szacunek do tradycyjnej fitoterapii. To jest niesamowita wiedza, którą teraz odkrywamy. W dzisiejszych czasach, izolując substancje roślinne z całkowitych wyciągów mamy narzędzia, które pozwalają powiedzieć, co znajduje się w tych ziołach i jak działają pojedyncze substancje. Po latach, stosując nowoczesne techniki badawcze potwierdzamy to, o czym wiedzieli już dawno tradycyjni fitoterapeuci.
Mama poprosiła mnie o kosmetyk albo lek na wieczną młodość, więc pilnie szukam właściwych molekuł, mimo iż ta praca zajmuje wiele lat. Do zbudowania warsztatu badawczego, zebrania odpowiedniej aparatury potrzeba czasu i pieniędzy, a z ich pozyskaniem boryka się chyba każdy naukowiec.
Stosunkowo niewiele czasu zajęła Ci natomiast kariera naukowa. Rok 2007 – tytuł magistra, 2010 – doktorat, 2018 – habilitacja i 2023 – profesura. Szybka droga. Trochę przy okazji Twoich badań?
Tak. Jak wspominałam bardzo intensywnie pracuję od wielu lat. Te starania obfitują w liczne wyniki badań. Z czasem pojawiały się kolejne publikacje, współprace, granty. Wypracowane wskaźniki wystarczały do kolejnych tytułów, choć zawsze ciężko jest wygospodarować czas, aby spisać wszystko to, co się dzieje i co się osiąga. To, że mam tytuł profesora niewiele zmienia, bo i tak wciąż zagłębiam się w badaniach moich ziół i się tym cieszę. Boję się nadmiaru administracyjnych obowiązków.
Jestem związana z Uniwersytetem Medycznym w Lublinie od wielu lat i bardzo mi tu dobrze. Mam aparaturę, której potrzebuję, wyrobione kontakty i tu na miejscu zrobiłam habilitację, a później profesurę. Z każdym rokiem cieszę się coraz bardziej prowadzonymi badaniami. Uwielbiam pracę w laboratorium, analizę, ekstrakcję, badania aktywności. Nieustannie rozwijam zakres prowadzonych przeze mnie prac, szkolę się, razem z doktorantami sięgamy po kolejne wyzwania, rozwijam interdyscyplinarne współprace, aby lepiej obrazować otrzymywane wyniki i charakteryzować procesy – np. przez zaawansowane analizy statystyczne. Sięgam po nowe zagadnienia, żeby się nie znudzić, ale oczywiście czuję się farmakognostą – analitykiem. W tym jestem najlepsza.
Moja praca jest różnorodna, zależna od materiału roślinnego, od składników, które syntetyzuje roślina. Odmienny charakter izolatów sprawia, że mogę przekazywać te związki do dalszych badań w różnych kierunkach, a przy tym sama bardzo wiele się uczyć. To jest bardzo odświeżające. Współpracuję z firmami, co pozwala mi spojrzeć na moje badania z praktycznego punktu widzenia. Sprawdzić, czy to co robię, to nie jest tylko sztuka dla sztuki. Czuję radość, kiedy widzę, że moja praca może być później wykorzystana przez innych. Ostatnio na przykład rozmawiałam z pracownikiem firmy produkującej leki na bazie składników roślinnych, który zaprzestał wykorzystywania składnika roślinnego po zapoznaniu się z moją publikacją.
W jaki sposób pozyskujesz środki na badania? I czy łączysz pracę badawczą z pracą wykładowcy?
Nasza uczelnia daje możliwość przejścia na etaty naukowe i od pięciu lat jestem na etacie typowo badawczym, więc mogę się poświęcić tylko tej pracy. Właśnie kształtuje się moja grupa badawcza, w której izolujemy i rozpoznajemy składniki aktywne w żywności, ziołach i w suplementach diety. Tworzymy bardzo ciekawy zespół i to są naprawdę świetne spotkania, ponieważ młodzi ludzie mają tempo, pasję i chcą się uczyć. Kocham tą pracę, uwielbiam być z młodymi ludźmi. Mam swoich magistrantów i doktorantów, więc tu oczywiście pojawia się dydaktyka, natomiast nie prowadzę wykładów. Trudne byłoby łączenie tego wszystkiego, natomiast oczywiście wyszłam z mieszanego etatu i kilka lat temu prowadziłam zajęcia dla studentów farmacji i kosmetologii.
Praca na etacie naukowym jest możliwa dzięki świetnemu pomysłowi mojej uczelni. Osoby zdobywające granty na badania mogą skorzystać z redukcji godzin dydaktycznych. Cieszę się, gdyż realizuję kilka ciekawych projektów we współpracy międzynarodowej. Obecnie piszemy kolejne wnioski wieloośrodkowe i próbujemy znowu sięgać po środki unijne. Zobaczymy, może uda nam się tym razem otrzymać finansowanie, choć generalnie współczynnik sukcesu w wielu konkursach jest niewielki. W przypadku krajowych instytucji grantowych finansowanie otrzymuje dziesięć, czasem kilkanaście procent złożonych wniosków.
Potrzebujemy w Polsce nowych źródeł finansowania badań naukowych, postawienia na wdrażanie nowych rozwiązań. Z przykrością patrzę, jak niektórzy dobrzy naukowcy muszą wyjechać na staże zagraniczne, żeby wykonać kosztochłonne badania. Cały czas mam w głowie model grecki, w którym jest normą, że współpraca uczelni z firmami i chęć rozwiązywania konkretnych problemów jest na porządku dziennym. U nas wciąż trudno jest namówić inwestora na inwestycję, choć jestem świadkiem przemian i wierzę, że nadchodzą lepsze czasy.
Powiedziałaś o niskim współczynniku sukcesu przy pozyskiwaniu grantów na badania. Masz jednak duże sukcesy jeśli chodzi o swoje patenty. Czego one dotyczą?
Mam wiele patentów. Niektóre z nich chronią sposoby pozyskiwania konkretnych, aktywnych farmakologicznie związków, inne – konkretne, nowoodkryte właściwości farmakologiczne, a jeszcze inne – mieszanki ziół na określone wskazania.
Te patenty są wykorzystywane?
Jeden jest teraz wdrażany. O kolejnym dyskutujemy z pewną firmą australijską. Natomiast mam wrażenie, że większość trochę wyprzedza rynek. Czekam.
Ale nie podcina Ci to skrzydeł?
Nie, absolutnie. Cieszę się, że wymyślam technologię, która wyprzedza nasze czasy.
Jakie jest Twoje marzenie w kontekście pracy naukowej? Lek, który mógłby zrewolucjonizować medycynę?
Lek to na pewno jest duże marzenie, ale może być bardzo odległe. Natomiast ważne są dla mnie przygotowywania na drodze do otrzymania leku, tworzenie podstaw, metod, które ktoś mógłby implementować w przemyśle do produkcji leków. Nie musi to być ta wisienka na torcie w postaci nowego leku, tylko rozwiązania wykorzystane do jego produkcji. I żeby ta produkcja odbywała się przy zastosowaniu bardziej zielonych technologii, żeby używano mniej odczynników i by były mniej toksyczne.
Wspomniałaś o toksycznych związkach w roślinach. Często wydaje nam się, że roślina nie może zaszkodzić, więc zioła można stosować bez ograniczenia.
Profesor Głowniak mówi na wykładach, że jeżeli ktoś nie wierzy w to, że jest określona, bezpieczna dawka substancji roślinnych, to niech wypije olej rycynowy. Jest dużo niebezpiecznych substancji toksycznych, które są ciekawe ze względu na ich działania przeciwnowotworowe, więc ta toksyczność może być wykorzystywana w terapii. Ale musimy mieć świadomość określonych interakcji, że rośliny wykorzystują te same metabolizmy co leki, więc mogą blokować działanie leków.
Pracuję w międzynarodowych grupach eksperckich, na przykład Europejskim Urzędzie ds. Bezpieczeństwa Żywności powołanym przez Komisję Europejską czy w Komisji Farmakopei Europejskiej przy Radzie Europy. Mogę tam wykorzystywać posiadaną wiedzę w celu ochrony Europejczyków przed szkodliwymi składnikami żywności czy włączać się w tworzenie norm jakości materiału roślinnego wykorzystywanego w leku roślinnym. Obecnie pochylamy się nad berberyną. Jej powszechna obecność w suplementach diety i wysokie zalecane wartości dziennego spożycia sprawiają, że konsumenci przyjmują ją w bardzo dużych ilościach. I właśnie przez to pojawiają się różne incydenty obniżonego ciśnienia po zastosowaniu berberyny i informacje o jej toksyczności.
Bardzo chcę podkreślić, że trzeba mieć świadomość pozytywnych i negatywnych działań związków roślinnych. Zioła są bogatą skarbnicą związków, których jeszcze do tej pory nie znamy i musimy je badać. O ziołach trzeba myśleć z szacunkiem, bo na ich bazie opracowano wiele leków syntetycznych i półsyntetycznych, które miały początek w cząsteczkach wyizolowanych z roślin. Niemniej same rośliny to też lekarstwa o podobnym metabolizmie, możliwych działaniach niepożądanych i interakcjach z innymi lekami.
Jakimi roślinami chciałabyś się zająć w najbliższej przyszłości?
Chyba nie mogę powiedzieć ze względu na konkurencję. W tej branży też jest rywalizacja. Najbardziej interesuje mnie przewidywanie potencjału roślin. Rozwijam metody, które pozwalają nie tyle izolować, bo to zajmuje dużo czasu, ale sprawdzić, czy określone rośliny będą miały potencjał. Skupiam się na metodach przesiewowych, które pozwalają powiedzieć, co może być wartościowe, bez konieczności izolowania i rozdzielania składników.
Mówisz o rywalizacji, ale wspomniałaś, że Twoja praca opiera się również na współpracy z wieloma ośrodkami naukowymi.
O tak. Współpracuję z licznymi uniwersytetami i instytutami badawczymi, między innymi w Irlandii, Niemczech, Grecji, Francji, Mongolii czy Peru. We współpracy z Limą realizujemy ciekawy projekt skupiony na usuwaniu zanieczyszczeń ze środowiska. Stamtąd pochodzi też pieprzyca peruwiańska – maca, której poświęciłam wiele publikacji. Obecnie rozwijam także współpracę z Tajlandią. Cieszę się ostatnim projektem finansowanym ze środków Unii Europejskiej na badania kosmetyków, w którym bierze udział dwunastu partnerów uniwersyteckich i biznesowych. Poszukujemy w nimi roślin z różnych części globu i szukamy dla nich zastosowania w kosmetykach mających działanie przeciwstarzeniowe i przeciwzapalne, wykorzystując do tego celu nietoksyczne metody i zielone techniki, więc w przypadku tego projektu na pewno pojawią się wdrożenia i patenty. W naszym konsorcjum każdy Partner specjalizuje się w odrębnych działaniach i tworzymy jeden wielodyscyplinarny zespół wykonujący razem szereg badań. Chemicy, farmakolodzy, biochemicy, statystycy to tylko niektórzy ze specjalistów włączających się do badań. A teraz, w najbliższym czasie czekają mnie dalsze podróże. Właśnie wczoraj kupiłam bilety w podróż na Polinezję Francuską. Nigdy nie byłam tak daleko.
Często wyjeżdżasz, by szukać nowych roślin?
Bardzo często, wspólnie z ludźmi z różnych uczelni i oczywiście z kluczem roślin. Tym bardziej, że lubię kraje niekoniecznie odkryte pod względem roślin, np. Mongolię. Patrzę na rośliny pod kątem chorób, którymi się zajmuję.
Byłaś na każdym kontynencie?
Nie byłam w Australii, ale teraz wybieram się na Polinezję Francuską – na Tahiti, więc będę już na wszystkich.
Gdzie chciałabyś wrócić?
Ciekawi mnie wspomniana Mongolia, bo tam wszystko co rośnie jest nie do końca przebadane. To jest niesamowity kraj, z pustynią, lasami i stepami, i zupełnie inną roślinnością w tych miejscach. Tam rosną bardzo ciekawe rośliny, które są narażone na ostre warunki, niskie temperatury w zimie i bardzo wysokie w lecie. Wróciłabym też do Peru. Myślę, że to była jedna z moich piękniejszych wypraw.
To są długie wyjazdy?
Różnie to bywa. Odkąd mogę korzystać z licznych narzędzi komunikacji, to pewne rzeczy mogę robić zdalnie. Dwa lata spędzone w Grecji, osiem miesięcy stażu w Japonii, miesiąc w Austrii, czy też krótsze, tygodniowe pobyty – we Francji, w Peru czy Mongolii. Każde miejsce posiada inną organizację pracy, prowadzi odmienne badania, a pobyty w tak różnych ośrodkach rozszerzają perspektywę badawczą.
Praca oparta w dużej mierze na współpracy międzynarodowej i liczne podróże są okazją do wielu spotkań. Jakie były te najważniejsze spotkania w Twoim życiu?
Na tej liście będzie na pewno profesor Głowniak, bo to jest człowiek, który jako kierownik katedry, w której byłam zatrudniona, dał mi dużo wolności i możliwości rozwoju, których bardzo potrzebuję. Darzę profesora wielkim szacunkiem. Muszę też wspomnieć o mojej Mamie, która zawsze mnie wspiera. Mamy ze sobą niesamowitą więź. Ona potrafi nie narzucać swoich wizji, tylko pozwala mi znaleźć siebie. Zawsze mówi: „Ty wiesz najlepiej”. Dzięki Mamie miałam szansę na sprawne zrobienie habilitacji czy profesury, gdyż wspierała nas w trudach wychowania dziecka. Poza tym zawsze miała do mnie ogromne zaufanie. Jako nastolatka często wyjeżdżałam, na wiele dni, bez telefonu i wiem, że Ona to bardzo przeżywała. Dzięki Rodzicom jestem samodzielna, mam swój plan na życie, marzenia i łatwość podejmowania decyzji w sprawach życiowych, naukowych. Dlatego też sprawnie realizuję swoje zamierzenia i zadania, które przede mną stawia mój zawód.
Wracając do spotkań. Wspaniałe było spotkanie z pewną panią doktor medycyny mongolskiej, która jest również lekarzem medycyny konwencjonalnej. Pokazała mi, że można rozpoznawać problemy zdrowotne bardzo szybko, bazując na prostych badaniach fizykalnych. To były bardzo ciekawe rozmowy. Kolejna ważna osoba to profesor Skaltsounis, promotor mojego doktoratu z uniwersytetu w Atenach, który zawsze mocno zagrzewał mnie do ciężkiej pracy badawczej. Profesor Asakawa, ciekawa osobowość, trudna do zrozumienia ze względu na kulturę japońską, w której funkcjonuje. Bardzo mądry, empatyczny i serdeczny człowiek. Chciał, żebym była w pracy dzień i noc, mimo że nic z tego by nie wynikało, bo później spałam pół dnia na biurku – podobnie jak inni pracownicy laboratorium.
Dużo jest osób, o których często myślę. Cieszę się moimi doktorantami, ich energią, no i oczywiście rodziną i znajomymi. Bardzo ważne jest zabieganie o dobrą energię, o bodźce, które człowieka czynią spełnionym i o kontakty z ludźmi, które bardzo wiele znaczą. Niestety w dzisiejszych czasach z tymi kontaktami bywa nie najlepiej. Dlatego zawsze z wielką radością spotykam się z bliskimi, ale również spędzam czas na konferencjach prowadząc ciekawe rozmowy z profesorami, którzy osiągnęli bardzo wiele i jednocześnie są tak wspaniałymi rozmówcami, otwartymi ludźmi. To jest piękne, że potrafią się dzielić wiedzą i cieszą się, że ich myśli mogą się rozwijać w pracy innych. Z ich spuścizny powstają kolejne odkrycia. Tak powinno być, żebyśmy wszyscy mieli śmiały, wspólny cel. Teraz jest tak dużo nowych chorób, na które nie ma leków. Musimy działać razem.
Mam szalenie ciekawe życie dzięki ludziom, których spotykam na swojej drodze. Spędzam w pracy wiele godzin, więc chyba muszę zacząć szukać balansu między pracą a życiem prywatnym. Zobaczymy co przyniosą kolejne lata. Boję się takiego momentu, że się zatrzymam. Nie chciałabym tego, dlatego sięgam po nowe projekty i wyzwania. Lubię być w takim lekkim pośpiechu, żeby nie przysiąść.
Trudno mi to sobie wyobrazić, choćby dlatego, że wspominałaś o swojej misji pomagania innym. Życzę Ci, żeby wiele dobra działo się w oparciu o Twoje badania. I choć to dla Ciebie nie jest najważniejsze, to również tej wisienki na torcie w postaci nowego leku. Bardzo dziękuję za spotkanie.
Ja również dziękuję.
