Jacek Podkościelny – nauczyciel, podróżnik, pasjonat wspinaczki wysokogórskiej i jazdy rowerem. Absolwent Studium Nauczycielskiego w Zamościu i geografii na UMCS w Lublinie. Obecnie nauczyciel geografii w I Społecznym LO i III LO w Zamościu. Koordynator Finału Centralnej Olimpiady Geograficznej w Zamościu (2018). Prezes Zamojskiego Towarzystwa Turystycznego, pomysłodawca i organizator Zamojskiego Festiwalu Podróży „Eskapady Kresowe”, który organizuje w Zamościu od 2015 roku. Członek Polskiego Towarzystwa Geograficznego (oddział lubelski) i Klubu Wysokogórskiego Lublin. Od 2005 roku związany z Katolickim Radiem Zamość, gdzie prowadzi audycję autorską „Podróże dalekie i bliskie”.
Odbył wiele zagranicznych podróży m.in. do USA, Kanady, Japonii, Korei Południowej, Tanzanii, Zanzibaru, Maroka, Turcji, Iranu, Islandii, Indii, Pakistanu, Kirgistanu w Góry Pamiru i większości krajów Europy. Uprawiał trekking na szlakach Atlasu, Alp, Apenin, Kaukazu, Pamiru, Sahary, w Himalajach Indyjskich (Ladakh) i w górach Karakorum. Zdobył Ararat (5137), Kilimandżaro (5895), Kazbek (5033), Mont Blanc (4810), Tubkal (4167), Pik Lenina (do 5650), Pik Juhin (5140), Demawend (do 5350), Lodowiec Baltoro pod K2 Broad Peak.
Odznaczony Złotą Odznaką Polskiego Towarzystwa Geograficznego (2022).
Sięgnijmy do wspomnień z dzieciństwa i pewnego atlasu, od którego zaczęła się Pana fascynacja światem.
To był atlas wujka, który mam do dzisiaj. Wydany w latach pięćdziesiątych przez Eugeniusza Romera, świetnego polskiego geografa i kartografa, współzałożyciela Wydawnictwa Lwowskiego, które później, jak wiele innych, przeniosło się ze Lwowa do Wrocławia. Ten atlas był moim pierwszym zetknięciem się z czymś większym, niż to, co jako dziecko widziałem w małej miejscowości jaką była, jest i mam nadzieję, że zostanie Radecznica. Świat wybuchł dla mnie z ogromną siłą, bo dzięki atlasowi zobaczyłem, że Polska jest mała na mapie Europy, a co dopiero świata. Wtedy rozpoczęły się podróże w mojej wyobraźni, która była dodatkowo podsycana odpowiednią lekturą. Mój ukochany bibliotekarz, nieżyjący już pan Stanisław Zybała z Radecznicy widział jakie książki lubię, jak szybko je czytam i wyszukiwał mi kolejne. Chyba też instynktownie wyczuwał moje zainteresowania.
To była szkolna biblioteka czy publiczna?
Publiczna, gminna, z bogatym księgozbiorem i słynnym panem Zybałą, który nas czarował niczym czarnoksiężnik z krainy Oz. Był naszym guru. Z wielką mądrością wyszukiwał nam różne książki i rozbudzał wyobraźnię. Z pewnością trochę mnie ukształtował, zabrał w świat podróżniczy, trochę awanturniczy, bo podsuwał mi różne książki, np. pozycje Karola Maya. W starszych klasach już sam wybierałem sobie książki. Nie było Internetu, byłem zdany na bibliotekę, gdzie przeczytałem w zasadzie wszystko, co mnie wtedy ciekawiło. W latach siedemdziesiątych tata kupił telewizor i duży wpływ miała na mnie również telewizja.
Jakie programy Pan wtedy oglądał?
Pamiętam program „Klub sześciu kontynentów” z niesamowitą atmosferą i gośćmi, którzy opowiadali o swoich podróżach. Oglądałem „Wywiady Ireny Dziedzic”, teleturniej „Wielka gra”, pierwsze seriale, które przybliżały mi odległy świat. Na początku lubiłem filmy wojenne, później przygodowe. Niesamowicie mnie to pasjonowało i inspirowało.
Byłem chyba w piątej klasie, jak do siostry mojego dziadka, zmarłego dosyć wcześnie, bo w wieku 47 lat, przyjechał daleki kuzyn z Warszawy, który pracował w firmie budującej na przykład cukrownie za granicą. Pływał na statku, był w Afryce, Azji i opowiadał niesamowite historie, które łykałem jak pelikan. Chłonąłem wszystko i to bardzo na mnie oddziaływało. Pamiętam też legendy mojej prababci, rocznik 1902, zbudowane w narracji grozy. Opowieści o duchach, zmorach, historie z jej dzieciństwa, którymi zabawiała mnie i mojego trzy lata młodszego brata. Wyrosłem na tym wszystkim, żyłem w świecie trochę pół fantastycznym.
Dużo było tych inspiracji w Pana dzieciństwie.
Bardzo dużo. One budowały wyobraźnię i podwaliny pod marzenia. Te pierwsze, spełnione dotyczyły bliskiego otoczenia. Radecznica jest pięknie położoną miejscowością na skraju Roztocza, z dwoma rzekami w pobliżu. Jedna z nich to Por, który jest dopływem Wieprza, a druga to Gorajka, cieplejsza od poprzedniej, w której kąpaliśmy się od maja do późnego lata. W Radecznicy jest też klasztor i sanktuarium, w którym byłem ministrantem i marzyłem, żeby ciągnąć za linę i dzwonić na tamtejszym dzwonie. I pamiętam kręcone schody na wieżę, gdzie wchodziliśmy, by popatrzeć na okolicę, bo to był najwyższy budynek w miejscowości, położony na tak zwanej Łysej Górze. Była wielka panorama i ogromne zainteresowanie tym, co jest dalej. To jest mocno urozmaicony teren, więc fascynujące było dostać się tam i próbować sięgnąć wzrokiem jak najdalej, by zobaczyć co jest za wzgórzami. Kiedy stałem się szczęśliwym posiadaczem roweru, mogłem odbywać już dalsze wycieczki, jeździć polnymi drogami, zwiedzać sąsiednie miejscowości.
Czy równie wcześnie jak zainteresowanie światem, pojawił się w Pana życiu sport?
Poruszyła pani niesamowitą rzecz, bo sport był obecny w moim życiu odkąd pamiętam. Mój tata go uwielbiał. Pamiętam popielniczkę na stole, papierosy, włączony telewizor a w nim wszystko, co dotyczyło sportu. Tata widział w nas, swoich synach, wysportowanych młodzieńców, a może w przyszłości sportowców. Ostatnie pieniądze wydawał na to, żebyśmy mieli piłki, rowery, łyżwy. Pamiętam, jak z moim chrzestnym przywieźli z Lublina łyżwy, takie przykręcane na kluczyk do butów. Potem już miałem buty z łyżwami, hokejowe i graliśmy na zamarzniętych ślizgawkach. Łąki rozlewały wtedy obficie, zamarzały i graliśmy na nich mecze hokejowe. Krążek był robiony z pasty do butów, w środku wypełniony czymś twardym, po czym mocno zbity, a kije były strugane z gałęzi. Nie siedzieliśmy w domu, bawiliśmy się na dworze. Zimą chodziliśmy na sanki, narty, łyżwy czy worki wypchane sianem. Latem była piłka, rowery, rzeka. Braliśmy pajdy chleba ze smalcem, słoik ogórków i pół dnia spędzaliśmy nad rzeką. Potem tata zakochał się w tenisie, bo to były czasy sukcesów Wojciecha Fibaka, więc kupił nam rakiety tenisowe. Proszę sobie wyobrazić, że na wsi, gdzie nie było kortów, mieliśmy rakiety. Graliśmy z bratem na ulicy. Samochody jeździły rzadko, więc rozciągaliśmy sznurek przez drogę. Jak czasem furmanka wyjechała zza zakrętu, to zwijaliśmy go. Wszystko, o czym rozmawiamy tak mnie ukształtowało, że idąc z wiejskiej szkoły do liceum w Zamościu, miałem już bagaż informacji na temat otaczającego świata, podróży i nie bałem się wychylenia nosa poza własną miejscowość.
Wtedy Pana rodzina zamieszkała w Zamościu?
Rodzice dostali mieszkanie w Zamościu w wakacje przed moją siódmą klasą i przeprowadzili się tu. Ale my z bratem zbuntowaliśmy się, bo przerażało nas życie w dużym mieście. Wtedy moja ciocia babcia czyli siostra dziadka zgodziła się, żebyśmy zostali z nią, więc jeszcze siódmą i ósmą klasę ukończyłem w Radecznicy. To też świadczy o tym, że to miejsce jest mi bardzo bliskie i zapisane w moim sercu. Wróciłem do niej po tylu latach i to naprawdę nie jest jakiś kaprys lub chwilowe marzenie.
Pamięta Pan swoją pierwszą podróż dalszą niż po okolicach Radecznicy?
Miałem siedem lat. Pojechaliśmy z bratem i wspomnianą ciocią babcią na wakacje do mojego wujka na Kujawy. Zabrała nas autobusem do Warszawy i potem pociągiem, z którego wysiedliśmy we Włocławku, gdzie wujek wyjechał po nas moskwiczem. Miał syna, który był rok ode mnie starszy i spędziliśmy razem wakacje. To było coś zupełnie innego, bo tak daleko nigdy nie jeździłem. Nie byłem wcześniej w Warszawie, gdzie przy okazji udało nam się zobaczyć różne rzeczy. Ten wyjazd zrobił na mnie duże wrażenie. Do dziś pamiętam mnóstwo scen, np. jak wujek uczył mnie jeść nożem i widelcem, a ja się buntowałem, bo byłem nauczony samym widelcem. Tymczasem on kazał mi nawet mielonego jeść inaczej.
Natomiast pierwsza moja podróż poza Polskę miała miejsce dopiero w liceum, chyba w 1983 roku. To był miesięczny wyjazd do NRD organizowany przez OHP dla tych, którzy mieli skończone osiemnaście lat. Pamiętam, że nasz nauczyciel wf-u, pan Ireneusz Hajduk werbował chętnych, którzy byli na tyle zdyscyplinowani, że chcieli tam pracować. Mieszkaliśmy koło Magdeburga i pomagaliśmy przy porządkowaniu linii kolejowych. Zarobiliśmy trochę marek, za które kupiłem jeden z najlepszych atlasów geograficznych, olbrzymi, porządny niemiecki atlas, który mam do dzisiaj. Koledzy trochę się ze mnie śmiali, bo oni kupowali ubrania albo np. złożyli się w kilku i kupili motor, a jeden z nich piękny akordeon.
Kiedy słucham o tych atlasach i ciekawości świata, to mam wrażenie, że był Pan skazany na studiowanie geografii.
Zdawałem egzaminy na turystykę w Poznaniu, gdzie było bardzo trudno się dostać. Ten kierunek był oknem na świat, można było po nim pracować w Orbisie czy innych dużych biurach turystycznych, które organizowały wyjazdy za granicę. Dostałem się na zerowy rok, z czego byłem bardzo zadowolony, ale tato wybił mi to z głowy. Chciał, żebym poszedł do jakiejś szkoły mundurowej, ale ja absolutnie się do tego nie nadawałem.
I co Pan zrobił?
Uciekłem od wojska do Studium Nauczycielskiego w Zamościu i to mi uratowało skórę. Nie chciałem iść do wojska, pod rozkazy, ale nie chciałem też być nauczycielem. Po roku miałem zamiar znowu zdawać egzaminy na turystykę, jednak wtedy dużo zmieniło się w moim życiu. Poznałem dziewczynę i po pierwszym roku, kiedy byliśmy już razem, machnąłem ręką na tą turystykę. Jej mama była nauczycielką i roztoczyła przed nami wizję wspaniałego życia po SN, z pracą i mieszkaniem, które dostaniemy na wsi, z wakacjami i feriami. Tak się losy potoczyły, że oboje skończyliśmy studium i pojawiła się na horyzoncie praca w Izbicy z zamieszkaniem w Wólce Orłowskiej, znanej z tego, że krzyżują się tam: rzeka, most i linia kolejowa. Mając dwadzieścia jeden lat ożeniłem się, dostaliśmy duży pokój z kuchnią i pracę. Stałem się nauczycielem wychowania fizycznego. Potem dostałem się na geografię na UMCS w Lublinie i równolegle z pracą zacząłem studiować. Mieszkałem na terenie, którego w ogóle nie znałem, ale zafascynowała mnie jego historia do tego stopnia, że w ramach pracy magisterskiej zrobiłem monografię Krasnegostawu leżącego w pobliżu Izbicy. Interesowało mnie położenie i środowisko geograficzne tego miejsca, rys historyczny, geograficzny i gospodarczy. Dla mnie to było nowe i chłonąłem wszystko, chciałem jak najwięcej dowiedzieć się o miejscu, gdzie żyłem, ale jednocześnie czułem, że to jest chwilowe. Planowaliśmy spędzić w Izbicy rok albo dwa, a zostaliśmy na dziesięć.
I pojawił się Zamość?
Tak. Mieszkałem w różnych miejscach naszego pięknego miasta i cały czas pracowałem jako nauczyciel, później już tylko geografii. Moja praca wiązała się z organizowaniem wyjazdów z uczniami. Nigdy nie bałem się świata i zajmowałem się tym od pierwszych lat pracy. Musiałem sobie tylko dobierać chętnych opiekunów, a nie wszyscy chcieli i nadal nie chcą, bo to jest duża odpowiedzialność. Przez blisko czterdzieści lat pracy chyba nie było roku, żebym gdzieś nie pojechał z młodzieżą. Stało się to częścią mojego nauczania, bo widzę jak dobrze to działa. Nie wszystko jesteśmy w stanie przekazać w teorii, na lekcji. Geografia, podobnie jak wiele innych przedmiotów, daje szansę wyjścia poza szkołę, ale często z niej nie korzystamy. Mimo że media oferują nam możliwość przeniesienia się w ciągu sekundy do Australii albo na Antarktydę, to przeżywanie wielozmysłowe jest według mnie kluczem do budowania wyobraźni młodego człowieka i umiejętności podejmowania różnych decyzji życiowych.
Wyznaję zasadę, że nie trzeba pojechać daleko, żeby było ciekawie i żeby opowiadać o tym interesująco, bo z pasją można mówić o Chomęciskach czy Krasnobrodzie. Otacza nas mnóstwo miejsc, o których nic nie wiemy. Jest tyle rzeczy do odkrycia, ale trzeba się interesować, wtedy życie jest ciekawsze. Inspirowanie, edukowanie, otwieranie oczu to jest kluczowa kwestia w nauczaniu. Ono sprawia przyjemność, kiedy uczniowie zadają pytania, albo kiedy my stawiamy pytania tak, żeby oni rozbudzali swoją wyobraźnię i żeby był efekt tego naszego przemyślnego planu edukacyjnego. Niektórzy nauczyciele za bardzo idą na łatwiznę i wykorzystują możliwości związane z mediami. Potem uczeń nieprzygotowany na przyjęcie takiej ilości wiedzy popada w chaos, bo dostaje za dużo informacji, których nie umie sobie uporządkować. Rolą nauczyciela jest dobre poznanie swoich podopiecznych, żeby odpowiednie rzeczy im podsyłać i dobrze ich ukierunkować. Dzielę się z nimi wszystkim co wiem, ale też przyznaję się do tego, czego nie wiem. Nie znam odpowiedzi na wszystkie pytania, jakie mi zadają, ale cieszę się, że je zadają, bo to znaczy, że są zainteresowani.
Kto zbudował w Panu takie podejście do nauczania?
Ogromne wrażenie zrobiła na mnie postać generała Mariusza Zaruskiego. Przeczytałem chyba wszystko, co dotyczy jego losów. Był między innymi twórcą Tatrzańskiego Pogotowia Ratunkowego. Zawsze powtarzał: „Biorę młodych w góry, żeby mieli serce twarde jak granit. Biorę też nad morze, żeby mieli dusze głębokie i czyste”. To piękne słowa i wydaje mi się, że tak powinno być, że najważniejsze są szczere intencje nauczyciela prowadzącego swoich uczniów. W dzisiejszych czasach mamy mało autorytetów i dobrze jest, jeżeli trafi się na dobrego nauczyciela, który z czystego serca potrafi inspirować młodych, których zaufanie zdobył i nie zamyka im pewnych furtek. Taki nauczyciel widząc ich rozwój cieszy się również z tego, że wielu z nich przerośnie go.
Miałem dużo szczęścia, że spotykałem na drodze mądrych ludzi, których słuchałem, wyciągałem wnioski i widziałem, że to działa. Tak było w Studium Nauczycielskim w Zamościu, do którego uczęszczałem w czasie kiedy wykładali tam świetni pedagodzy, którzy uformowali kolejne pokolenie dobrych nauczycieli, czułych na drugiego człowieka. To były dwa lata intensywnej pracy, w której dostaliśmy świetne wzorce od takich wykładowców, jak pani Wiesia Badach od muzyki czy pani Danuta Grudzień, mama mojej koleżanki z pracy Agnieszki Jaczyńskiej. To były postacie, które darzyliśmy olbrzymim szacunkiem, bo potrafiły nam przekazać, jak być dobrym nauczycielem i pokazać, że to jest ciągła praca nad sobą.
Poza wspomnianymi osobami, kto odegrał szczególną rolę w Pana życiu?
Miałem szczęście, że trafiałem na ludzi, którzy coś mi podpowiedzieli, albo dali sygnał, dzięki któremu wybrałem właściwą drogę. Wiele jest osób, które w pewien sposób mnie ukształtowały czy pchnęły w jakimś kierunku. Należy do nich moja przedwcześnie zmarła ciocia Jadzia, czyli żona brata mojego taty, absolwentka chemii na UMCS w Lublinie, która widziała moje zainteresowania, stosy przeczytanych książek i zainspirowała mnie do studiowania geografii. Tłumaczyła, że powinienem iść dalej, że żona, mieszkanie i praca to dużo, ale mogę więcej i nie powinienem tego odkładać. To była bardzo ważna rozmowa, bo ona potraktowała mnie poważnie, rozmawiała ze mną spokojnie i nigdy jej tego nie zapomnę. Pomogła mi dając kilka lekcji z matematyki, bo trochę obawiałem się egzaminu. Nie wstydzę się powiedzieć, że jej zawdzięczam podjęcie tej decyzji i cieszę się, że skończyłem geografię, bo to jest kierunek bardzo rozwijający wyobraźnię. Niezwykle kompleksowa dziedzina, zbierająca wiele informacji o człowieku i świecie. To był dobry wybór i nie żałuję tej turystyki, bo dzięki geografii również udaje mi się zwiedzać świat. Poza tym wszyscy znajomi, którzy jeżdżą ze mną na wyprawy zazdroszczą mi, że mogę po powrocie dzielić się swoimi doświadczeniami z moimi uczniami. I uwielbiam to robić, bo widzę ich szeroko otwarte oczy i czuję, że mogę ich inspirować.
Jeszcze jakaś ważna osoba przychodzi Panu do głowy?
Myślę, że taką ważną osobą jest siostra dziadka, czyli ciocia babcia, o której wspominałem. Jak słyszę opowieści o niej, to widzę w niej siebie, co mnie bardzo cieszy. Nie pozwalała mówić na siebie babcia tylko ciocia Walercia. Była bardzo barwną postacią i umiała słuchać ludzi. Trochę mam po niej odwagi i umiejętności rozmawiania z ludźmi, łatwo mi przychodzi nawiązywanie kontaktów. Była niesamowitą, wyzwoloną kobietą. W latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych jeździła po wsi na motorze, z rozwianymi włosami. Prowadziła gospodę, miała sklep u siebie w domu. Gmina nie miała funduszy, żeby postawić budynek na sklep, więc ona użyczyła część swojego domu i tam go prowadziła. Była odważna, jeździła po świecie, lubiła wycieczki, o których mi później opowiadała. Zawsze zadowolona, zawsze do przodu, triumfalnie i z sukcesem. Osoba, która nigdy się nie poddawała. Chciałem być jak najbliżej jej i mojej babci, bo dziadek zmarł, jak miałem trzy lata. Trzymanie się korzeni, tego fundamentu rodziny jest taką trampoliną, która daje mi siłę. Dowiedziałem się o jej śmierci, kiedy byłem w Afryce w 2015 roku i wchodziłem na Kilimandżaro. Niestety nie byłem na pogrzebie, ale czułem tak wielką bliskość, jakbym tam był. Odeszła spokojnie, we śnie i wciąż czuję jej obecność, bo teraz mieszkam tam, gdzie ona była przez całe życie. Często z nią rozmawiam i myślę, że jest dumna, jak widzi co zrobiłem koło domu, bo na pewno nie chciałaby, żeby to wszystko zmarniało.
Padło słowo Kilimandżaro, więc porozmawiajmy o wspinaczkach wysokogórskich. Jak to się zaczęło?
Pamiętam, jak w 1996 roku Andrzej Śnieżko zaproponował mi pracę w liceum społecznym w Zamościu. To jedna z tych osób, które pojawiają się w naszym życiu i tworzą nową jakość. On na nowo otworzył mi oczy, bo już zakorzeniłem się trochę w tej Izbicy. Poprzedni nauczyciel odszedł na emeryturę, przekazał mi wszystkie rzeczy i czułem się tam świetnie. Ale Andrzej powiedział, że tam zgnuśnieję. Znajomi odradzali mi ten ruch ze strachu, że ta szkoła nie przetrwa. Ale zdecydowałem się, chyba dlatego że jestem odważny, a jak mówi przysłowie szczęście sprzyja odważnym. Zaryzykowałem, bo czułem podświadomie, że to jest coś co daje większe możliwości i okazało się, że dobrze zrobiłem. Wiele rzeczy się pojawiło w mojej pracy, np. żagle, kajaki, góry.
Organizowałem w liceum wyprawy, między innymi w góry i sprawiało mi to olbrzymią przyjemność. Na początku to były typowe wyjazdy organizowane przez biura, np. do Zakopanego. Później zająłem się tym sam, od znalezienia noclegów i transportu po opracowywanie programu. Dostałem wolną rękę i zaczęły się coraz bardziej śmiałe wyjazdy, co jest zasługą właśnie Andrzeja Śnieżki, który mi zaufał.
Jakie były te śmiałe wyjazdy?
Pamiętam jak w 1998 roku zdecydowałem się zorganizować wyprawę autokarem dookoła Morza Bałtyckiego. W szkolnym ikarusie została wymontowana połowa foteli, żeby zrobić przestrzeń na ławy i zapasy jedzenia. Autobus służył nam do spania, mieliśmy też namioty, żeby było jak najtaniej. Z dwudziestoma uczniami objechaliśmy cały Bałtyk dymiącym autokarem, który robił tam furorę. Później znaleźliśmy szkołę w Bostonie, która nawiązała z nami współpracę i zaczęły się wyjazdy do USA. Wtedy, zwiedzając Nowy York nie obawiałem się, żeby dać uczniom czas wolny na Manhattanie. Teraz są trochę inne czasy i nie wiem czy bym tak zrobił, bo przecież wtedy nie mamy pieczy nad powierzoną nam młodzieżą. Były też wyjazdy do parków narodowych w Polsce, w Bieszczady, Sudety, Tatry czy Góry Świętokrzyskie z młodszymi klasami. Z Leszkiem Flagą zaczęliśmy organizować wycieczki kajakowe. Najpierw korzystaliśmy z usług firmy w Suwałkach, ale Leszek od razu podpatrzył jak oni transportują sprzęt i dostosował przyczepkę, tak że mogliśmy kupić kajaki i przewozić je szkolnym samochodem. Byliśmy niezależni.
Wracając do gór, to te szkolne wyjazdy rozkręciły się na tyle, że zacząłem organizować wyprawy prywatne. Długo czekałem na moment, kiedy odważyłem się pojechać na pierwszy pięciotysięcznik, bo dopiero w 2014 roku. Dziesięć lat temu zaczęła się moja przygoda z wyższymi górami, więc wydaje się, że bardzo późno. Może gdybym zaczął wcześniej, to dzisiaj byłby w planach jakiś ośmiotysięcznik.
A jak się pojawił ten pierwszy pięciotysięcznik?
Wszystko zaczęło się od wymiany młodzieży. Mieliśmy partnerów z Turcji i jeden z nauczycieli opowiadał nam, że w kolejnym roku wybiera się na Ararat, najwyższą górę Turcji, dla Turków magiczną. Zacząłem szukać różnych informacji na temat możliwości wejścia na ten szczyt. Miałem dużo szczęście, bo ten turecki nauczyciel zorganizował wiele rzeczy. Z dwoma kolegami wyprawiliśmy się w drogę, bez pośrednictwa biura, z zamiarem wejścia na Ararat, ale też zwiedzania Turcji wschodniej. Pojechaliśmy zupełnie zieleni, oprócz jednego z nas, który był już na trzech pięciotysięcznikach i cały czas mówił, co nas może spotkać. Wyczekiwałem objawów związanych z wysokością, ale wspinając się stopniowo na 3000m, potem na 4000m czułem, że jest świetnie, że nic złego mi się nie dzieje. Miałem dobry apetyt, głowa mnie nie bolała, pomyślałem, że to nie jest takie trudne. Pamiętam tylko, że była duża adrenalina i nie mogłem zasnąć dzień przed wyjściem na szczyt, ale to jest normalne. Weszliśmy szczęśliwie, była piękna pogoda, minus pięć stopni, słońce. Na skrzydłach wracaliśmy do Polski z poczuciem, że zrobiliśmy coś niesamowitego. Wtedy to się zaczęło i poszedłem za ciosem, bo już wiedziałem, że chcę to robić.
Dlaczego?
Góry dają mi niesamowitą wolność. Kiedy jest się wysoko jest się z samym sobą, pokonuje się trudności, te fizyczne, a zwłaszcza te psychiczne, bo de facto to głowa wprowadza człowieka na szczyt, nie nogi. To jest nieustanna walka ze sobą. Na zdjęciach widać tylko uśmiechnięte twarze i piękne widoki, ale nie widać atmosfery, wiatru, zimna w namiocie, rozmowy ze sobą. Trzeba umieć ze sobą rozmawiać, to jest bardzo ważne. Często ludzie chyba tego nie potrafią albo zatracili tę umiejętność. Widzę młodych ludzi, którzy wszystko zagłuszają, nie potrafią być w ciszy, boją się jej. Nawet kiedy się uczą, to leci jakiś film albo muzyka. Tam jestem w ciszy, tylko ze swoimi myślami. Muszę akceptować to, gdzie jestem, nie mogę popadać w skrajne uczucia, które będą dla mnie destrukcyjne, tylko muszę budować się wewnętrznie. Już znalazłem swoje sposoby, myślenie, które wprowadza mnie w stan spokoju i powoduje większą motywację do tego, żeby następnego dnia znowu mieć siłę, by iść.
Z tej fascynacji wspinaczką zrodził się pomysł na organizację w Zamościu Festiwalu Eskapady Kresowe?
Jeździłem na różne festiwale i pomyślałem, że warto byłoby zrobić coś takiego w Zamościu. Ale ponieważ jestem nauczycielem zależało mi na aspekcie dydaktycznym, więc zaplanowałem blok warsztatowy dla młodzieży szkolnej, a poza tym coś dla wszystkich. Pomysł na nazwę był mój. Eskapady, czyli coś szalonego, awanturniczego. Kresowe, ponieważ wpadliśmy na pomysł, to ukłon w stronę Andrzeja Kudlickiego, szefa biura podróży Quand, które specjalizuje się w podróżach na Wschód, żeby w ostatni dzień festiwalu był wyjazd do Lwowa. I tak było chyba przez pięć edycji. Teraz nie jeździmy do Lwowa, ale nazwa została. Bardzo się cieszę, że dotrwałem do dziesiątego festiwalu i jestem z niego bardzo zadowolony, mimo że zrobiłem go w małym, tylko piątkowym wydaniu. Bardzo zależało mi na obecności Moniki Witkowskiej i cieszę się, że mogła przyjechać. Już po raz trzeci był Tomek Owsiany, który świetnie opowiada o swoich podróżach. Fajnie wyszła część dla młodzieży prowadzona przez profesora Pawła Zielińskiego, geografa z UMCS, który opowiadał o swojej wyprawie po Finlandii. Sprawia mi wielką przyjemność jak widzę zadowolone twarze po festiwalu. Ludzie byli zmęczeni, ale w głowach buzowały im opowieści gości, których zaprosiłem. Warto to robić.
Planuje Pan kolejne edycje festiwalu?
Ciekawe pytanie, bo fajnie jest zakończyć jakiś swój pomysł na okrągłej liczbie. Jeśli będzie jedenasta edycja, to będę musiał dociągnąć do dwudziestej i tego się trochę boję. Pamiętam jak robiliśmy pierwsze eskapady, w ogóle nie myśląc o kolejnych. Ale wyszło bardzo fajnie, więc czemu nie zrobić kolejnej edycji, zwłaszcza, że jest wiele ciekawych osób, które chciałem zaprosić. Zrobiłem drugie, to potem chciałem zrobić pięć, a jak zrobiłem pięć, to dziesięć. I teraz jest ta liczba, która trochę mnie przytłacza i hamuje, bo jak podejmę tą decyzję, to nie będzie można się zatrzymać aż do dwudziestej edycji. Z tym jest związana cała sfera organizacyjna, która musi być dobrze przygotowana, tym bardziej że zapraszam gości. Festiwal nie jest komercyjny, więc negocjujemy warunki ich przyjazdu. Oni widzą, jaka jest idea tego festiwalu i dzięki temu udaje się rozmawiać nawet z największymi gwiazdami, jak Krzysztof Wielicki czy Leszek Cichy. Chyba nie odpowiem teraz na pani pytanie.
Ale chciałby Pan robić to dalej?
Tak, tylko potrzebuję wsparcia i poczucia pewności, bo to jest duża odpowiedzialność. Sporo ludzi przychodzi, jest stała publiczność i nie mogę jej zawieść. UMCS w Lublinie zainteresował się tym wydarzeniem, Polskie Towarzystwo Geograficzne jest z nami od trzech lat, przyjeżdżają ludzie z tytułami i wszyscy są pod wrażeniem tego, co udaje nam się robić. Tu warto wspomnieć o moich przyjaciołach, pracowników naukowych z UMCS i PTG, którzy dali mi duży kredyt zaufania przyjmując mnie do swojego grona, które cenię w sposób szczególny. Zamość zasługuje na taki festiwal, na to, żeby zapraszać ciekawych ludzi, żeby młodzież miała okazję się z nimi spotkać. Chciałbym, żeby przyjechał Przemek Kossakowski, bo świetnie motywuje do działania.
Wiem, że gdyby były jedenaste eskapady, to chciałbym zacząć w piątek spotkaniem dla szkół, na które zaprosiłbym dwóch, trzech świetnych mówców. Wieczorem zrobić uroczyste otwarcie festiwalu jedną lub dwoma prezentacjami i potem, w sobotę znowu trzy albo cztery prezentacje. Może udałoby się wrócić w niedzielę do kresowych wyjazdów, jeśli Lwów będzie bezpieczny. I chciałbym to nadal robić w Centrum Filmowym Stylowy, bo tu mamy super warunki.
Na ostatniej edycji opowiadał Pan o trekkingu w górach Karakorum i dotarciu pod K2 i Broad Peak w 2024r. A o czym mówił Pan na pierwszym festiwalu w 2015 roku? O pierwszym zdobytym pięciotysięczniku?
Nie, opowiadałem wtedy o wyprawie na Kilimandżaro. W sierpniu 2014 roku wszedłem na ten biblijny Ararat i za kilka miesięcy już planowałem wyjazd na Kilimandżaro, bo poznałem Leszka Cichego, który zbierał grupę na tą wyprawę. Pamiętam, że się zapożyczyłem i pojechałem, bo chciałem realizować swoje marzenia. Czasem ktoś mnie pyta ile to kosztuje. Zawsze odpowiadam, że zrealizowane marzenia są bezcenne. Przy okazji tej wyprawy udało mi się zobaczyć wspaniałe parki narodowe i Zanzibar. To był styczeń, luty i jeszcze w tym samym roku udało mi się pojechać do Gruzji i wejść na Kazbek. Czyli w przeciągu roku, od sierpnia 2014 do sierpnia 2015, byłem na trzech pięciotysięcznikach i chciałem to robić dalej.
Ile pięciotysięczników zdobył Pan do tej pory?
Osiem.
Jest wśród nich taki, na który chciałby Pan wejść jeszcze raz, czy jednak marzy Pan o nowych górach?
Nie wszedłem na najwyższy szczyt Iranu Demawend, bo pojawiły się problemy. Swoje dolegliwości tłumaczyłem przebywaniem na dużych wysokościach, ale po powrocie okazało się, że mam alergię na kurz i zwierzęta oraz początki astmy oskrzelowej. Musiałem szukać terapii, żeby zmniejszać dolegliwości. Jestem na lekach wziewnych, jeżdżę z nimi, ale gór nie odpuszczę. Demawend ma ponad 5600 m wysokości, ja wszedłem tylko na 5 300 m. Zabrakło mi dosłownie pół godziny do szczytu. Szkoda, bo koledzy, których namawiałem na ten wyjazd weszli, a ja nie, więc może to jest góra, na którą kiedyś wrócę.
Chciałbym też wrócić na Kilimandżaro, bo tam jest siedem różnych dróg wejścia. Wówczas zlekceważyłem nieco tą wyprawę i poszedłem za lekko ubrany. Poza tym nie spałem, bo nocowaliśmy w sali wieloosobowej i ciągle kręcili się ludzie. Byłem niewyspany, źle ubrany i odwodniony, bo wziąłem za mało napojów. W rezultacie wchodziłem na szczyt zmarznięty i zasypiałem, więc musiałem się pobudzać. Na szczęście dostałem żele energetyczne od znajomych i to mi pomogło. Byłem wtedy mało doświadczony i dość pewny siebie po tym bezproblemowym wejściu na Ararat. Nigdy już tak później nie robiłem. Trzeba słuchać tych, którzy byli wcześniej i nie robić z siebie bohatera. Wchodziliśmy trzy dni i schodziliśmy dwa, a powinno się to robić w sumie przez siedem albo osiem, by lepiej się zaaklimatyzować. Powinienem wejść jeszcze raz, mądrzej, spokojniej. Chciałbym też zabrać tam żonę. Ona nie lubi gór, ale tam są piękne parki, więc byłaby szczęśliwa oglądając je i fotografując. To są góry, które były do tej pory, ale są nowe cele i cieszę się, że one są.
Można również odwrócić to pytanie i wskazać szczyt, na który nie chciałbym ponownie wejść. I to na pewno jest Mont Blanc, który zdobyłem w takim, nazwijmy to stylu sportowym. To była walka z wysokością, ze swoimi słabościami, trudnościami technicznymi i dużymi ekspozycjami.
Jest Pan cierpliwy w realizacji swoich planów?
Czytam dużo biografii himalaistów albo ludzi przygody. Jeden z nich wspominał, że zbyt szybka realizacja planów nie jest dobra. Nepalczyk Nims zdobył w niecały rok wszystkie ośmiotysięczniki, czternaście gór. I co dalej? Szybko zdobyte cele nasycą zbyt szybko umysł i wyobraźnię. Uważam, że lepiej to robić spokojnie. Powinniśmy ciągle mieć jakiś plan i do czegoś dążyć, bo nasze życie jest drogą. To powoduje, że mamy porządek w głowie i spokój wewnętrzny zamiast chaosu i takiego rozedrgania. Ja o swoich planach wspinaczkowych mówię wcześniej, to jest moja metoda. Inni nie lubią się tym zawczasu chwalić, może uważają, że to przynosi pecha. Nie boję się mówić i robię to, bo mówiąc o tym publicznie już nie mogę zrezygnować. Nasz słynny kajakarz, nieżyjący już Olo Doba mówił, że musi być marzenie, później musi być plan jego realizacji i wreszcie musi być działanie, czyli realizacja krok po kroku. Jeśli mam doprowadzić do realizacji marzenia o wejściu na szczyt, to muszę zacząć te przygotowania sporo wcześniej. Muszę zadbać o finanse, sprawdzić stan sprzętu, poczytać o miejscu, do którego jadę. Przygotowywania do drogi też są przyjemnością.
Takie poukładanie przyszło wraz z doświadczeniem życiowym i wiekiem czy tak było u Pana zawsze?
Nie wiem skąd ja to mam, ale moje dalekie pochodzenie jest polskie, niemieckie i litewskie. Tata mamy był Niemcem, pochodził z okolic Bawarii, ale nie znam jego historii, bo to były zawiłe losy wojenne. Mam umiejętność planowania i podejmowania decyzji. Mówię uczniom, że mądrość życiowa nie polega na tym, że przeczytacie tysiące książek, usiądziecie i powiecie, że wszystko wiecie, ale na podejmowaniu decyzji, które obejmują całokształt naszego życia. I one są krótkoterminowe, związane z naszym codziennym funkcjonowaniem, ale też dalsze, dotyczące naszego rozwoju, rodziny, przyszłych działań, np. tego, że trzeba odwiedzić kogoś z rodziny. Ja to nazywam takim dzwonkiem sumienia, to przychodzi podświadomie, np. ktoś tam się nagle przypomni. Może w świecie wibracji docierają do nas myśli, które ktoś nam wysyła. Często tak mam, ale w tym zwariowanym świecie rzadko wsłuchujemy się w nasz głos wewnętrzny. Tymczasem on jest bardzo ważny, tak samo, jak rozmowa ze sobą. Odkryłem to na nowo, jak trzy lata temu zacząłem jeździć rowerem. Na początku to były krótkie dystanse, ale później stały się o wiele dłuższe, bo moja kondycja pozwalała je zwiększać. Jeżdżę sam i zauważyłem, że nie tylko sama jazda, ale bycie ze sobą zmniejsza stres i czyści głowę, bo prowadzę rozmowy ze sobą, planuję i wszystko robi się jaśniejsze. Sprawia mi przyjemność mijanie wszystkich rzeczy, które są po drodze. Najważniejsza jest codzienna mobilizacja do wyruszenia w trasę. Jeśli jest dobrze rozplanowany dzień, cel i motywacja, to wszystko da się zorganizować.
Powiedział Pan, że nie odpuści gór. Roweru też nie?
Nie odpuszczę, bo zauważyłem, że rower jest mi pisany do tego, aby odpoczywać i odstresować się. Znalazłem złoty klucz do tego, żeby rozmawiać ze sobą a jednocześnie utrzymywać formę. Od kiedy jeżdżę zdecydowanie lepiej znoszę wyprawy górskie, zrzuciłem zbędne kilogramy, utrzymuję wagę i mam kondycję.
Ale jest też w Panu jakaś potrzeba sprawdzania się? Myślę o IV Mistrzostwach Polski w kolarstwie szosowym nauczycieli i wykładowców.
To było moje marzenie, żeby wystartować w tych mistrzostwach, bo wcześniej brał w nich udział mój o wiele młodszy kolega. Widząc moje codzienne przejażdżki rowerowe zaproponował mi wspólny wyjazd. W marcu kupiłem rower szosowy i do czerwca musiałem się nauczyć na nim jeździć, bo to jest inna jazda, jest się bardziej pochylonym, inne są rozmiary ramy, kierownicy, siodełka. Ponadto noga jest jakby przyspawana do pedału, bo pedały są wpinane na bloki.
Zajął Pan piąte miejsce w swojej kategorii wiekowej. To była jednorazowa przygoda?
Kusi mnie, żeby pojechać w przyszłym roku. Na mistrzostwach jest wspólny start dla wszystkich, ale klasyfikacja jest w różnych kategoriach wiekowych. Niestety te kategorie się zatrzymują na 55 plus. Napiszę do organizatorów, żeby wprowadzili kategorię 60 plus, bo byli tam panowie po sześćdziesiątce, przyjeżdżający chyba dla samej satysfakcji udziału i ukończenia wyścigu, bez względu na wynik. Tam jest naprawdę walka młodych nauczycieli, wśród których są praktycznie sami wuefiści, instruktorzy kolarscy. Nie było przedstawiciela matematyki, fizyki czy żadnego innego przedmiotu. Tylko jeden geograf z Zamościa.
Tym bardziej gratuluję. Porozmawiajmy jeszcze o Pana przygodzie z radiem. Trwa już dość długo, bo od 2005 roku, więc chyba Pan to lubi?
Uwielbiam, ale pod warunkiem, że audycje są na żywo. Proponowano mi, żeby je nagrywać, ale nie chcę. Organizuję konkursy, słuchacze dzwonią, niektórych już poznaję po głosie, rozmawiam z nimi i cenię sobie te spotkania. To jest prawdziwe radio. Szkoda, że już nie ma Leszka Flagi, mojego wielkiego przyjaciela, bo prowadziliśmy te audycje naprzemiennie. Na początku przez wiele lat robiliśmy je razem, czasem nawet sprzeczaliśmy się na antenie, ale to zawsze było prawdziwe. On chciał mówić o Polsce i naszym regionie, ja o świecie. W efekcie zrobiliśmy dwie audycje. Leszek prowadził program „Zamojszczyzna mniej znana”, ja „Podróże dalekie i bliskie”. To było super rozwiązanie. Po jego śmierci zaproponowano mi, żebym prowadził audycję co tydzień, ale nie dałbym rady, więc zostały dwie moje audycje w miesiącu. Chciałbym to robić nadal, bo jest wielu ciekawych ludzi, którzy mają wiele do powiedzenia.
Wiele się dziej w Pana życiu. Co jest najważniejsze?
Rodzina, która daje mi siłę i wewnętrzny spokój. Moja żona, która okazuje mi dużo zrozumienia i akceptuje moje działania. Dzięki niej jest w moim życiu spokój i siła do podejmowania kolejnych wyzwań. Bez jej wsparcia nie doszłoby do wielu moich wypraw. Mojego taty już nie ma, ale wyrobiłem sobie tradycję kontaktowania się z moją mamą. Lubię codziennie do niej zadzwonić, usłyszeć jej głos i wiem, że ona to uwielbia. Na przykład, jak wracam do domu, to dzwonię zapytać co słychać. W rodzinie jest niesamowita siła i to ona jest na pierwszym miejscu. Cokolwiek by się działo, to mamy moc i wszystko przetrwamy. Na drugim miejscu jest praca, na trzecim pasje i nie inaczej, tylko trzeba wszystko dobrze zorganizować. I trzeba rozmawiać z bliskimi, żeby nikogo nie zawieść. Jeśli obiecam, że będę u mamy na urodzinach, to trzeba być. Oczywiście mama zrozumie i wybaczy, ale będzie jej przykro, że nie byłem, bo wybrałem jakąś swoją drobnostkę. Jeśli mama czeka z moją ulubioną zupą, którą jest barszcz czerwony czy kapuśniak albo z pierogami ze skwarkami, to ja nie mogę o tym zapomnieć. To są szczegóły, ale bardzo ważne. Wiadomo, że różne rzeczy dzieją się w każdej rodzinie, choroby czy inne problemy, ale jeśli się jest w drużynie, to łatwiej je przezwyciężyć. Jak się jest razem, to zawsze znajdzie się rozwiązanie.
Pana brat mieszka w Zamościu?
Tak. Jestem z nim blisko, chciałbym więcej z nim przebywać, ale wiem, że jest bardzo zapracowany i aktywny. Jest emerytowanym chorążym Wojska Polskiego, z piętnastoletnim stażem w służbie, który potem skończył wychowanie fizyczne i pracuje w szkole. Tenisista, maratończyk, brał udział w Biegach Dzieci Zamojszczyzny. Obaj już mamy wnuki. Trochę naśmiewałem się z moich starszych kolegów zakochanych w swoich wnukach, ale teraz sam straciłem dla nich głowę. Mam całe albumy zdjęć. Są dla mnie najlepszymi aktorkami świata, uwielbiam ich wierszyki, piosenki. Jak starsza, pięcioletnia wnuczka śpiewa nasz hymn, to łamie moje serce. One mogą zrobić ze mną wszystko, rozpieszczam je bardzo. Wcześniej myślałem, że dzieci się tak kocha, ale to jest inna miłość. Wtedy byliśmy młodsi, zaaferowani pracą itd. Teraz mam wnuki i denerwuję się, jak córka na nie krzyczy, a przecież tak samo robiłem, jak moje dzieci były małe.
Wspomniał Pan, że po długim okresie mieszkania w Zamościu, wrócił do rodzinnej Radecznicy.
Zawsze była we mnie chęć powrotu. Kiedy dziadkowie odeszli, dom stał pusty i zdecydowaliśmy z żoną, że coś trzeba z tym zrobić. To są moje korzenie, moje dzieciństwo i moje gniazdo. Czuję się tam najlepiej na świecie, to jest moje miejsce na ziemi i już nie chciałbym go nigdy zmienić na inne. Ale oczywiście decyzja była wspólna. Żona też dobrze się tam czuje i to jest najważniejsze. Obawiałem się trochę dojazdów, ale jedziemy trzydzieści kilka minut i to jest czas, żeby posłuchać radia, uspokoić myśli, zaplanować dzień. Prawie dwa lata trwał remont. Stodoła została przebudowana na moją świątynie dumania, z antresolą do spania, z okienkiem na piękną łąkę. To jest teraz nasza przystań, wiemy gdzie jest nasz dom. Nasze życie uspokoiło się wewnętrznie, bo tam czujemy spokój.
Czy gdziekolwiek na świecie poczuł się Pan jak w domu albo chociaż podobnie?
Nie, nigdy. Byłem w różnych krajach, mieszkałem ponad rok w Stanach, byłem trochę dłużej w Kanadzie, ale nigdzie nie miałem takiego uczucia, że to jest moje miejsce. Tu wyjdę na spacer wokół domu i mam ten rodzaj głębokiego poczucia, że jestem wreszcie na swoim miejscu. Taki świat sobie stworzyłem i jest mi dobrze z tym, co jest. W styczniu skończę sześćdziesiąt lat i aż mi szkoda, że to tak szybko przeleciało. Chciałbym odejść na emeryturę, ale być jeszcze zdrowym i aktywnym, i wtedy pożyć tak spokojnie do setki. Mam wielki apetyt na długie, aktywne życie.
Takiego życia Panu życzę i bardzo dziękuję za spotkanie.
Również dziękuję.
fot. Agnieszka Kowal
“Zrealizowano w ramach stypendium artystycznego Prezydenta Miasta Zamość”.
