Nula Stankiewicz – pedagog o specjalizacji praca socjalna z rewalidacją i elementami resocjalizacji, logopedka, dziennikarka, piosenkarka. Zadebiutowała jako laureatka konkursów poezji śpiewanej. Jej najważniejsze pozycje dyskograficzne to albumy: „Strobel Kofta Wołek” (2013), „Byle nie o miłości” z piosenkami Agnieszki Osieckiej (2017), „Śpiewam” z kompozycjami Janusza Strobla (2022), „Niezapominajki” z tekstami Marii Konopnickiej (2022), „Bliskość ciszy” z piosenkami Włodzimierza Nahornego (2025). Ceniona publicystka podejmująca tematy społeczne, kulturalne i psychologiczne. Od 2017 roku dziennikarka Polskiego Radia RDC, w którym prowadzi audycje m.in.: „Kobiecy wieczór”, „Trzeba marzyć” oraz „Wyzwania przyszłości”. Autorka książki „Nie pójdziesz tam ze mną. Życie po stracie”(2025).
Powiedziałaś mi, że jesteś bardzo relacyjna i znasz wiele osób, wobec których czujesz wdzięczność za to, że pojawiły się w Twoim życiu. Jakie spotkania były dla Ciebie tymi najważniejszymi?
Najważniejszym jest na pewno spotkanie z moim mężem, które miało i ma na mnie ogromny wpływ. Od 1997 roku znamy się w sposób bezpośredni, ale wcześniej znałam go z jego muzyki. Jako młoda uczennica szkoły muzycznej chodziłam do fonoteki, gdzie słuchałam płyt. Między innymi była tam płyta duetu gitar klasycznych Alber – Strobel, więc wiedziałam kim jest Janusz Strobel, znałam jego piosenki. Zawsze było mi bardzo blisko do jego muzyki i tego rodzaju wrażliwości. Był dla mnie swoistą legendą. I to spotkanie z Januszem było dla mnie w pewnym sensie graniczne i myślę, że w pewnym sensie uratowało mi życie.
O spotkaniu z moją córką może trudno mówić jako o spotkaniu sensu stricto, ale to jest relacja, która stale mnie kształtuje. Dzięki niej więcej myślę i czuję. Mimo że jestem otwarta na ludzi, wiele mówię o sobie, czasami mam nawet poczucie, że za dużo, to nie przyjaźnię się z wieloma osobami. We wczesnej młodości poznałam Alę, z którą przyjaźnię się do dzisiaj i z którą rozmawiamy codziennie. Ratowałyśmy się z największych opresji życiowych i byłyśmy dla siebie podporą w wielu problemach. W dorosłym życiu zaprzyjaźniam się z Iwoną. Nie sądziłam, że można się tak zaprzyjaźnić na tym etapie życia. Dzięki temu spotkaniu trochę poznaję siebie na nowo, opowiadając o sobie wszystko od początku, bo nie jest to osoba, która ze mną wzrastała. Mam jeszcze kilka bardzo bliskich koleżanek, możemy na siebie liczyć.
Spotkaniem, które mnie zbudowało i było dla mnie ważne jest spotkanie z moją siostrą. Może nasuwać się pytanie o to, jak można się spotkać z siostrą, zwłaszcza młodszą, którą się zna od zawsze. Jednak nasza wcześniejsza relacja była bardzo trudna. Pamiętam moment, kiedy zdecydowałyśmy, że spróbujemy inaczej, spróbujemy zbudować siebie na naszych zasadach, nie tylko z całym obciążeniem, które dostałyśmy od świata i nie w podziałach, w których się wychowywałyśmy. Wcześniej nie patrzyłyśmy na to, co nas łączy, a że różniło nas bardzo dużo, to na tych podziałach budowało się nasze dzieciństwo. A raczej się nie budowało, tylko nas coraz bardziej od siebie oddalało. Spotkanie z Agatą było dla mnie kluczowe. Ale najważniejsze jest dla mnie spotkanie ze sobą.
Możesz coś więcej o nim powiedzieć?
To jest spotkanie, które nie ma końca, bo stale odkrywam siebie. Teraz już z tym nie walczę, ale pamiętam czasy, kiedy było mi bardzo ciężko z faktem, że nie jestem stała w swoich poglądach i przekonaniach. Taki relatywizm trochę mi ciążył, a nawet myślałam, że jestem osobą bez kręgosłupa. I całkiem niedawno dałam sobie przyzwolenie na to, żeby odkrywać siebie na nowo i dać sobie pozwolenie na to, że nie muszę być cały czas taka sama. Bywa, że dzisiaj nie wiem jaka jestem, mimo że całkiem niedawno doskonale to wiedziałam. I daję sobie przestrzeń na to, żeby sprawdzać co dzisiaj lubię i myślę. To nie dotyczy oczywiście moich życiowych wartości, zasad, moralnych wytycznych, które są dla mnie constans. Bardzo dobitnie dokonałam weryfikacji postrzegania siebie i świata w czasie pandemii, kiedy nagle okazało się, że mamy tak dużo czasu. Na szczęście uwielbiam być w domu, więc może to głupio zabrzmi, ale cieszyłam się, że mogę trochę się zamknąć i pobyć ze swoim mężem, spędzając czas na tym co lubię robić. Na szczęście nie musiałam się nadmiernie martwić o to z czego będę żyć i to na pewno dawało mi duży komfort. Byłam wtedy przekonana, że zrobię wszystko to, co odkładałam na moment, kiedy będę miała więcej wolnego. Myślałam, że w końcu przeczytam wszystkie odłożone książki, posłucham zaległych płyt i położę się na karimacie, by ćwiczyć jogę.
Udało Ci się?
Nie, bo kiedy przyszedł na to czas, zorientowałam się, że nie chcę już czytać tych książek, bo wolę inne, ani słuchać tych płyt, ani ćwiczyć na macie. Okazało się, że mam ogromną przyjemność w nicnierobieniu, w leżeniu, patrzeniu się na sufit i w rozmyślaniu. Znalazłam radość w przeglądaniu kontaktów w swoim telefonie i zastanowieniu się do kogo mogę zadzwonić, kto może czuć się samotny albo z kim dawno nie rozmawiałam. To była wtedy moja pierwsza potrzeba. I to był jeden z ważniejszych momentów, w którym mogłam się sobie dobrze przyjrzeć. Ale tak naprawdę to cały czas przyglądam się sobie, bo wykonuję pracę, która mnie do tego ciągle zaprasza. Podejmując jakieś tematy w RDC lubię być swoim punktem odniesienia. Kiedy mam o czymś rozmawiać, to zastanawiam się co o tym myślę, czy to jest dla mnie ważne i z jakiego powodu. I tak pojawiają się tematy, które zostają we mnie na dłużej.
Wiesz, że suicydologia jest takim tematem, z którym pozostałam na dłużej. Z pewnością wynika to z mojego osobistego doświadczenia, które przeniosło się również na napisanie książki. Temat pochłonął mnie tak bardzo, że za chwile rozpocznę roczne studia podyplomowe z suicydologii. Są takie rzeczy, o które wcześniej bym się nie podejrzewała, a na które jestem otwarta i dzisiaj widzę to jako elastyczność, którą w sobie lubię. To cecha, która wiele razy pozwoliła mi przetrwać najtrudniejsze momenty. Również dzięki niej zawsze wierzyłam, że wbrew wszystkiemu, co było bardzo trudne, obciążające, te ciężkie chwile kiedyś miną. Kiedy jest wyjątkowo źle i mam wrażenie, że na nic nie mam wpływu, który bardzo lubię mieć, to ratuje mnie przekonanie, że będzie dobrze, że musi być dobrze, że nigdy w moim życiu nie było tak, żebym sobie nie poradziła, żeby nie pojawili się ludzie, którzy mi pomogli albo nie nadarzyła się sytuacja, z której mogłam skorzystać. Lubię widzieć szklankę w połowie pełną. Oczywiście to nie jest zakłamywanie rzeczywistości, bo mam świadomość problemu, ale problem sam w sobie nie przesądza o wszystkim.
Elastyczność, o której mówisz ma też odbicie w Twoim życiu zawodowym, w którym wiele się działo i dzieje. Była pedagogika, logopedia, jest śpiewanie, radio, teraz książka. Dużo tego.
Tak. Chociaż pedagogika jest w pewnym sensie czystą teorią. Skończyłam pracę socjalną z rewalidacją i elementami resocjalizacji. To były interesujące studia, ale nigdy nie widziałam siebie w roli pedagoga w szkolnym gabinecie. Lubię robić różne rzeczy i pracowałam w wielu obszarach: byłam bibliotekarką, starszym sekretarzem sądowym w Wydziale Karnym w Sądzie Rejonowym, pracowałam z dorosłymi osobami z niepełnosprawnościami. Miałam też własną działalność, organizowałam koncerty, udzielałam korepetycji z polskiego. Nie wszystko zawsze robiłam tylko dlatego, że to mnie interesowało, czasami była to konieczność, żeby przetrwać. Od kilku lat pracuję w radiu. To wymaga ode mnie sporej elastyczności, bo przekrój tematów, z którymi się spotykam jest bardzo szeroki. Muzyka natomiast jest ze mną od zawsze. Największa elastyczność jest mi potrzebna do łączenia tego wszystkiego i sprawdzania, co teraz jest w moim życiu najważniejsze.
Chciałabym jeszcze wrócić do ważnych osób i wspomnieć dwie nauczycielki, które odegrały dużą rolę w moim procesie edukacyjnym. Jedna to nauczycielka gry na skrzypcach Ula Nalaskowska, która uczyła mnie tylko przez trzy czy cztery lata, ale okazała mi dużo ciepła i wrażliwości. Drugą jest nauczycielka polskiego Jolanta Hinc-Mackiewicz, reżyserka i wspaniały pedagog, która zawsze widziała we mnie duży potencjał i bardzo go wzmacniała. Chodziłam na kółko teatralne i pamiętam, jak bardzo mnie poruszały i konfrontowały ze sobą spektakle, które przygotowywała. Robiła z nami znacznie więcej niż lekcje polskiego, bo uczyła nas myślenia, dyskusji, szacunku. Jednocześnie była bardzo silną osobą, kimś na kształt autorytetu dla młodego człowieka, dla mnie na pewno. Do dzisiaj utrzymujemy kontakty. Wiele razy pomagało mi to, że we mnie wierzyła i bardzo doceniała mój styl pisania, w odróżnieniu od innych polonistów w szkole średniej, którzy potrafili mi z języka polskiego postawić pałę na półrocze. Wielokrotnie twierdzili, że do niczego się nie nadaję i to jest cud, że w ogóle się dostałam do liceum. Wyrzucili mnie z kilku szkół.
Byłaś niesubordynowana?
Na początku swojej edukacyjnej drogi byłam bardzo prosta w obsłudze, ale później już nie. Najpierw mówili, że jestem zdolna, potem twierdzili, że jestem zdolna, owszem, ale leniwa, a potem, że niedostosowana i problematyczna. Nikt sobie nie zadał podstawowego trudu, żeby się zastanowić, co się stało, że dziewczyna, która skończyła szkołę podstawową z bardzo dobrymi ocenami i wzorowym zachowaniem, nagle sobie nie radzi. Co się takiego wydarzyło? Nikt nie zapytał.
Pozwól, że ja zapytam. Co się takiego wydarzyło?
Moja historia nie jest oryginalna. Jestem dorosłym dzieckiem alkoholika, pił mój tata. Chore relacje, wieczne kłótnie, nieobecność, ciche dni, chłód emocjonalny na przemian z nadmiernym ciepłem. Brak stabilności, poczucia bezpieczeństwa. Moi rodzice się wtedy rozwodzili i to nie był spokojny, dyplomatyczny rozwód z zachowaniem elementarnych zasad poszanowania drugiego człowieka i lat, które razem spędzili. To była otwarta wojna i wszyscy, którzy brali w niej udział bardziej lub mniej obrywali. My z siostrą byłyśmy na pierwszej linii frontu. Próbowałyśmy jakoś znaleźć w tym swoje miejsce i uciekać w to, co nam dawało chociażby chwilowe poczucie ulgi. Sytuacja była o tyle trudna, że nie umiałyśmy się opowiedzieć po jednej ze stron, bo to nie było dla nas proste i oczywiste. A jak nie jesteś z kimś, to okazuje się, że jesteś przeciwko niemu. To był czas, kiedy na parę tygodni zamieszkałam u swojego taty, a siostra została z mamą, która przypłaciła to depresją, zadając sobie pytania o to, jaką złą matką musi być, skoro się od niej wyprowadziłam. Mój tata natomiast cieszył się, że w tej wojence zyskał cenną amunicję w postaci mnie.
Myśląc dzisiaj o sobie jako o dziecku, które miało niespełna piętnaście lat, nie wyobrażam sobie, jak to wszystko się w ogóle mogło dziać. Wtedy myślałam, że jestem bardzo dorosła, że ode mnie dużo zależy i że coś się dzieje przeze mnie albo z mojego powodu. To poczucie wpływu, które wtedy miałam, może nie pozostało we mnie jako poczucie winy, ale jest obszarem, któremu się przyglądam. Do tego wszystkiego doszło poszukiwanie siebie. Pierwszy papieros, alkohol, chłopak… Chodziłam do dwóch szkół, popołudniami do szkoły muzycznej, w której grałam na skrzypcach i wszystko zaczęło sypać się lawinowo. Jak zaczął się kłopot w jednej szkole, to zaraz pojawiał się w drugiej. Zamiast pójść po wsparcie do kogoś dorosłego, komu mogłam zaufać, to próbowałam sobie radzić sama. Albo wtedy nie rozpoznawałam takiego dorosłego albo się wstydziłam, albo się bałam. Nie wiem co się ze mną działo. Mam niewielki dostęp do tamtego czasu, wiele rzeczy zapomniałam lub wyparłam. W każdym razie sama nie mogłam sobie poradzić, więc te problemy się nawarstwiały.
Jak udało Ci się z nimi poradzić?
Powoli. Niestety młodemu człowiekowi łatwo jest uwierzyć, że do niczego się nie nadaje. Myślałam, że jestem tak głupia, że nigdy nie skończę szkoły średniej. Skoro z tylu szkół wylatywałam i ciągle słyszałam, że jestem do niczego, to uznałam, że to nie dla mnie. Na pewno granie i śpiewanie dawały mi oparcie, bo dzięki temu można uciekać w bezpieczny świat. I tu, mówiąc o osobach dla mnie najważniejszych, nie mogę nie wspomnieć Wiesława Jarmoca, instruktora z domu kultury w Suwałkach. W jego pracowni muzycznej miałam swoje miejsce, skonstruował mój pierwszy zespół, budowaliśmy repertuar. Nigdy o nic nie pytał, nie narzucał mi swojej wizji, po prostu traktował poważnie i bardzo mnie wspierał. Oczywiście później skończyłam szkołę, maturę zdałam na piątki i dostałam się bez problemu na studia, które też skończyłam. Była już wtedy na świecie moja córka, więc studiowałam pracując i wychowując dziecko. Moje zjazdy wyglądały tak, że musiałam się urwać w sobotę, żeby pojechać na wesele, na którym śpiewałam, a które kończyło się o piątej nad ranem, z kolei o ósmej zaczynały się zajęcia, na których często trzeba było coś zaliczyć. Okazało się, że mogę, że daje radę.
Co sprawiło, że sytuacja się zmieniła, że uwierzyłaś w siebie? Ktoś pojawił się w Twoim życiu?
Janusz. To był moment, kiedy on zapytał, co się ze mną dzieje. To on mówił, żebym zaczęła jeszcze raz, a on mi pomoże. Jego słowa „ja ci pomogę”, znaczyły „ja w ciebie wierzę”. Był osobą, która po raz pierwszy powiedziała mi, że dam radę, że się nadaję. Wtedy też bardzo zaprzyjaźniłam się z Alicją, o której wspominałam. My się doskonale wstrzeliłyśmy w swoje deficyty, dawałam jej coś, czego ona potrzebowała i wzajemnie. Bardzo się wspierałyśmy. Dla mnie było nie do pomyślenia, jak ona może się zastanawiać, czy da radę, a ona otwierała oczy ze zdziwienia, że ja w siebie wątpię i mówię, że jestem do niczego.
Ktoś zobaczył w Tobie to, czego Ty nie chciałaś albo nie umiałaś dostrzec.
Otóż to. Coś, czego nie wiedziałam albo czemu nie dowierzałam wcześniej. Na pewno osobą, która mnie też w pewnym sensie uratowała była Gabrysia, która się wtedy pojawiła na świecie, bo musiałam się po prostu natychmiast ogarnąć. Wtedy uzmysłowiłam sobie dlaczego ciąża trwa tak długo. Trzeba czasu, żeby móc się przygotować nie tylko fizycznie, ale również psychicznie, żeby przejść z początkowego szoku i niedowierzania do etapu wiary i przygotowania się na to, jak świat może wyglądać za chwilę. Oczywiście tego nigdy nie wiemy do końca, ale to może być czas, kiedy dajemy sobie nadzieję na nowy początek i to się u mnie wydarzyło.
Powiedziałaś, że śpiewanie jest z Tobą od zawsze. Pochodzisz z muzycznego domu?
W nieoczywisty sposób, a z drugiej strony w bardzo oczywisty, bo taki najbardziej rdzenny. Ojciec mojego taty i cała rodzina z jego strony była bardzo utalentowana muzycznie, wszyscy mieli świetny słuch i dobrze śpiewali. Mój dziadek pięknie śpiewał i miał rewelacyjną pamięć, znał wszystkie zwrotki wielu piosenek. W tej rodzinie śpiewało się na głosy i śpiewało się przy każdej okazji, nie tylko kolędy czy pieśni wielkopostne. Na akordeonie grał mój tata – samouk, to miało oczywiście amatorski, wręcz biesiadny charakter, ale było czymś zupełnie naturalnym.
Przez jakiś czas mieszkała z nami moja babcia ze strony mamy, która może nie miała wyjątkowego słuchu muzycznego i nie śpiewała super czysto, ale zawsze podśpiewywała pod nosem, przy obieraniu ziemniaków, gotowaniu rosołu, przy najprostszych czynnościach. Moja mama odbiera muzykę intuicyjnie, nie zna się na niej od strony formalnej, ale jest bardzo wrażliwa. Zawsze w naszym domu była muzyka, zawsze było radio. Kiedy chodziłam do zerówki, odbywał się nabór do szkoły muzycznej. Prowadzono badania przesiewowe, by wyłonić dzieci z predyspozycjami do zdania egzaminów do tej szkoły. Dostałam się. Skrzypce to trudny i wymagający instrument, zwłaszcza na początku, na którym trzeba długo ćwiczyć, żeby się odwdzięczył pięknym dźwiękiem.
I tak się zaczęła moja przygoda z muzyką. Rok później moja młodsza siostra dostała się do klasy fortepianu, ale nie mogła kontynuować nauki, mimo że jest bardzo zdolna, bo paraliżowały ją publiczne występy. Może dzisiaj by znaleziono jakieś inne rozwiązanie, na przykład ognisko muzyczne, które jest mniej wymagające pod względem formalnym niż szkoła, albo inne zajęcia muzyczne, na których mogłaby realizować swoje zdolności. Ale wtedy po prostu przestała chodzić do szkoły muzycznej.
Dlaczego wybrałaś skrzypce?
Mama mówiła, że bardzo chciałam. Ale to też był instrument, który zaproponowała mi komisja powołana, by sprawdzić predyspozycje słuchowe. Skrzypce są nietemperowanym instrumentem i im lepiej słyszysz dźwięk, zanim go zagrasz, tym masz większą skuteczność w jego wydobyciu. Pewnie rozpoznano u mnie zdolność dobrego słyszenia. Ja rzeczywiście dobrze słyszę.
Lubisz ten instrument?
Bardzo lubię i gdy przestałam na nich grać po dwunastu latach, to bardzo mi ich brakowało.
Dlaczego przestałaś?
Po pierwsze wpłynęły na to problemy, o których mówiłam wcześniej. Po drugie bardzo nie lubię robić rzeczy, w których oceniam swoje szanse jako marne. Chcę wszystko wykonywać dobrze, a myśl „Albo rób dobrze, albo wcale” towarzyszy mi od lat. Dziś wiem, że ta maksyma bywa obciążeniem. Dlatego dotychczas nie zrealizowałam prozaicznych pragnień w stylu: „Nauczę się szydełkować”. Nie lubię, kiedy nie wychodzi mi od razu, kiedy coś jest krzywo, nakładam na siebie takie wymagania, jakbym miała szydełkować na międzynarodowy konkurs, a nie na własne potrzeby niezobowiązującego hobby.
Wracając do skrzypiec: wiedziałam, że nie mam najmniejszych szans na sukces. Wtedy po raz pierwszy bardzo dobitnie spotkało się moje “ja idealne” z moim “ja realnym” i zdałam sobie sprawę, że jestem za słaba. Oczywiście nauka w szkole muzycznej jest ogromnym zasobem. Nigdy w życiu bym nie oddała tego wszystkiego, czego się nauczyłam przez te dwanaście lat. Bo edukacja muzyczna to nie tylko granie na instrumencie. To również uczenie się o historii muzyki, o kompozycji, instrumentach, kompozytorach, ale to również spotkania z ludźmi. Miałam wtedy bardzo fajnych znajomych, młodych, często szalonych ludzi potrzebujących takiego ujścia dla swojej wrażliwości. Dzięki szkole muzycznej na pewno jest mi łatwiej wykonywać zawód piosenkarki. Biegle czytam nuty i nie potrzebuję, by ktoś mi nagrywał linię melodyczną, żebym mogła nauczyć się piosenki.
Czasem wyjmujesz skrzypce i grasz?
Zdarza mi się, chociażby podczas kolędowania, bo u nas w domu śpiewa się kolędy. Jak zaczyna się grudzień, to już podśpiewuję wszystkie piosenki świąteczne i mogę je śpiewać do lutego. Więc tak, one wiele razy zostały wyciągnięte z szafy.
Ale na koncertach nie grasz na nich?
Na szczęście mogę pracować z tymi, którzy to robią lepiej ode mnie. To była wspaniała przygoda, która bardzo dużo mi dała i to, co robię obecnie jest ciągłością tamtego doświadczenia, tylko mówię innym językiem. Zaczęłam śpiewać zanim porzuciłam skrzypce. Wszystkie piosenkarki mówią, że śpiewają od dziecka, nie będę oryginalna w tym względzie.
Śpiewasz, a także pracujesz w radiu. Przed którym mikrofonem czujesz się lepiej? Można to w ogóle porównać?
To są zupełnie nieporównywalne doświadczenia, ale mogą się uzupełniać. Praca przed jednym mikrofonem może pomagać w pracy przed drugim. Jeżeli śpiewam koncert, to zazwyczaj przychodzą ludzie, którzy mnie znają, którym w pewnym sensie odpowiada, to, co robię, dla których nie jestem anonimowa. A nawet jeżeli jestem, to zaprosił ich ktoś znajomy, czyli ktoś kto zna ich wrażliwość i mogli mu zaufać. Poza tym, kiedy ludzie przychodzą na jakieś wydarzenie, to najczęściej chcą, żeby im się podobało. Rzadko ktoś przychodzi i myśli, że chciałby zmarnować godzinę czy dwie, żeby potem hejtować. Natomiast ludzie, którzy włączają radio mają zupełnie inne podejście. Mogę być dla nich przypadkową osobą i przy tym poziomie, że tak dyplomatycznie to nazwę, swobody w komentowaniu tego, co widzimy i słyszymy, bardzo łatwo jest natknąć się na jakiś raniący komentarz. Na przykład miałam poprowadzić rozmowę o bezpieczeństwie na drogach w kontekście hulajnóg, przygotowywałam się analizując przepisy, rozważając różne warianty a po audycji znalazłam komentarz, że na niczym się nie znam, bo nie powiedziałam o rowerach.
Przejmujesz się negatywnymi komentarzami?
Nie, mam na to dość dużą odporność. Nie szukam tych komentarzy, raczej nie czytam i nie komentuję, ani nie prostuję. Czasami, jeśli dostaję wiadomość, że nie zwróciłam na coś uwagi, to staram się zawsze podziękować i przyznaję rację, tłumacząc, że nie podjęłam tego wątku, bo miałam dziesięć minut na rozmowę i nie mogłam powiedzieć o wszystkim. Mam wrażenie, że ludzie są bardzo sfrustrowani, nie wiem czy coraz bardziej, nie jestem socjologiem i tego nie badam, ale mam wrażenie, że coraz częściej potrzebują dosadnych form wyrażenia swojej frustracji. Ich frustracja wychodzi każdą komórką ciała i trudno im przekuć to w dobro. Większość nie pomyśli, że skoro są nieszczęśliwi, to może spróbują zrobić coś pożytecznego, na przykład wyprowadzą na spacer psa ze schroniska i może lepiej będzie i dla nich, i dla psa. Upraszczam oczywiście, ale zauważam, że nieszczęśliwi ludzie dzielą się nieszczęściem.
Może potrafimy się podzielić tylko tym co nosimy w sobie? Jeżeli mamy w środku mnóstwo żalu i złości, to dajemy to innym.
Z jednej strony tak, ale to nie jest takie zero jedynkowe. Tym tokiem rozumowania musielibyśmy uznać, że dziecko wzrastające w domu, w którym nie było nigdy kochane, nie powinno umieć dać miłości innym. Tymczasem sama potrzeba miłości jest w nim tak silna, że ta miłość się w nim rodzi. Mój mąż, jak było nam bardzo trudno finansowo, mówił, że bardzo łatwo jest dzielić się tym, co mamy, ale najtrudniej jest dzielić się tym, czego nie ma, albo czego jest bardzo mało.
Wspomniałaś na początku naszej rozmowy o swojej książce. Dlaczego zdecydowałaś się oddać głos rodzicom, którzy stracili dziecko w wyniku śmierci samobójczej?
Z jednej strony to przyszło bardzo naturalnie i bez mojego zabiegania o to. W Polskim Radiu RDC prowadzę cykl rozmów, które dotyczą szeroko pojętego zdrowia psychicznego, fizycznego, wzmacniania, zaburzeń rozwojowych dzieci i młodzieży. W grudniu 2023 roku Elżbieta Łanik, wspaniała i wrażliwa dziewczyna z Wydawnictwa Wielka Litera zadzwoniła do mnie z gratulacjami za te rozmowy i zaprosiła na spotkanie. Dostałam propozycję współpracy, czyli napisania książki na temat, który sama sobie wybiorę, ale spójny z tym co robię w radiu. Nie lubię zajmować się rzeczami miałkimi, więc od razu wiedziałam, że nie chcę pisać poradnika i dawać recept na życie. To był czas, kiedy kończyła się pandemia i dużo mówiło się o kryzysach psychicznych u dzieci i młodzieży. Samobójstwa i zachowania samobójcze wśród dzieci i młodzieży wyłoniły się jako bardzo ważny obszar. Na wybór tematu wpłynęły też moje osobiste doświadczenia.
Opowiesz o nich?
Mój tata podjął próbę samobójczą, którą przeżył, ale która całkowicie zrujnowała jego życie, bo z osoby samodzielnej, żyjącej na własnych zasadach, pracującej i stosunkowo zdrowej, stał się osobą, która nie była w stanie poprosić o szklankę wody. Miał afazję i chorobę otępienną, która degradowała jego mózg. Stan wyjściowy po tej próbie był fatalny, bo on ledwo ją przeżył. Zanim wyszedł ze szpitala przeszedł dwie kolejne sepsy, które wyniszczyły jego organizm. Wszystko działo się bardzo szybko. Przypłaciłam to doświadczenie epizodem depresyjnym. Ono było dla mnie wielką traumą i słowa „trauma” używam bardzo świadomie, ale wiem to dopiero dzisiaj. Wtedy nie skupiałam się na tym, co myślę i czuję, trzeba było działać.
Dość szybko zdałam sobie sprawę, że prewencja jest obszarem, o którym się przynajmniej mówi. Nie twierdzę, że ona działa świetnie, że wszyscy wiemy, jak sobie pomagać, jak się wzmacniać, jak udzielać sobie pierwszej pomocy emocjonalnej czy gdzie szukać pomocy profesjonalnej, ale wiedziałam, że ten temat jest stosunkowo lepiej zagospodarowany niż postwencja. Uzmysłowiłam sobie, że kiedy my z mamą i siostrą zderzyłyśmy się z próbą samobójczą mojego ojca, to nikt nam nie powiedział, że jest jakaś forma pomocy, z której możemy skorzystać. Nikt nie dał nam chociaż kartki z numerami telefonów pomocowych czy miejscami, gdzie możecie zwrócić się po wsparcie. Nikt, na żadnym etapie, ani w szpitalu, ani policja, która przyjechała na miejsce zdarzeniami, ani psychiatra, pod opieką którego był tata. Nikt nigdy nas nie zapytał, czy my sobie z tym radzimy. Nie odczuwałam nadmiernego wstydu z powodu próby samobójczej ojca i nie ukrywałam tego, co się wydarzyło w naszym domu. Inaczej było w przypadku starszych członków naszej rodziny, którzy mówili, że mój tata miał udar, zawał czy wylew. Miałam śmiałość i otwartość, żeby mówić prawdę. Natomiast były momenty za życia mojego taty, bo on żył jeszcze dziewięć lat, kiedy czułam się jak bliski pacjenta drugiej kategorii, pacjenta „po próbie s”. Zawsze się zastanawiałam co to za różnica? To jest pacjent, któremu trzeba podać leki, któremu trzeba dać wodę, a czy jemu się przydarzył udar, czy on jest po próbie samobójczej, to tak naprawdę dla lekarza i pielęgniarki nie powinno mieć znaczenia. Natomiast czułam, że jest inaczej. Było to dla mnie dziwne, ale wtedy się temu nadmiernie nie przyglądałam, bo miałam silną grupę wsparcia. Nie budowałam obrazu siebie i taty na podstawie komentarzy obcych osób albo pytań o to, jak to się stało, dlaczego on to zrobił. Nawet jeżeli one były dla mnie bardzo trudne, to miałam gdzie to wszystko wentylować. Jak wspomniałam, zmierzyłam się z depresją, sięgnęłam po pomoc psychiatry i wsparcie farmakologiczne. Nie poszłam na terapię ani wtedy, ani później, chociaż myślę, że życie coraz bardziej mnie zaprasza do tego, żeby to, co się wtedy stało móc przeżyć, a nie tylko zrozumieć.
Wracając do książki, wiedziałam, że to moje traumatyczne doświadczenie może być pewnym zasobem w rozmowach z rodzicami, którzy przeżyli śmierć swoich dzieci. Wprawdzie nie jest to moje doświadczenie jeden do jednego i nie wyobrażam sobie większego cierpienia niż strata dziecka, natomiast to było dobrym otwarciem. Mogłam powiedzieć, że byłam w podobnej sytuacji, wiem, co to znaczy stracić kogoś bliskiego, co to znaczy bać się, obwiniać i nie otrzymać pomocy instytucjonalnej.
Łatwo Ci było znaleźć rozmówców?
Dotarcie do nich wcale nie było oczywiste. Sądziłam, że skoro Internet jest odpowiedzią na wszystkie pytania, to jak wpiszę w wyszukiwarkę hasło „grupy wsparcia dla osób po stracie samobójczej”, to dostanę zbiór miejsc, w których takiego wsparcia można się spodziewać. Kiedy po pomoc sięgają dorosłe dzieci alkoholików, osoby współuzależnione czy osoby uzależnione behawioralnie, to znajdują różne grupy dla siebie. Nawet jeśli hodujesz wyjątkowo niepopularny gatunek chomika, to możesz znaleźć ludzi, którzy też takiego hodują i mogą wymieniać się doświadczeniami. W tym przypadku, albo ja nie umiałam szukać albo takich grup po prostu nie ma i to było dla mnie bardzo zadziwiające i bolesne odkrycie. Pomyślałam, że ja też nie skorzystałam z żadnej pomocy, bo nic przez te dziewięć lat nie pojawiło się na mojej drodze i możliwe, że czegoś takiego nie ma. Dlatego postanowiłam dać głos osobom, które tego doświadczyły, które mierzą się z ogromnym cierpieniem, ale żyją, utrzymują się na powierzchni. Oni wprawdzie nie płyną bezpiecznym statkiem i w wygodnej kajucie. Często to jest chybocząca się tratwa bez zapasów wody i jedzenia na wiele dni, ale płyną. To było dla mnie budujące i tym się chciałam podzielić.
Kiedy po napisaniu książki pracownica działu promocji w wydawnictwie poprosiła, żebyśmy określiły potencjalnych czytelników, to bez wahania powiedziałam, że to jest książka dla wszystkich dorosłych. Po pierwsze dla tych, którzy mają w sobie ciekawość tematów, z którymi nie muszą się identyfikować. Ja bardzo lubię czytać reportaże. Niewiele wiem o kobietach w Afganistanie, nie wybieram się tam, ani żadnej nie znam, ale mogę o nich czytać, bo jestem ciekawa jakiegoś problemu, który ten reportaż porusza. Po drugie to książka dla ludzi, którzy być może przeżyli podobne doświadczenie albo znają kogoś, kto je przeżył, albo są zainteresowani tym problemem społecznym i chcą go poznać lepiej. I mam nadzieję, że ona jest również dla tych, którzy lubią, przepraszam za tę nieskromność, dobry reportaż.
Zamierzasz napisać kolejną książkę?
Wręcz muszę to zrobić, a właściwie piszę już od kilku lat. W czasie pandemii zaczęłam pisać książkę o Włodzimierzu Nahornym. To jest biografia, ale wymyśliłam sobie bardzo nieoczywistą formę tej książki i przez to bardzo czasochłonną. Mogłam tę historię spisać w wywiad rzekę, ale miałam inny pomysł. Muszę ją skończyć, bo jestem to winna Włodkowi i sobie. Na tym się skupiam i nie planuję dalej. Na pewno pisanie sprawia mi przyjemność nieporównywalną do niczego innego. Ani śpiewanie, ani praca w radiu tego nie zapewniają. To jest zupełnie inna forma wypowiedzi. Wiem, że od dziecka dobrze pisałam i uwielbiałam to. Mam kalendarze, takie analogowe, w których notuję. Lubię tę formę wyrzucenia z siebie przeżyć. Dlatego myślę, że pisanie może ze mną zostać na dłużej, a później okaże się na jaki temat. Być może potrzebuję czegoś lżejszego, a być może za chwilę znowu sięgnę po coś, co będzie trudne.
Powadzisz dzienniki?
Zdarza mi się je pisać. To jest dla mnie forma terapeutyczna. Czasami wracam do tych zapisków, potrafię się nimi wzruszyć. Nie jestem systematyczna w prowadzeniu dzienników, ale nie walczę z tym. W tych obszarach, w których mi zależy na systematyczności staram się wprowadzać jakąś mądrą dyscyplinę czy rutynę.
Jak odpoczywasz?
Mam ochotę powiedzieć, że to zależy. Jestem zodiakalnym bliźniakiem i jest we mnie pewna dwoistość. Z jednej strony marzę o tym, żeby wyjechać gdzieś na koniec świata, na nienazwany ląd, gdzie nikogo nie ma. Mogłabym tam odpoczywać, patrzeć na niebo, korzystać z wody i nic bym więcej nie potrzebowała prócz ludzi, z którymi miałabym tam wyjechać, czyli kilku bliskich osób. A z drugiej strony uwielbiam odpoczywać we własnym domu i naprawdę czerpię ogromną radość, kiedy mogę w nim pobyć, posprzątać w kątach, do których długo nie zaglądałam. Uwielbiam chodzić na spacery ze swoim psem. Codziennie robię ponad dziesięć kilometrów, nawet przy wielu zajęciach, to mnie odpręża. Odpoczywam różnie, czasami potrzebuję, żeby dużo się działo, a czasami przeciwnie. Coraz częściej jednak potrzebuję ciszy, żebym miała poczucie odpoczynku.
Wracasz w swoje rodzinne strony?
Wracam, choć mam poczucie, że za rzadko. W myślach wracam znacznie częściej. Jestem w bardzo bliskim kontakcie z moją mamą. Właściwie słyszymy się codziennie albo prawie codziennie. Mam też bliskie relacje z moją siostrą i jej dziećmi. Siostra mieszka w Suwałkach, a mama w moim domu rodzinnym nad Wigrami. I to właściwie cała moja rodzina, z którą otrzymuję kontakt. Mama przyjeżdża na moje koncerty, czasami na drugi koniec Polski i wtedy spędzamy ze sobą dwa, trzy dni. Mimo że już na emeryturze, jest niezwykle zajętą osobą i to nie jest takie oczywiste, że jak przyjadę, to ona akurat będzie miała czas. Cieszy mnie to, że żyje aktywnie i że doświadcza łaski bycia samodzielną, aktywną i zdrową, i może realizować swoje pasje. Dziś mamy naprawdę dobre i mądre relacje, ale nie zawsze tak było. W domu, w którym rządził alkohol, a mój tata był uzależniony, wszystko toczyło się wokół tej choroby. W pewnym momencie musiałyśmy, a może przede wszystkim chciałyśmy zbudować swoje relacje na nowo, po dorosłemu, bardziej świadomie. Jesteśmy dowodem na to, że można.
Jak chciałabyś zakończyć naszą rozmowę?
Zauważyłaś, że przyszłam na nasze spotkanie w nienajlepszym nastroju. W wypadku zginęła Kasia Stoparczyk. Niedawno zmarli Staszek Sojka i Asia Kołaczkowska. To mnie ponownie skłoniło do dwóch refleksji. Pierwsza to nieprzewidywalność świata. Wiele sobie planujemy, mamy zapełnione kalendarze itd., ale zdarzenie losowe czy jakiś czynnik zewnętrzny sprawiają, że nasze życie staje się nieprzewidywalne i bardzo kruche. Ale nie lubię zostawać tylko z tą refleksją, bo to by we mnie gromadziło olbrzymi smutek i frustrację, z którymi nic nie mogę zrobić. Dlatego cały czas myślę, że chciałabym żyć tak, by nie mieć poczucia, że coś odkładałam na później. Ok, może nie skończyłam czegoś albo nie powiedziałam wszystkiego, bo nigdy nie ma takiego momentu, gdyż jesteśmy w procesie jakim jest życie. Jednak nie chcę mieć poczucia, że odkładałam na później życie i relacje z innymi, bo one są dla mnie najważniejsze. Ważne jest dla mnie, żeby wychodząc do pracy przytulić się do męża i pogłaskać psa. Potem uśmiechnąć się do pani, która siedzi na przystanku i wygląda na smutną. Czasami nawet zagadać. Kiedyś w tramwaju usiadłam obok starszej pani, która płakała. Pewnie chciała być niewidzialna, ocierała łzy ukradkiem. Zastanawiałam się, czy coś jej powiedzieć, nie wiedziałam, co i po prostu powiedziałam tylko „Musi być pani trudno”. Była zaskoczona, powiedziała, że ma trudny dzień, że musi się z czymś zmierzyć. Wysiadając powiedziała, że jest jej lżej. Nie rozwiązałam żadnego jej problemu, nie powiedziałam co zrobić, nawet nie wiem czego dotyczył jej problem.
Ale ją zauważyłaś.
O to chodzi. I chciałabym mieć takie poczucie, że takich rzeczy nie przegapiam. To, że podejmę się jakiejś pracy, coś napiszę czy nagram płytę, to super. Ale najważniejsze, żeby nie przegapiać relacji. To pewnie brzmi trochę trywialnie i może patetycznie, ale właśnie z tym szłam dzisiaj na nasze spotkanie, żebyśmy byli dla siebie uważni. To jest miara naszego człowieczeństwa i sensu istnienia.
Dziękuję Ci bardzo za spotkanie i tej uważności nam życzę.
Dziękuję.
fot. Katarzyna Warno

Wzruszyłam się . Znamy się od podstawówki Ania zawsze była wrażliwą duszą kiedy grała na skrzypcach wzruszała , wkładała w to serce , ja najczęściej coś deklamowałam. Razem wzrastałysmy w tym duchu , teratru , magii , poezji. Nasza polonistka otworzyła nam okno na świat odczuć relacji duchowości. Od lat jestem dumna z Nuli że pomimo wielu życiowych zakrętów tak wiele osiągnęła. Uwielbiam słuchać jej śpiewu sprawia że frunę jak motyl lub śmieje się i wzruszam na zmianę. Na moim stoliku leży książka napisana przez Anie czeka na dobry czas bo temat jest trudny i ciężki dla wrażliwców. Dziękuję za ten wywiad wzruszył mnie i pokazał Twoja siłę Aniu.
Bardzo dziękuję Pani Kamilo. Cieszę się, że dostarczyłyśmy Pani wzruszeń. Pozdrawiam serdecznie.