Małgorzata Kulczyńska – absolwentka grafiki użytkowej pod okiem Profesora Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie Mieczysława Górowskiego i grafiki warsztatowej w Rzeszowie. Od 2018 roku współwłaścicielka Galerii Staszica 13, której celem jest propagowanie sztuki, promowanie artystów ze środowiska lokalnego, a także wyszukiwanie nowych nazwisk, połączone z działalnością handlową. Galeria gościła już takich twórców, jak: Stanisław Karpowicz, Stanisław i Jacek Pasieczni, Joanna Bekier, Wojciech Zawrotniak, Andrzej Styrna, Barbara Czapiga-Drohomirecka i Mariusz Drohomirecki. Od 2021 roku prezes Zarządu Fundacji Sztukateria Idealna, która w ramach swoich działań prowadzi, między innymi zajęcia artystyczne dla dzieci i młodzieży, w tym warsztaty przygotowujące do egzaminów do liceum plastycznego oraz na kierunki artystyczne studiów wyższych. Organizatorka wystaw, plenerów artystycznych, półkolonii i wyjazdów dla podopiecznych Sztukaterii Idealnej.
Jest Pani współwłaścicielką Galerii Sztuki 13 w Zamościu oraz prezesem Fundacji Sztukateria Idealna. Skąd u Pani zainteresowanie sztuką?
Wszystko zaczęło się od moich rodziców. Nie wychowałam się w środowisku stricte artystycznym, ale dużo w nim było kontaktów ze sztuką. Z dziada pradziada, w rodzinie od strony ojca, wszyscy byli uzdolnieni plastycznie. Z takich ciekawostek, to mogę powiedzieć, że brat rodzony mojego dziadka był architektem i razem z żoną na początku lat sześćdziesiątych zaprojektowali meble segmentowe na konkurs na projekty mebli do małych pomieszczeń. Ich projekt został wprowadzony do masowej produkcji. To jest tak zwana „meblościanka Kowalskich”, której egzemplarz znajduje się jako eksponat w Muzeum Narodowym w Warszawie. Te artystyczne geny od strony taty sprawiły chyba, że od małego dziecka dużo malowałam i rysowałam. Pamiętam też, że tworzyłam modele okrętów wojennych z tatą. Rodzice mnie kształtowali. Ponadto moja mama wpadła na pomysł i założyła w Zamościu sklep dla plastyków pod nazwą Paleta, który prowadzi do dzisiaj. Można powiedzieć, że w tym sklepie się wychowałam. To może nie był typowo artystyczny świat, bo nie dorastałam w żadnej pracowni plastycznej, ale otarłam się o tą roboczą część artystyczną. Mama zabierała mnie na wszystkie targi czy wystawy w całej Polsce, na które jeździła. I tak się zaczęło.
Czy dorastanie w kontakcie ze sztuką sprawiło, że kształciła się Pani artystycznie?
Najpierw chodziłam do pani Elżbiety Tyszko na zajęcia, które prowadziła w Młodzieżowym Domu Kultury. Później przechwycili mnie państwo Gomułkowie, najpierw pani Bożena, później pan Robert, z którym do dziś utrzymuję dobre kontakty. Nadal mam w głowie prace, które tworzyłam z panem Robertem, wiele mu zawdzięczam. W młodzieńczych latach duży wpływ miał na mnie również pan Mieczysław Gradziuk, świętej pamięci. Moja dziecięca droga kształtowała się plastycznie.
Poszła Pani do Liceum Sztuk Plastycznych w Zamościu?
Nie, skończyłam III Liceum Ogólnokształcące w Zamościu. Później skierowałam azymut na Kraków. Uparłam się na historię sztuki na Uniwersytecie Jagiellońskim i tak się stało. Na pierwszym roku było nas trzydzieści osób i ta liczba topniała z roku na rok. Na trzecim roku zorientowałam się, że to jednak nie jest kierunek dla mnie. Bardzo lubię historię sztuki, ale muszę być w ruchu, muszę działać, a to jest jednak praca naukowa. Zrezygnowałam, mimo, że bardzo lubiłam zajęcia, szczególnie z profesorem Andrzejem Betlejem, wtedy jeszcze doktorem, który obecnie jest dyrektorem Zamku Królewskiego na Wawelu. Poznałam wtedy bardzo fajne osoby, które wywarły na mnie spory wpływ. Był wśród nich profesor Jan Ostrowski, ówczesny dyrektor Zamku na Wawelu, który fantastycznie prowadził zajęcia ze sztuki nowożytnej. Jednak porzuciłam ten kierunek, zaczęłam studiować i ukończyłam grafikę użytkową pod okiem profesora Mieczysława Górowskiego, jednego z najbardziej znanych plakacistów w Polsce. Chyba właśnie ta użytkowość przekonała mnie do tego wyboru. Nie jestem artystką, nigdy nie określiłabym się w ten sposób, ale sztuka jest mi bardzo bliska i działania z nią związane sprawiają mi ogromną radość.
Później wróciła Pani do Zamościa?
Później jeszcze studiowałam grafikę warsztatową w Rzeszowie. Potem zamieszkałam w Świdniku, urodziłam syna Kacpra, który teraz ma prawie piętnaście lat. Był taki moment, że mieszkałam w Świdniku, a pracowałam w Zamościu. Codzienne dojazdy były zbyt wycieńczające i w pewnym momencie podjęłam decyzję o przeprowadzce do Zamościa.
Jest Pani Zamościanką z urodzenia?
Jestem Zamościanką urodzoną w Szczebrzeszynie, ale to tylko z przyczyn technicznych, bo babcia była tam położoną i odbierała wszystkie swoje wnuki. Nie mogło być inaczej.
Jak się zrodził pomysł na otwarcie galerii?
On się rodził długo, to było moje marzenie od dawna. Natomiast młody człowiek wielu rzeczy się boi. Ponadto czasami jest trochę sprowadzany na ziemię przez osoby bardziej doświadczone. Przyszedł po prostu ten moment. Różne pomysły chodziły mi po głowie, to galeria artystyczna, to kawiarnia artystyczna. Cały czas ta myśl dojrzewała. To była kwestia ostatecznego impulsu, czyli informacji, że zwolnił się lokal na Starym Mieście. Wówczas z Jackiem Kardaszem, który jest moim wspólnikiem w Galerii, ale przede wszystkim przyjacielem, postanowiliśmy otworzyć galerię.
Marzenie o stworzeniu miejsca artystycznego było podsycane przez artystów, od których dostawała Pani obrazy.
Dostałam obrazy od kilku artystów. Z racji swojej pracy miałam kontakt z wieloma twórcami i ich pracami. Nie podczas ich pracy, nie w trakcie malowania, ale na końcu łańcucha pokarmowego życia obrazów, czyli podczas oprawiania ich. Kiedy pracowałam w Palecie, przez nasze ręce przeszły cuda, które miałyśmy przyjemność oprawiać. Kiedyś pan Stanisław Pyra-Piro powiedział mi „Dziewczyno, ty mi zrobisz wystawę” i wykrakał to trochę. Jego prace wiszą w galerii i są dla mnie bardzo cenne. Część jest złożona w teczce, to są stare prace. Często o nim myślę.
Jest Pani zadowolona ze swojej galerii?
Tak, bardzo. Był taki moment, jak zaczął się Covid, a my stawialiśmy pierwsze kroki, że nie wiedzieliśmy co będzie. Stwierdziłam, że zrobię wszystko, żeby utrzymać to miejsce.
Od początku był zamysł, żeby to nie było wyłącznie miejsce komercyjne?
Tak. Chciałam stworzyć miejsce z duszą. Tylko wiadomo, że na marzenia, które są daleko w gwiazdach trzeba mieć pieniądze. A jak się ich nie ma, to trzeba sobie radzić w inny sposób. Wydaje mi się, że w moim przypadku sprawdza się połączenie bujania w obłokach z jednej strony, ze stąpaniem twardo po ziemi z drugiej. Poza tym umiem dostrzegać to, czego w Zamościu brakuje. Wiem co jest, wiem, że to trzeba docenić, ale widzę też, że jeszcze dużo można zrobić i mam wiele pomysłów.
Jak się tworzy takie miejsce z duszą?
To jest kwestia realizacji tego, co mamy w głowie. Usiedliśmy z Jackiem przy kawie i założyliśmy sobie pewne cele, ustaliliśmy do kogo kierujemy nasz pomysł i jak będzie wyglądało wnętrze. Istotą było, że chcieliśmy połączyć eksponowanie prac z “domową” przytulnością, a jak wiadomo tradycyjnie dzieła w galeriach eksponuje się zupełnie w inaczej. Metodą prób i błędów doszliśmy do kolorowej podłogi, która robi furorę oraz ścian zawieszonych pracami, które mimo, że wychodzą spod ręki różnych artystów, u nas znajdują ze sobą wspólny dialog. Realizacja pomysłów przychodzi łatwiej, jeśli ma się wokół siebie fajnych ludzi, którzy pozwalają napędzać się tym pomysłem, albo jeden pomysł generuje drugi. W moim życiu tak się składa, że zawsze mam takich ludzi w swoim otoczeniu.
To miejsce trzeba było wypełnić sztuką. Jak pozyskujecie dzieła?
To też jest trochę przygoda, bo nie wiedzieliśmy z kim rozmawiać, z kim się dogadamy, a z kim nie. Poza tym nie wszystkie rzeczy są dobre dla Zamościa. Ciężko jest tu na przykład sprzedawać sztukę nowoczesną albo abstrakcję. Nie wiem z czego to wynika, ciągle się nad tym zastanawiam, bo w galeriach we wszystkich większych miastach jest sztuka nowoczesna i ona się broni. To raczej nie jest kwestia tego, że Zamość jest małym miastem, bo przecież przyjeżdżają tu ludzie z wielu miejsc. To miasto chyba ma taki klimat, że jednak najlepiej odnajduje się tu sztuka klasyczna, więc w tę stronę poszliśmy. Jeśli chodzi o pozyskiwanie obrazów, to praca musi do mnie „przemówić”, musi mieć w sobie energię. Mam kilku fantastycznych artystów, których dzieła tak na mnie działają. Są to, między innymi Stanisław Karpowicz, którego obrazy emanują bliską mi energią czy Basia Buczak z Lublina, której prace są jak zaczarowane. Nie sposób wymienić wszystkich artystów.
Jaka rzecz w galerii jest najcenniejsza pod względem finansowym?
Najcenniejszą rzecz niedawno sprzedaliśmy. Była to malutka akwarela Juliusza Kossaka, która prawdopodobnie była ilustracją do jednego z wydań Potopu Sienkiewicza. Obecnie mamy prace Edwarda Dwurnika, Rafała Olbińskiego czy Jana Stanisławskiego.
A najcenniejsza rzecz pod względem emocjonalnym, za którą będzie Pani płakać?
Płakałam za metalową, galwanizowaną srebrem torebką, z końca dziewiętnastego wieku. Była wystawiana na sprzedaż, ale nie sądziłam, że tak szybko znajdzie się nabywca. Są takie prace, które bardzo lubię, ale już nauczyłam się nie przywiązywać. Jeśli coś jest dla mnie niezwykle ważne, to kupuję i mam w domu. W galerii jednak staram się odcinać emocje. Aczkolwiek każda praca przechodzi przez moje ręce. Zastanawiam się jak oprawić obrazy, czy bardziej nowocześnie, czy może romantycznie. Bawię się też meblami. Od czasu do czasu wyszukujemy z Jackiem stare meble, np. fotele uszaki czy krzesła, które oddaję do tapicera. Staram się dobrać jakąś niecodzienną tkaninę, nadać eklektyczny styl, przemycić trochę starocia w nowoczesny świat.
Gdzie kupujecie prace, na aukcjach czy bezpośrednio od artystów?
Czasami na aukcjach, czasami od artystów. Bywa, że ktoś po prostu przychodzi z czymś, co chce sprzedać. Często tak się dzieje ze starą porcelaną, której ludzie chcą się pozbyć. Czasem sami nawet nie wiedzą, co mają. Jeśli chodzi o porcelanę, to staram się mieć unikaty dobrej jakości, ze znanych manufaktur. Zawsze korzystam ze wsparcia przy wycenie, natomiast wielu rzeczy się już nauczyłam i potrafię rozpoznać wartość przynoszonych rzeczy.
Od początku mieliście pomysł, żeby w galerii organizować wystawy i spotkania?
Tak. Był nawet pomysł, żeby zrobić tam miejsce spotkań z kawą i herbatą, ale to nie wyszło. Natomiast wernisaże, która robiliśmy od początku miały mieć wydźwięk “miękkiego wernisażu”. Zamojska Galeria BWA organizuje fantastyczne wernisaże, gdzie obrazy są profesjonalnie wyeksponowane. My nie możemy sobie na to pozwolić, bo nasza przestrzeń po prostu na to nie pozwala. Natomiast umożliwia spotkania z ludźmi, spotkanie z artystą, które można zamienić w magiczny moment.
Dużo spotkań jest już za Wami?
Jak wspomniałam zatrzymał nas trochę Covid, kiedy nikt nie wiedział co i jak robić, a później bałam się do tych spotkań wrócić. Gościli u nas panowie Stanisław i Jacek Pasieczni, czyli ojciec i syn. To był bardzo ciekawy wernisaż, na który przybyło wielu ludzi z zewnątrz, nawet z Gdańska. Była u nas Asia Bekier i Wojciech Zawrotniak. Mieliśmy również spotkanie z artystą z Bytomia Andrzejem Styrną, które było dość nietypowe. Zaczynało się od koncertu na schodach Ratusza, gdzie artyści z Opery Śląskiej wykonali Upiora w Operze. Później rozpoczął się wernisaż wystawy Andrzeja w naszej galerii i na koniec odbyło się spotkanie w restauracji, ówczesnej Morandówce. Udało nam się połączyć te trzy punkty. Czas letni sprzyja temu, że w takich wydarzeniach biorą udział ludzie spoza Zamościa, którzy często wracają ponownie do naszego miasta i o to w tym chodzi. Odbywały się u nas również wydarzenia z okazji 11 listopada czy grudniowego wspólnego kolędowania.
Ostatnio zrobiliśmy wernisaż państwa Barbary Czapigi-Drohomireckiej i Mariusza Drohomireckiego, w dwóch miejscach, w naszej galerii i w pomieszczeniach Fundacji Sztukateria Idealna. Kilkanaście dni temu zorganizowaliśmy „Spotkanie z artystą Stanisławem Karpowiczem”. Nie każdy artysta chce być na świeczniku, a niewątpliwie na klasycznym wernisażu jest, więc przyszedł mi do głowy pomysł na spotkanie kameralne. Przez kilka godzin w ciągu dwóch dni można było przyjść do galerii na kawę, posiedzieć, pooglądać prace i na spokojnie porozmawiać.
Kogo chciałaby Pani gościć w galerii?
Na pewno chciałabym, żeby to miejsce żyło. Myślę o młodych artystach, których na pewno warto u nas pokazać. Wiem z obserwacji, że taki strategiczny czas dla Zamościa to są wakacje, najlepiej sierpień, bo wtedy najwięcej ludzi odwiedza miasto. Nasz zamojski widz przyjdzie zawsze, tym bardziej, że Zamościanie potrzebują sztuki. Wydarzeń artystycznych jest raczej za mało niż za dużo. Mam kilka przygotowanych nazwisk, ale na razie nie chciałabym o nich mówić.
Boi się Pani zapeszyć?
Nie. Raczej wychodzę z założenia, żeby nie mówić, gdy nic nie jest pewne. Poza tym lepsze jest działanie z zaskoczenia. Zamiast zapowiadania jakiegoś wydarzenia przez miesiące, wolę dać ludziom niespodziankę. Jak otwieraliśmy galerię, to zrobiliśmy ulotki według pomysłu Jacka. Były na nich jedynie brązowe ramy, w środku ze znakiem zapytania i trzynastką.
Wspominała już Pani o Fundacji Sztukateria Idealna. Jak doszło do jej powstania?
Po nitce do kłębka. Galeria rodziła nowe pomysły. Siłą rzeczy nasuwało się, że coś jeszcze trzeba zrobić. W swoim czasie robiłam bardzo dużo kursów, potem prowadziłam kursy różnych technik hobbystycznych i towarzyszyło mi marzenie o przekazywaniu wiedzy. Chciałam przekazywać artystyczne wartości, edukować dzieci i młodzież. Na moje marzenie nałożyło się podobne marzenie Magdy Cieplechowicz-Buczak i tak wymarzyłyśmy fundację, w której prowadzimy zajęcia. Na początku zajęcia były w galerii z grupką dzieciaków, które rysowały filiżanki czy lampy. Później, podobnie jak z galerią, obejrzałam jeden lokal, drugi lokal, aż w końcu pojawił się ten. U mnie to nie jest jakiś plan stuletni, który ma być realizowany. To są drobne kroczki, które w pewnym momencie przynoszą efekty. Wydaje mi się, że jak się we wszystko wkłada serce, to nie ma możliwości, żeby nie wyszło.
Waszym głównym celem jest edukacja?
Tak, przede wszystkim chodzi o to, żeby edukować. Oczywiście mówimy o artystycznym świecie. Czasem mam wrażenie, że kiedy jestem na zajęciach, to czerpię dobrą energię od naszych wychowanków. Wokół nas jest uzdolniona młodzież, dzieci, które w tym okrutnym, wirtualnym świecie potrafią czerpać radość i wyrażać się przez sztukę. Respektują zasady panujące w pracowni, która jest miejscem “bez telefonów”. Oczywiście nie dotyczy to muzyki i na przykład potrzeby założenia słuchawek, by zanurzyć się w swoim świecie, natomiast nie chcemy, aby nasi uczniowie izolowali się w sposób wirtualny, nawet na przerwach. Prosimy ich, aby byli ze sobą, a nie koło siebie i to się udaje.
Dla osób w jakim wieku organizujecie zajęcia?
Przyjmujemy dzieci od siódmego roku życia, na tyle duże, aby umiały o siebie zadbać oraz współpracować w grupie. I to jest grupa najmłodsza. Potem są trochę starsze dzieci i później te, które mają marzenie, żeby dostać się do liceum plastycznego, więc przygotowujemy je do egzaminów. I wreszcie licealiści, z których część wybiera się na uczelnie artystyczne. Przez całą sobotę, od rana do wieczora, pracujemy z grupą po grupie. Od poniedziałku do piątku młodzież ma lekcje, potem dodatkową matematykę, angielski, basen i chyba dzieci są przemęczone. 99,9% rodziców prosiło nas o zajęcia w sobotę. Zajęcia artystyczne są potrzebne, traktujemy je jako formę nauki, szczególnie w tych starszych grupach, ale też formę relaksu. Na tych zajęciach oni również odpoczywają, tym bardziej, że kolejnego dnia nie mają sprawdzianu, bo jest niedziela. Wielu naszych podopiecznych chodzi do szkoły muzycznej, nie wszyscy byliby w stanie to pogodzić z naszymi zajęciami. Dlatego mamy sobotnie stłoczenie zajęć, musimy ten dzień wycisnąć jak cytrynę.
Przychodzi do nas młodzież, która może chwilę poprzebywać sama ze sobą, z tym co widzi, w tym, co robi. Przede wszystkim oni tu przychodzą, bo chcą, a nie dlatego, że ktoś im każe. Podziwiam naszą młodzież, bo oni mają potrzebę robienia czegoś innego i wybierają swoje cele w bardzo młodym wieku.
W których grupach prowadzi Pani zajęcia?
Mam najmłodsze grupy i bardzo lubię te zajęcia. Jest na nich przede wszystkim rysunek i malarstwo. To jest na takiej zasadzie, że dzisiaj się bawimy, a za tydzień trochę bardziej się uczymy, na przykład perspektywy i obserwacji, co wymusza na dzieciach skupienie i cierpliwość, czyli rzeczy potrzebne w życiu. Przychodzą też momenty, kiedy trzeba zacząć coś robić manualnie i tutaj pojawiają się problemy. Z tego, co obserwuję, to nawet zdolne dzieci w wieku siedmiu, ośmiu lat często mają trudności, na przykład z wycinaniem. Malują, rysują, ale jak biorą do rąk nożyczki i mają prosto uciąć pasek, to niestety jest problem.
Kto oprócz Pani i Magdy Cieplechowicz-Buczak prowadzi zajęcia?
Pan Michał Mazurkiewicz, nauczyciel z Państwowego Liceum Sztuk Plastycznych w Zamościu, artysta, który prowadzi grupę licealną i wykonuje w niej niesamowitą pracę. Osiągnięcia tej grupy to jest przede wszystkim jego zasługa. Staramy się również pozyskiwać artystów z zewnątrz. Ostatnio pan Jerzy Tyburski przeprowadził cztery spotkania dla młodzieży. Organizujemy również wyjazdy na lekcje dydaktyczne w muzeach. Byliśmy dwa albo trzy razy na Uniwersytecie Pedagogicznym w Krakowie na Wydziale Sztuki, gdzie potraktowano nas jak kandydatów na studia, mimo że przyjechała nie tylko młodzież z klas maturalnych, ale też dzieciaki z podstawówki. Wszyscy stanęli przy sztalugach obok studentów i mieli zajęcia, po których były konsultacje z profesorem, który każdą pracę cierpliwie analizował. Ci, którzy się przygotowywali na studia artystyczne pojechali ze swoimi teczkami i mogli porozmawiać na temat swojego portfolio. Mamy już kilku naszych uczniów właśnie tam, na Wydziale Sztuki. Fantastyczna grupa naszych uczniów poszła już w świat, na przykład Inez, Bartek, Ola czy Stella, cudowni ludzie. Część z nich zaczynała swoją przygodę ze sztuką na zajęciach u Magdy w MDK-u. Z radością patrzymy, jak oni się rozwijają.
Organizujecie również wystawy prac swoich uczniów.
Jest to przede wszystkim forma docenienia ich twórczości, ale też pokazanie im, że dużo mogą, bo dzisiaj młodzież zamknięta w wirtualnym pudełku jest bardzo wycofana. Myślę, że moje pokolenie było bardziej zabiegające o siebie. Mam wrażenie, że to było niedawno, ale jest przepaść między dzieciakami, które w tym momencie wchodzą w doroślejszy świat, a mną i moimi znajomymi. Pokazujemy im, że mogą rozwijać skrzydła, że robią fantastyczne rzeczy. Zarówno w tamtym roku, jak i w tym, nasza młodzież brała udział w wydarzeniach związanych z zamojską Aleją Sław organizowaną przez Teresę Madej. To, jak fantastycznie młodzież się w to zaangażowała, jest najlepszą nagrodą.
Organizujecie plenery artystyczne?
Tak. Udało nam się nawet zorganizować dość nietypowy plener w kościele Ojców Franciszkanów. Ojciec Andrzej pozwolił nam zrobić ten plener w świeżo odrestaurowanych wnętrzach, jeszcze przed poświęceniem kościoła. Przekonałam go, że nic nie zniszczymy. Powstały wtedy fantastyczne obrazy, dwa z nich nadal mamy w Fundacji. Ojciec wybrał sobie pracę, która mu się najbardziej spodobała i otrzymał ją od nas w dowód wdzięczności. To naprawdę był dość spektakularny plener. Nie udało nam się tego powtórzyć, aczkolwiek chciałabym to zrobić.
Organizujemy również półkolonie dla dzieci, które oczywiście mają charakter artystyczny. Chodzi o pokazanie im innego sposobu myślenia, kreatywności, czy odrobiny historii sztuk, żeby w ich głowach coś nagrało się na stałe. Bardzo lubię, jak wychodzimy ze Sztukaterii i pokazujemy tym młodym ludziom nasz piękny Zamość. Nie wyobrażam sobie tych półkolonii bez wizyty w Muzeum Zamojskim, BWA czy w tym roku w Mediatece. Wydaje mi się, że to są miejsca, które powinny być odwiedzane w ramach zajęć szkolnych, ale niestety tak nie jest. Jak była wystawa Katarzyny Karpowicz, to poszłyśmy do BWA z dziewczynkami w wieku od siedmiu do jedenastu lat. I one nie dość, że podeszły do tematu niezwykle dojrzale, to w pewnym momencie zaczęły odgrywać sceny. Patrzyły na obraz, analizowały go i zaczynały się ustawiać w różnych pozach. Zaczęłam robić zdjęcia, które nawet są na naszej stronie na Facebooku, ale to nie było reżyserowane. One to robiły same z siebie i bardzo naturalnie. To było dla mnie zaskakujące i niesamowite, i cieszę się, że to nie było dla nich tylko odbębnienie tematu. Sztuka naprawdę podziałała. Dla mnie to jest sens naszej pracy. Jakbym miała nazwać to, o co mi chodzi w Sztukaterii, to jest to „artystyczne podaj dalej”. To jest niezwykle ważne, żeby im jak najwięcej przekazać i żeby oni to nieśli dalej.
Jakie ma Pani plany związane ze Sztukaterią?
Przede wszystkim chciałabym, żeby się rozwijała, żeby było więcej grup i absolwentów. Mam marzenie, żeby to miejsce zaczęło funkcjonować na większą skalę, żeby było więcej zajęć, które oferujemy, na przykład grafika, może też fotografia. Chciałabym, żeby to była dobrze zorganizowana szkoła artystyczna.
Zależy mi też na tym, żeby kontynuować wyjazdy międzynarodowe z młodzieżą, w które się zaangażowałam. To było niesamowite przeżycie, wspaniała przygoda z młodzieżą od szesnastego do dwudziestego pierwszego roku życia. W tamtym roku mieliśmy bardzo intensywny czas. W kwietniu pojechaliśmy do Weimaru. W lipcu tamtejsza młodzież, razem z młodzieżą z Blois we Francji, przyjechała do nas, a w październiku my wraz z uczniami z Niemiec odwiedziliśmy Blois. Wszystko odbywało się w ramach Trójkąta Weimarskiego. Weimar jest miastem partnerskim Zamościa i Blois, a obecnie Blois stara się, żeby Zamość był jego miastem partnerskim. Zostało już podpisane wstępne porozumienie. Te spotkania były fantastyczne, nasza młodzież rozkwitła.
Czy te spotkania były połączone z aktywnością artystyczną, na przykład z plenerami?
Nie. Ten projekt nie miał w ogóle wydźwięku artystycznego, aczkolwiek siłą rzeczy otarł się o artystyczne elementy. Miał przede wszystkim wydźwięk społeczno-demokratyczny. „Europa zaczyna się w twoim mieście. Twoje pomysły się liczą” – dokładnie taki był tytuł tego projektu. Chodziło o to, aby młodego człowieka wprowadzić w demokratyczny świat i pokazać mu po części to, co my robimy w Sztukaterii, czyli, że warto się angażować, bo jego głos jest bardzo ważny. Teraz nasza młodzież ma szesnaście albo siedemnaście lat, ale za chwilę będzie pełnoletnia. Ważne, by nauczyć młodego człowieka decydowania o sobie, umiejętności wybierania i podejmowania dobrych, demokratycznych decyzji. Młodzież, która przyjechała tutaj była zachwycona. Wszyscy mieszkaliśmy w bursie numer 2. Udało nam się zrobić wiele fajnych rzeczy, włącznie z terenową grą demokratyczną wymyśloną przez dwie nasze podopieczne, która rozgrywała się w parku. W tym roku spotkaliśmy się wszyscy w Weimarze, w przyszłym spotkamy się ponownie w Zamościu.
Skoro jesteśmy przy spotkaniach, to jakie były te najważniejsze w Pani życiu?
Zaczynając od początku, to myślę, że właśnie spotkania z panem Piro, który bardzo często mnie odwiedzał i dużo rozmawialiśmy. Myślę, że zasiał we mnie istotne ziarenko. Ważne jest też, może nie spotkanie, ale to, co usłyszałam od mojego wujka: „Małgośka zbieraj antyki, bo się kończą”. To była rozmowa przy ciastku rodzinnym, ale te słowa zapadły mi w głowę i dźwięczą po dziś dzień, i mam świadomość wartości pewnych rzeczy oraz tego, że za chwilę niektórych z nich nie będzie.
Bardzo dużo ludzi miało na mnie wpływ. Na pewno Jacek Kardasz, o którym wspominałam. Jest przede wszystkim moim przyjacielem i zawsze mogę na niego liczyć. Na pewno nasze spotkanie miało wpływ na to, jak potoczyło się moje życie.
To przyjaźń z młodości czy już dojrzała?
To jest dojrzała przyjaźń. Mam kilku fantastycznych ludzi w moim życiu, którzy gdzieś od siódmego roku życia orbitują wokół mnie, przez podstawówkę, przez liceum aż do dziś. Dojrzałe znajomości to również ta ze Stanisławem Karpowiczem, którego darzę ogromnym szacunkiem. Takich cudownych ludzi mam jeszcze kilku.
Jedno z najważniejszych spotkań to na pewno z moim partnerem, którego napotkałam w burzliwym momencie mojego życia. To był olbrzymi punkt zwrotny, pojawiła się w moim życiu pewna dojrzałość. Bardzo dużo mu zawdzięczam.
Wiele osób, które stanęły na mojej drodze miało na mnie wpływ. Nawet jeśli nie utrzymuję z nimi kontaktu, bo ci ludzie pojawili się na moment, to każdy przyczynił się do czegoś w moim życiu i w jakiś sposób mnie ukształtował lub zahartował. W każdym momencie od kogoś się uczyłam i z kimś przechodziłam przez jakiś etap, odbierając lekcje, niektóre fajne, inne mniej przyjemne.
Mam apetyt na więcej. Jestem w takim momencie prywatnego życia, kiedy muszę dać sobie i rodzinie więcej czasu i skoncentrować się na niej, ale na pewno chciałabym nadal działać. Chciałabym rozwijać Galerię Staszica 13 i Sztukaterię, i kto wie, co jeszcze. Staram się doceniać to, co mi świat podsuwa pod nos, to w jakim otoczeniu wyrosłam oraz jacy ludzie mnie otaczali, otaczają i pewnie będą otaczać. Chcę wykorzystywać to, co się na moim twardym dysku nagrało przez te lata. Oczywiście, jak wszędzie napotykam na jakieś kłopoty, ale jestem szczęśliwa, bo robię to, co kocham, spełniam się i nie męczę się każdego dnia, że “muszę iść do pracy”. Dzisiejszy świat wymusza na ludziach wiele rzeczy. Nie chcę zapeszyć, ale mi los przynosi dobre rzeczy, to chyba nie moja zasługa.
Trzeba umieć dobrze wybierać z tego, co los podsuwa i mieć odwagę za tym podążać.
Pewnie tak. Może ludzie zrezygnowaliby z pewnych rzeczy. Ja słucham serca i upieram się przy swoim. Ponadto chyba nie brakuje mi odwagi. Myślę, że wielokrotnie ktoś w mojej sytuacji wycofałby się, byłby bardziej asekuracyjny. Ja lubię się rzucać na głęboką wodę. I zawsze jakoś sobie radzę. Ale przede wszystkim robię to, co kocham.
Życzę Pani, żeby tak było zawsze i bardzo dziękuję za spotkanie.
Również dziękuję.
“Zrealizowano w ramach stypendium artystycznego Prezydenta Miasta Zamość”.
