Spotkanie z Andrzejem Czochrą

Andrzej Czochra – instruktor szachów, trener i sędzia szachowy. Nauczyciel gry w szachy w  Miejskim Domu Kultury w Zamościu, I Społecznej Szkole Podstawowej w Zamościu i Katolickiej Szkole Podstawowej w Zamościu. Założyciel Klubu Szachowego Caissa w Zamościu. Od 2008 prezes Stowarzyszenia Klub Szachowy Twierdza Zamość. Później założyciel Stowarzyszenia Zamojskie Towarzystwo Szachowe, a obecnie prezes Stowarzyszenia Zamojski Klub Szachowy. Organizator licznych turniejów, między innymi Zamość – Żółkiew. Organizator i reżyser inscenizacji Żywe Szachy – Szwedzi pod Zamościem, Międzynarodowego Turnieju Szachowego  „Zamość Chess Cup” (2009, 2010, 2024) oraz masowych rozgrywek szachowych. Twórca Muzeum Szachy Świata z kolekcją ponad trzystu kompletów szachów oraz innych przedmiotów związanych z szachami, które zostało wpisane do Polskiej Księgi Rekordów i Osobliwości.

Kiedy szachy pojawiły się w Twoim życiu?

Miałem pięć lat, jak ojciec zaczął mnie uczyć grać w szachy i od tego się wszystko zaczęło. Pamiętam, że co jakiś czas przyjeżdżał do nas wujek, z którym ojciec grał, a ja się temu przypatrywałem.

Pamiętasz pierwszą szachownicę, na której uczyłeś się grać?

To była plastikowa szachownica z dziurkami. Pionki szachowe miały bolce, które wkładało się do tych otworów. Typowa PRL-owska szachownica, nic specjalnego. Mam ją do tej pory w domu, bo to pamiątka po moim tacie i na niej się uczyłem. Potem już zaczynałem grać coraz lepiej. W szkole podstawowej nauczyciele zabierali mnie na turnieje szachowe, bo dość dobrze grałem.

Gdzie chodziłeś do szkoły?

W Szczebrzeszynie, zarówno do szkoły podstawowej, jak i do liceum ogólnokształcącego. Reprezentowałem szkołę i zdobywałem nagrody, co sprawiało mi dużą radość. Ale nie ukrywajmy, że dzięki temu, że mogłem uczestniczyć w zawodach, opuszczałem lekcje, co wtedy bardzo mnie cieszyło. Jednak kadra szkoły również była zadowolona, bo miałem na koncie pierwsze miejsca na turniejach, nie tylko szkolnych, ale i wojewódzkich. Kilka pucharów z tych czasów nadal stoi w domu.

W szkole był klub szachowy?

Nie. W tamtym czasie szachy w szkole nie były tak popularne, jak inne dyscypliny. Natomiast ja mieszkałem obok  Domu Kultury, który mieścił się i nadal się mieści w szczebrzeszyńskiej synagodze, gdzie chodziłem do klubu szachowego. Co jakiś czas odbywały się tam zajęcia, w których uczestniczyłem, ale byłem raczej samoukiem. Tam było niewielkie grono szachistów, może dziesięć osób, starsi i młodsi. Pamiętam, że właśnie w tym Domu Kultury pierwszy raz brałem udział w otwartym turnieju, w którym każdy mógł wziąć udział. Wtedy nasz klub nie posiadał zegarów. Sędzia miał magnetofon szpulowy i podczas turnieju puszczał taśmę, na której były nagrane komendy. To wyglądało mniej więcej tak: komenda „białe”, potem pięć sekund ciszy i komenda „ruch”, i białe musiały się wykonać ruch. Potem tak samo z czarnymi i tak na zamianę do końca partii. Oczywiście wtedy już grano z zegarami, ale Szczebrzeszyn był takim miejscem, że niekoniecznie były na to środki finansowe. Przeżyłem więc turniej, w którym sędzia puszczał komendy z magnetofonu i to było ciekawe doświadczenie.

Już wtedy szachy były Twoją wielką pasją?

Nie, wtedy jeszcze nie. Nawet nie przypuszczałem, że dojdzie do rzeczy, które dzieją się teraz, że całe moje życie będzie związane z szachami. Wszystko co robię, to praktycznie podporządkowane jest im. Pracuję w szkołach i Młodzieżowym Domu Kultury, gdzie uczę gry w szachy, prowadzę Muzeum Szachy Świata. Nie przypuszczałem, że tak się wszystko potoczy. Byłem dzieckiem, bawiłem się i cieszyłem się tą grą, a potem to się przerodziło w fascynację, fascynacja w pasję  i tak jest do dziś.

Jak do tego doszło?

W 1991 roku, po maturze znalazłem pracę w miejskim Domu Kultury w Szczebrzeszynie, gdzie prowadziłem klub szachowy. Uczyłem dzieci tej gry. Miałem bardzo fajną młodzież, ale niestety straciłem pracę i dwadzieścia jeden lat temu przeniosłem się do Zamościa. Na początku poszedłem do Ośrodka Sportu i Rekreacji, gdzie zapytałem dyrektora Lizuta, czy chciałby założyć szkółkę szachową i zobaczyć jak to będzie działało. Dyrektor był chętny i tak powstała pierwsza szkółka szachowa w Zamościu. Potem udało mi się doprowadzić do założenia Stowarzyszenia Klub Szachowy Twierdza Zamość. Później działało Stowarzyszenie Zamojskie Towarzystwo Szachowe, a obecnie Stowarzyszenie Zamojski Klub Szachowy, do którego należy ponad siedemdziesiąt osób, dzieci, młodzież i seniorzy. Działam cały czas przez ponad dwie dekady.

Równolegle cały czas pracowałeś w szkole?

Nie. Na początku prowadziłem tylko szkółkę szachową w OSiR. Potem  Szkoła Społeczna w Zamościu prezentowała swoją ofertę na Targach Nauki na zamojskim Rynku Wielkim i zaproponowano mi, żebym zorganizował w ramach ich prezentacji symultanę z jakimś mistrzem. Udało mi się to zrobić i symultana cieszyła się dużym zainteresowaniem. Po targach poszedłem do dyrektora Andrzeja Śnieżki z zapytaniem, czy mogę rozdać w szkole ulotki o szkółce szachowej, którą prowadziłem. Dyrektor nie zgodził się na ulotki, ale zaproponował, żebym założył w szkole kółko szachowe. I tak się stało. Najpierw działało kółko, a potem dyrektor wprowadził obowiązkową naukę gry w szachy w klasach nauczania początkowego, które prowadziłem i prowadzę do dzisiaj.

Studiowałeś pedagogikę. Czy swoje prace dyplomowe poświęciłeś szachom?

Skończyłem studia pedagogiczne, resocjalizację pedagogiczną. Licencjat ukończyłem pracą „Wpływ gry w szachy na rozwój osobowości dziecka”, a na pracę magisterką wybrałem temat „Szachy w życiu człowieka na przestrzeni wieków, w aspekcie kulturowym, religijnym i społecznym”.  Z tego, co wiem nie było wcześniej takich prac. Jako pierwszy pisałem na takie tematy. Kiedy skończyłem studia, traf chciał, że trafiłem do Zakładu Karnego w Zamościu. W  tym dość rygorystycznym zakładzie, o zaostrzonym rygorze uczyłem osadzonych gry w szachy. Spotykałem różnych więźniów, grałem w szachy z mordercą i handlarzem narkotyków. Słyszałem różne historie, na przykład jeden z osadzonych opowiedział mi przy szachownicy, jak zabił człowieka.

Chodzisz tam jeszcze?

Chodziłem do pandemii, ale ona wszystko zamknęła. Teraz wiele rzeczy przycichło. Ale dość długo tam chodziłem, żeby grać z osadzonymi. Jak zliczyłem te wszystkie godziny, to mi wyszło, że 2 lata „siedziałem”.

Pamiętam, że również swoich podopiecznych szachistów zabierałeś do więzienia.

Tak, organizowaliśmy turnieje. Drużyna osadzonych zakładu karnego kontra szachiści z klubu szachowego. Młodzi szachiści nie tylko grali z więźniami, ale też zwiedzali zakład karny, żeby zobaczyli, że nie warto zboczyć z tej właściwej drogi i w konsekwencji trafić do takiego miejsca. Zapraszałem również arcymistrzów, którzy przyjeżdżali do Zamościa, żeby w więzieniu rozgrywać symultany szachowe.

Wierzysz w siłę resocjalizacyjną szachów?

Po studiach wierzyłem. Potem, jak widziałem, co tam się dzieje, jak ci więźniowie się czasami zachowują, to trochę w to zwątpiłem. I dlatego wolę pracować z dziećmi. Chociaż oczywiście są jednostki, które rzeczywiście wracają do uczciwego życia. Pamiętam osadzonego, który rysował świetne komiksy. Wychowawca, bez jego zgody, wysłał jego prace na konkurs europejski, gdzie zajął pierwsze miejsce. Kiedy wyszedł z więzienia, założył swoje studio i jest teraz znanym w Polsce autorem komiksów. Ale z drugiej strony, był więzień, który malował obrazy, również dla mnie, takie związane z szachami, w zamian za to, że przychodziłem do zakładu karnego. Wyszedł z więzienia i niestety za jakiś czas wrócił. Życie na wolności mu nie wychodziło.

Pisałeś pracę o szachach na przestrzeni wieków. Kiedy i gdzie pojawiły się szachy, kto je wymyślił?

Szachy są najstarszą grą planszową świata. Starszą grą są jedynie kości, ale to nie jest planszówka. Jeśli ktoś śledził kiedyś mękę pańską Chrystusa, to pewnie kojarzy, jak pod krzyżem rzucano kośćmi o jego szatę. Szachy powstały przeszło 1500 lat temu. Wszyscy historycy, naukowcy szachowi, którzy badają zagadnienie historyczne związane z szachami na podstawie zachowanych dokumentów, przyjmują, że powstały w Indiach. Ale to jest tylko hipoteza, bo nie wiemy gdzie szachy powstały i kto je wymyślił. Nie wiadomo, kto był twórcą, czy to mężczyzna, czy kobieta, czy może kilka osób. I dla mnie to jest fascynujące, że nie można poznać autora szachów. Ale przetrwały tyle lat i nadal mają się dobrze.

Kiedy zacząłeś kolekcjonować zestawy szachowe? Masz taki zestaw, od którego wszystko się zaczęło?

Gdy byłem już żonaty, pojechaliśmy z żoną do Barcelony. Ja już wówczas pracowałem w szkole społecznej. Weszliśmy do jednego ze sklepów spożywczych i żona zobaczyła, że w woreczku leżą figurki szachowe Chupa Chups. Żeby dostać cały zestaw szachów, trzeba było kupić trzydzieści dwa lizaki, bo była jedna figurka do jednego lizaka. Jak się odwraca te figurki, to tam jest dziurka, gdzie wkładało się lizaka. Kupiliśmy wtedy trzydzieści dwa lizaki i mam cały zestaw, który okazał się moim pierwszym zestawem kolekcjonerskim. Te szachy zabierałem potem do szkoły i pokazywałem dzieciom, dzięki czemu były bardziej zainteresowane grą. A potem to już lawina zeszła z szachowej góry i pociągnęła kolejne zestawy. Kolekcja kompletnych zestawów liczy obecnie trzysta osiemdziesiąt sześć sztuk. Natomiast cały zbiór, który posiada rodzina Czochrów, to ponad sześć tysięcy eksponatów. Są to stare książki, plakaty, pocztówki, zdjęcia,  wszystko, co jest związane z szachami.

Większość z tego jest tu, gdzie rozmawiamy, czyli w Muzeum Szachy Świata?

Nie, większość jest w naszym domu. Tutaj są tylko zestawy szachów, obrazy, plakaty. To, co można było wystawić, znajduje się tutaj.  

Jaka jest historia powstania tego muzeum?

To był mój pomysł. Nikt nie wierzył, nawet ówczesne władze, że coś takiego może się udać, że w Zamościu powstanie muzeum szachów. Ale powstało. Dość dziwnie się to potoczyło. Moja żona pracowała jako nauczycielka, ale był taki okres, kiedy zwalniano nauczycieli i straciła pracę. W urzędzie pracy był projekt dla nauczycieli, w ramach którego można było pozyskać finansowe dotacje na założenie firmy. Wtedy żona założyła Centrum Wystawowe Szachy Świata, które mieści się w Centrum Kultury Filmowej Stylowy. Gabloty, całe wyposażenie było zakupione z tych finansów, natomiast wystrój i wszystko, co się tutaj znajduje, to jest efekt pracy mojej żony Magdaleny. Ona tutaj wszystko zaaranżowała i zrobiła, i dzięki niej jest muzeum.

Kto odwiedza to miejsce?

Mamy sporo gości, którzy nas odwiedzają, głównie w sezonie turystycznym. Często przyjeżdżają do nas uczniowie z różnych szkół. Muzea z Polski wypożyczały eksponaty na swoje wystawy czasowe, na miesiąc lub na dwa. Byliśmy na przykład w Gorzowie Wielkopolskim, w Pilźnie, w Tarnowie. Te muzea wypożyczały od nas sto albo sto pięćdziesiąt zestawów i pokazywały u siebie.

Jest drugie takie muzeum w Polsce?

Nie, to jest jedyne takie miejsce. Jesteśmy wpisani do Polskiej Księgi Rekordów i Osobliwości jako największa i jedyna taka kolekcja w Polsce. Zbiorów tak dużych, jakie posiada moja rodzina, bo to jest prywatna kolekcja, nie ma w Polsce. Cały czas liczę, że kiedyś uda mi się zdobyć większe lokum, kilka pomieszczeń, gdzie moglibyśmy zrobić muzeum z prawdziwego zdarzenia. To zależy od władz miasta i myślę, że wypadałoby coś z tym zrobić. Nie narzekam, ale może to muzeum, jako jedyne takie w Polsce, nie powinno się mieścić w piwnicy, tylko w jakimś innym, większym miejscu, gdzie turyści mogliby je z przyjemnością odwiedzać.

Co jest najcenniejszego w tej kolekcji?

Wszystko jest cenne. To, jak te eksponaty zostały wykonane i przez kogo. To jest historia wielu ludzi, którzy je zrobili. Mam zestawy, których nie ma nikt, bo robili je artyści i to są pojedyncze egzemplarze. Na przykład posiadam zestaw  pszczelarza, który miał pasiekę na Roztoczu i bardzo lubił grać w szachy. Zrobił sobie szachy z motywem uli, kwiatów. Jego córka przyniosła ten zestaw do nas, żeby pokazać, co stworzył jej ojciec. Mam też jeden zestaw, który nie jest nasz. Dostaliśmy go w depozyt od pana Pawła Dudzińskiego, który jest szachistą i autorem dwóch książek: Szachy wojenne 1914-1918 i Szachy wojenne 1939-1945. W drugiej z nich są zdjęcia z Powstania Warszawskiego, wśród których jest takie, na którym powstańcy grali szachami, które on później dostał od jednego z nich. Przekazał nam ten zestaw, żeby większe grono  ludzi mogło go zobaczyć. Ja panu Pawłowi użyczałem moje zdjęcia, które pochodzą z okresu pierwszej wojny światowej, a także zdjęcia żołnierzy grających w szachy podczas drugiej wojny światowej. Sporo zdjęć z mojej kolekcji znalazło się w jego książkach.

Często ludzie do mnie piszą, że mają jakieś szachy i pytają czy jestem nimi zainteresowany. Czasem proszą, żebym wycenił jakiś zestaw, bo chcą go kupić albo sprzedać  i nie wiedzą ile jest wart.

Ciągle kupujesz nowe zestawy?

Tak. Ostatnio kupiłem dość duże szachy, cały komplet zrobiony na szydełku. W środku, mają jakąś formę, ale z zewnątrz są pokryte dzianiną szydełkową. Są też szachy, które chciałbym mieć, ale nie stać mnie na nie, na przykład wykonane z bursztynu. Czasem odwiedzam miejsca w Internecie, gdzie można kupować zestawy. Sprawdzam co tam jest, i jeśli znajdę coś atrakcyjnego, to nieraz kupuję. Mam również znajomych, rodziców dzieci, które chodzą do mnie na zajęcia i samych szachistów, którzy wyjeżdżając pamiętają o mnie i przywożą jakiś komplet albo drobiazg związany z szachami.

Który zestaw jest dla ciebie najważniejszy, wzbudza Twój największy sentyment?

Kiedy turyści pytają mnie, który zestaw jest dla mnie najładniejszy, to mówię, że ten najładniejszy jest jeszcze przede mną. A ważne są dla mnie wszystkie szachy. Mam na przykład zestaw z Malezji. Zadzwonił do mnie pan mówiąc, że sprzedaje wszystko, bo zbiera na przeszczep nerki dla swojego syna i chciałby, żeby szachy trafiły tutaj. Kupiłem je, zapłaciłem nawet więcej niż proponował i mam nadzieję, że wszystko dobrze się u niego skończyło. Mam bardzo duży zbiór od pani Elżbiety Bryckiej z Krakowa. Jej mąż, niewidomy szachista, zbierał kartki pocztowe, koperty z nadrukami szachowymi, z pieczątkami szachowymi z całego świata, znaczki pocztowe. Kupiłem jego kolekcję, bo pani Elżbieta mówiła, że jej zmarły małżonek chciałby, żeby cały zbiór trafił w jedno miejsce.

Od ponad dwudziestu lat zarażasz młodych ludzi swoją pasją do szachów. Jednak nie tylko ich uczysz, ale także zabierasz na turnieje, organizujesz w Zamościu zawody, symultany, masowe granie w szachy. Ściągasz do nas arcymistrzów szachowych. Dlaczego?

Nie robię tego, żeby promować swoją osobę. Już ponad dwadzieścia lat jestem w Zamościu i zrobiłem tyle rzeczy związanych z szachami, że może to zabrzmi nieskromnie, ale jednak ludzie mnie znają i wiedzą, że szachy w Zamościu to Czochra. Nie robię tego po to, żeby zaistnieć w gazecie albo dostać jakąś nagrodę, ale żeby ci młodzi szachiści doświadczyli tego, co to znaczy zagrać z arcymistrzem. Na co dzień nie zagrają, bo to jest bardzo wysoka półka. Udało mi się ściągnąć do Zamościa dziewiętnastu arcymistrzów z Polski i zagranicy. Ostatnio przyjechał do nas wybitny szachista pan Kamil Mitoń, trener osobisty najlepszych szachistów w Polsce i zagrał symultanicznie w Zamościu. We wrześniu bieżącego roku zorganizowałem trzeci międzynarodowy turniej szachowy w Zamościu, na który zapisało się dwunastu arcymistrzów. Ten turniej został oficjalnie ogłoszony najsilniejszym turniejem w stuletnich dziejach szachów na Lubelszczyźnie. Nigdy wcześniej nie było tak silnie obsadzonego turnieju.

Jak Ci się to udaje?

Nie wiem, naprawdę. Dzwonię, rozmawiam i zapraszam. Jedni przyjmują zaproszenie, inni nie, ale w większości przypadków mi się udaje. Teraz Zamojski Klub Szachowy zobowiązał się, że sfinansuje wydanie komiksu szachowego z arcymistrzami, który będzie rozdawany za darmo wszystkim chętnym. W tym komiksie będą wybitni polscy szachiści. To jest bardzo fajny komiks, zabawnie napisany przez Jarosława Sieka. Znalazłem już sponsora i powstanie pierwszy w Polsce komiks szachowy, który ma być wydany do końca tego roku. W przyszłym roku planujemy duży festiwal szachowy w Zamościu, w ramach którego przez cały weekend będzie się odbywać wiele imprez. Planujemy zrobić symultanę z szachami plenerowymi, czyli takimi dużymi bierkami ogrodowymi. Chcemy cały rynek zamojski zapełnić szachownicami, na których rozgrywana będzie symultana.

Macie takie szachy plenerowe?

Będziemy mieć. Wszystko jest w planach, ale jest już zatwierdzone, więc będzie. To będą duże szachy plastikowe. Natomiast szachownice będą brezentowe, duże plandeki o wymiarach osiem na osiem metrów. Planujemy również zorganizować w Zamościu turniej arcymistrzyń, na który zaprosimy osiem najlepszych szachistek. Chcemy też zrobić zawody dla młodych talentów, na najlepszych młodych szachistów z Polski i zagranicy. Jest nastolatek z Argentyny, który ma już tytuł arcymistrza i chcemy go zaprosić do Zamościa, żeby zagrał w tym turnieju.

Wspomnieliśmy, że sprowadzasz do Zamościa wielu wybitnych szachistów. Masz swojego guru szachowego?

Osobą, którą bardzo lubię jest Kubańczyk Jose Capablanca. On jest nie tylko arcymistrzem, ale również mistrzem świata. Wielu jest szachistów, których podziwiam i warto ich naśladować, bo z każdego coś się czerpie. To są mistrzowie. Ja skończyłem swoje granie w szachy na drugiej kategorii szachowej. Zdobyłem uprawnienia sędziego klasy drugiej i jestem trenerem klasy drugiej. Co ciekawe, stopień nauczyciela dyplomowanego też robiłem na temat szachów. Komisja powiedziała, że jestem pierwszym nauczycielem w Polsce, który robił awans zawodowy na ten temat. Zawsze miałem dużo planów i marzeń, natomiast życie toczy się swoim rytmem, dom, rodzina, praca. Teraz  inni mają marzenia podobne do moich i staram się wspierać tych młodych ludzi, jak tylko mogę. Miałem mały przestój w wyjazdach z nimi na różne turnieje, ale teraz znowu będziemy jeździć i to dość intensywnie. Planujemy też co miesiąc zapraszać arcymistrza, który będzie prowadził lekcje z naszymi szachistami. Takie spotkanie z arcymistrzem na pewno będzie dla nich niezwykle atrakcyjne.

Twoi podopieczni mają na koncie jakieś sukcesy?

Tak. Na przykład Milena Kawka ma już tytuł kandydatki na mistrza. Bardzo mądra i fajna szachistka, która świetnie gra. Jest kilku młodych szachistów, którzy mają spore osiągnięcia. Jeśli ktoś by mnie zapytał, ile tych dzieciaków przeszło przez moje ręce, to nie mam pojęcia, wielu. Bardzo fajną rzeczą, która spotkała się z niezwykle miłym przyjęciem ze strony szachistów są nasze coroczne spotkania, podczas których rozgrywamy Turniej Weteranów. Raz w roku przyjeżdżają moi byli szachiści, którzy już pracują, mają rodziny, dzieci. Grają turniej, rozmawiamy, wspominamy. To jest bardzo miłe. Niektórych z nich uczyłem od pierwszej klasy szkoły podstawowej, a nawet od zerówki. I teraz znowu jesteśmy razem.

To Twoja największa satysfakcja?

Tak. Jestem dumny z wielu rzeczy, które udało mi się zrobić. Natomiast ten Turniej Weteranów jest czymś szczególnym. Mam tutaj szachy, które mi podarowali na naszych pierwszych rozgrywkach. Jest na nich tabliczka z napisem „Łączy nas pan Andrzej Czochra”. To mnie bardzo zaskoczyło i wzruszyło.  Nie trzeba słów, to mówi wszystko.

Wzruszające spotkania. A jakie były te najważniejsze w Twoim życiu?  

Najważniejsze jest spotkanie z moją żoną, która bardzo dużo mi pomogła i wciąż mi pomaga. Za to jestem bardzo wdzięczny, bo bez jej wsparcia nie byłoby tego wszystkiego, co udaje mi się robić. Czasami turyści pytają czy sprzedam jakieś szachy albo kolekcje. Odpowiadam, że nie zamierzam. Natomiast jeżeli byłaby taka sytuacja, że coś złego wydarzyłoby się żonie albo córce, to bez chwili wahania sprzedam. Rodzina jest dla mnie najważniejsza i to spotkanie z żoną.

A ważne spotkanie zawodowe?

Miałem kiedyś taki ważny dla mnie epizod. Raz w życiu zaproponowano mi, żebym przyszedł do hospicjum i zagrał z mężczyznami w szachy. Poszedłem i to było niesamowite doświadczenie. Zagrałem kilka partii i to było emocjonujące spotkanie, które niestety się nie powtórzyło. Nie wiem dlaczego nie zaproponowano mi już tego drugi raz, ale widać było, że ci mężczyźni byli naprawdę zadowoleni z tego, że byłem i z nimi grałem.

Więzienie. Hospicjum. Gdzie jeszcze grałeś?

Grałem w szachy w sali katechetycznej u ojców franciszkanów, gdzie robiłem turniej ministrantów. Trzy razy organizowałem turniej drużynowy księża kontra szachiści Zamościa. Obecnie rozgrywamy turnieje w zamojskim ZOO. Dużo było tych miejsc. Organizowaliśmy masowe granie w szachy w pasażu Centrum Handlowego Galeria Twierdza w Zamościu. W 2011 roku w jednoczesnej grze w szachy wzięło udział trzysta dwadzieścia pięć osób, a w 2012 już  ponad pięćset pięćdziesiąt. W 2013 roku w tym samym miejscu zorganizowaliśmy grę symultaniczną na stu dwóch szachownicach. Obecnie planujemy kilka ciekawych turniejów. Mamy już zgodę władz LHS, które udostępnią nam duży wagon na przeprowadzenie turnieju „Kolej na szachy”. Chciałbym też zrobić kolejny turniej tego typu w straży pożarnej, który byłby zatytułowany „Zapaleni szachiści”. I następny planuję rozegrać na lotnisku Zamość-Mokre. Nazywałby się „Wniebowzięci szachiści”. Zobaczymy czy nam się to uda, ale planów mamy dużo.

Jest wśród nich organizacja żywych szachów?

Tak. Jeżeli się uda to, chętnie to zrobimy. Wszystko jest do uzgodnienia. Ostatnio robiłem żywe szachy „Niebo kontra piekło”. Wygrały anioły. Może dlatego wszystko mi się układa.

Plany planami. A jakie jest Twoje największe marzenie szachowe?

Myślę, że już się spełniło. Muzeum szachów, to było moje największe marzenie związane z szachami. Chciałem stworzyć coś takiego i udało się. Ważne, żeby tych eksponatów przybywało, żeby ludzie w Polsce i na świecie wiedzieli, że coś takiego jest w Zamościu, żeby przyjeżdżali i oglądali naszą kolekcję. Poza tym, to wszystko mam.

Szachy to  moje życie. Wszystko to, co robię jest związane z nimi. Nie wyobrażam sobie, żebym robił coś innego. Gdybym miał jeszcze raz wybierać swoją drogę, wybrałbym tak samo. Czasami jest trochę gorzej, czasami trochę lepiej, ale  mam satysfakcję, że stworzyłem coś, czego nie ma w Polsce. Coś co, może jeszcze w małej mierze, ale przyciąga ludzi, którzy przychodzą, oglądają, są zadowoleni. Dziękują i mówią, że nie spodziewali się tak bogatej kolekcji. To jest ogromna satysfakcja. I moi wychowankowie, o których już wspominałem. Nie zamieniłbym tego na nic innego. Ktoś kiedyś powiedział, że ważne w życiu jest, żeby robić to, co się lubi. I ja właśnie robię to, co lubię i tak naprawdę nie przepracowałem ani jednego dnia. Robię to wszystko z pasji.

Trzymam kciuki za nową siedzibę dla muzeum i realizację Twoich planów. Dziękuję za rozmowę.

Również dziękuję.

 

“Zrealizowano w ramach stypendium artystycznego Prezydenta Miasta Zamość”. 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *