Spotkanie z Radkiem Teteryczem

Radek Teterycz – artysta samouk, który rzeźbi w drewnie używając tokarki. Tworzy zarówno małe, proste formy, jak i skomplikowane, wieloosiowe projekty. Od lat eksperymentuje, rozwija swoje techniki rzeźbiarskie i procesy tworzenia. Każdą rzeźbę wykonuje z jednego kawałka drewna. Jego prace są odzwierciedleniem drzemiących w nim emocji, wrażliwości i lęków mających często związek z otaczającą rzeczywistością.  Współpracuj z galeriami takimi jak: Galeria Stalowa  w Warszawie, Galeria TOTUART w Warszawie, Biuro Wystaw Artystycznych w Zamościu, Galeria Staszica 13 w Zamościu. Stałą wystawę jego prac można oglądać w Centrum  Kultury Foresterium  w Zagórzu. Dotychczasowe wystawy indywidualne: Zamość ZDI “Drewność siebie by Radek T. (2022), Galeria Sztuki Rymanów Zdrój (2023), Centrum  Kultury Foresterium  ” Szukając Granic” (2023), WDF  w Zgieżu “Szukając Siebie” (2023), MDK Lotnicza 1, Kraków (2023), Ratusz  miasta Weimar  Niemcy “Nowe Horyzonty” (2024). Wystawa zbiorowa w Halo Kultura w Gdyni ” Nowe Znaczenie” (2023).

 

Tworzysz mniej więcej od 2010 roku. Jak to się zaczęło?

Moja przygoda z drewnem zaczęła się dużo wcześniej, bo jeszcze w szkole podstawowej. Pamiętam, że na zajęciach praktyczno-technicznych zawsze robiłem jakieś rzeczy z drewna, np. lampki z korzeni czy szkatułki grające, które mój nauczyciel zabierał później do domu. Ten materiał towarzyszył mi tak naprawdę przez cały czas, ale na dobre wrócił do mnie jakieś czternaście lat temu. Najpierw zrobiłem meble do swojego garażu. A później zacząłem tworzyć inne rzeczy, najpierw przy pomocy piły łańcuchowej. Potem trafiłem na filmik na You Tube, gdzie ktoś rzeźbił używając tokarki. Kupiłem wtedy jakąś najtańszą tokarkę, chyba za 400 zł, która tak naprawdę do niewielu rzeczy się nadaje i na niej zacząłem coś robić. Potem próbowałem innych tokarek, teraz pracuję już na trzeciej.

W czym jest lepsza od poprzednich?

Najważniejsze w tokarce są dla mnie dwa parametry. Podstawową cechą jest waga  – czym tokarka jest cięższa, tym jest lepiej. Ta, której używam jest stosunkowo duża, bo waży sto dziewięćdziesiąt kilogramów. Jednak bardzo mnie ogranicza ze względu na drugi, niezwykle ważny parametr. Decydująca jest bowiem odległość pomiędzy wrzecionem czyli elementem, na którym mocujemy drewno a łożem. Jest to szczególnie istotne przy projektach wieloosiowych, bo zbyt mała odległość znacznie zmniejsza moje możliwości, nie mogę zrobić wszystkiego, co bym chciał. Mam nadzieję, że kiedyś uda mi się zmienić tę tokarkę na taką z większą odległością wrzeciona od łoża, żebym mógł realizować większe projekty. Moja tokarka pod względem technicznym ma wszystko, co powinna mieć, oprócz właśnie większej maksymalnej średnicy toczenia. Może kiedyś uda mi się kupić lepszą, ale to są duże koszty.

Jakie?

To jest koszt rzędu czterdziestu – pięćdziesięciu tysięcy, więc na razie nie mam na nią szans i musi mi wystarczyć ta, którą mam.

Pamiętasz swoją pierwszą pracę? Kupiłeś tokarkę i …?

Tak, zrobiłem ją z sumaka octowca,  który jest nazywany „zemstą sąsiada”, bo bardzo się rozrasta. To jest bardziej duży, wysoki krzew niż drzewo. Drewno sumaka ma bardzo piękny zielonkawy kolor. Z niego była pierwsza praca, jaką wykonałem na tokarce. To był bardzo prosty kształt – wazonik, tylko zrobiony z bardziej spektakularnego drewna. Później zacząłem eksperymentować z różnymi żywicami, ale zrezygnowałem z tego.

Dlaczego?

Nie cierpię żywicy, bo to jest plastik. Daje fajne efekty, ale dla mnie okropne było toczenie kawałka drewna zalanego w żywicy. W momencie tocznia lecą trociny, lecą wióry i te plastikowe, ciepłe wióry żywicy spadające na mnie były bardzo niemiłym doświadczeniem. Spróbowałem, ale to nie było dla mnie. Jestem samoukiem, do wszystkiego dochodzę sam. To ma oczywiście swoje plusy i minusy. Podstawowy plus jest taki, że wszystko mogę. Nikt mi nie wbił do głowy, że czegoś nie można zrobić, że pewnych rzeczy się nie robi. Kiedyś pod jednym z moich postów, w którym pokazałem jedną z prac wieloosiowych, pojawił się wpis „Dobrze, że nikt mu nie powiedział, że to jest niemożliwe”. I właśnie o to chodzi. Bardzo często szkoły wiele nam dają, ale też zawężają patrzenie na pewne rzeczy, uczą od razu czego nie można. Nauczyciel, który sam pewnych rzeczy nie tworzy, przekaże nam, że tego się po prostu nie robi, nie da się, nie warto czy nie wypada.  

Jakie są minusy bycia samoukiem?

Minusem jest to, że jest wiele dróg, w które wchodzę i później okazuje się, że one są ślepe. Czasami dowiaduję się tego po krótkiej chwili, czasem to zajmuje mi pół roku. Jedną z tych ślepych dróg była przygoda z żywicą. Poznałem ją i stwierdziłem, że zdecydowanie nie chcę tego robić. Nie będę się zarzekał, bo różnie może się w życiu zdarzyć, ale na ten moment nie zamierzam używać żywicy.

Kolejny minus to fakt, że brak wykształcenia artystycznego sprawia, że muszę pokazać więcej niż inni, muszę ciągle coś udowadniać, bo nie mam papierów.

Brak szkoły plastycznej jest również pewną komplikacją, choćby dlatego, że niektórych rzeczy po prostu nie wiem. Nawet taka prosta sprawa jak przygotowanie pierwszego portfolio było dla mnie wyzwaniem, bo nic o tym nie wiedziałem, kompletnie nic. To były godziny szukania informacji i przykładów, jak to zrobić. Ponadto mam taką wadę, że wszystko muszę robić sam i do wszystkiego muszę dojść sam. Dlatego zajęło mi to trochę czasu i bardzo dużo pracy. Zdaję sobie sprawę, że czasami poszukanie wsparcia u kogoś, poproszenie o pomoc byłoby prostsze, skróciłoby robienie wielu rzeczy, ale to jest dla mnie trudne ze względu na mój introwertyzm. Nawet mój syn się z tego śmieje, bo kiedy szukam czegoś w sklepie, to po prostu chodzę tak długo, aż znajdę, natomiast on biegnie do pani i po prostu pyta.

Dochodzenie do wszystkiego samemu daje chyba sporą satysfakcję?

Niewątpliwie tak. To duża satysfakcja, że udało się coś osiągnąć samemu. Jednak to głównie problem w kontaktach z innymi spowodował, że jestem na takiej drodze, że do wszystkiego dochodzę sam. Zdecydowanie nie oglądałem żadnych filmów instruktażowych i nie chodziłem na kursy, nie lubię uczyć się w ten sposób. Uczę się tylko i wyłącznie sam, bo wtedy ta wiedza zostaje mi w głowie.  

Fakt, że nie skończyłeś szkoły plastycznej utrudniał Ci wejście do świata galerii i wystaw?

Zdecydowanie tak. Jest dużo trudniej wejść na rynek bez wykształcenia kierunkowego. Tym bardziej, że proponuję rzeczy, których tak naprawdę w Polsce nie ma. Na początku to był dramat. Musiałem się wykazać strasznym uporem, żeby w ogóle wejść pierwszy raz do galerii. To była długa rozmowa z samym sobą. „Czego tu szukasz? To nie jest miejsce dla ciebie. Nie masz prawa tu być”. Wchodziłem do galerii jak do świątyni. Oczywiście nadal uważam, że jest to rodzaj świątyni, ale takiej, która jest dla mnie, a nie ja dla niej. Ona ma służyć mi, czyli idę tam, oglądam i biorę z tego coś dla siebie. Pierwsza rozmowa w galerii była bardzo trudna. To, co w niej usłyszałem nie było mobilizujące, ale jestem jednostką zadaniową i nie lubię się poddawać, więc to mnie nie załamało. Zorganizowanie pierwszej wystawy również było dużym wyzwaniem. Później już było prościej. Tak naprawdę jeśli nie ukończyło się szkoły plastycznej, to najtrudniejsze jest zorganizowanie pierwszej wystawy. Z kolejną jest łatwiej, bo ma się za sobą jakieś doświadczenie, bo był już ktoś, kto uznał, że człowiek jest tego wart. Często osoba w galerii nie jest w stanie sama uznać, że coś jest dobre, tylko patrzy, czy ktoś wcześniej to zrobił. To jest dla mnie bez sensu, bo nie każda osoba kończąca liceum plastyczne, będzie artystą czy też jest artystą. Ale tak jest, że gdybym miał dyplom, to byłoby mi zdecydowanie łatwiej. Tymczasem pewne rzeczy zajęły mi dużo więcej czasu i nadal zajmują. 

Jaką szkołę wybrałeś po podstawówce?

Technikum. Z wykształcenia jestem mechanikiem samochodowym. Później skończyłem administrację. Brak wiary w siebie był chyba decydujący przy tych wyborach. Poza tym to były inne czasy, wychowałem się na blokowisku, gdzie artysta raczej nie był w cenie. Było tak, jak z moją pierwszą wizytą w galerii, kiedy uważałem, że jestem za mały na takie miejsce. W podstawówce nawet mi do głowy nie przyszło, żeby w ogóle spróbować iść do liceum plastycznego. Dzisiaj trochę tego żałuję, ale z drugiej strony cieszę się, bo nikt na mnie nie wpłynął w żaden sposób. Może niektóre prace by w ogóle nie powstały. Administrację skończyłem, żeby mieć tytuł magistra, żeby sobie coś udowodnić. Generalnie moje decyzje w tamtym okresie były dosyć chaotyczne.

Wspomniałeś, że wszedłeś na rynek sztuki z czymś, czego u nas nie ma.

Jestem prekursorem takiego toczenia w drewnie. Ludzie mi nie wierzyli, że w taki sposób wykonuję swoje prace. Musiałem zamieszczać filmiki, żeby udowodnić, że to jest możliwe. To jest właśnie to, co mówiłem wcześniej – nikt mi nie powiedział, że to jest niemożliwe. Cieszę się, że spotykam się z bardzo dużym i dobrym odzewem ze świata. Ludzie spoza Polski reagują całkiem inaczej niż u nas, bo tu toczenie w drewnie jest raczkującą sprawą, dopiero się rozwija. We wrześniu będę miał publikację w dużym niemieckim magazynie, właśnie o toczeniu w drewnie. Będę pierwszym Polakiem, o którym tam napiszą. To jest trochę paradoks, że prościej mi wzbudzić zainteresowanie tym co robię na świecie niż w Polsce. Poza tym, trochę stoję w rozkroku pomiędzy sztuką a rzemiosłem. Ludzie ze świata podziwiają mnie przede wszystkim za moje umiejętności manualno-koncepcyjne, za moją wyobraźnię przestrzenną, bo tak naprawdę to są ludzie, którzy w dużej mierze zajmują się toczeniem. Oni patrzą na to, co robię i nie są w stanie sobie tego ułożyć w głowie pod kątem technicznym. Dlatego publikacja na mój temat, o której wspomniałem będzie głównie o technicznej stronie mojej pracy. Jednak moje rzeźby to nie są tylko jakieś wygibasy mojej wyobraźni, tam jest drugie dno, duża część mnie. Z jednej strony wystawiam swoje prace w różnych galeriach w Polsce, ale z drugiej strony jestem podziwiany nie tyle za przekaz, co za wykonanie.

Ty kim się czujesz? Bardziej artystą czy rzemieślnikiem?

Zdecydowanie artystą, dlatego, że tak naprawdę nie znam technik toczenia. Pracuję na zasadzie „Przyciśnij i ogień”, tymczasem są  różne techniki. Nie używam w ogóle dłut, jakich używa większość tokarzy, bo je trzeba ostrzyć. Tymczasem dla mnie naostrzenie dłuta to jest dramat. Dlatego mam wszystkie dłuta na tzw. wymienialne węgliki, gdzie ostrze jest jednorazowe. Nie muszę tracić czasu i nerwów na ostrzenie. Kiedyś, jak pokazałem na grupie tokarskiej film, na którym ostrzę dłuto, to prawie mnie spalono na stosie, bo robiłem to szybką szlifierką kątową, czego nie powinno się robić. Używa się do tego szlifierek wolnoobrotowych, wodnych, ale dla mnie to jest taka część pracy, której nie cierpię.

Jesteś artystą spełnionym?

Spełniony będę, kiedy dojdę do momentu, w którym będę mógł żyć tylko i wyłącznie z tego, co stworzę. I do tego dążę. Dlatego walczę o rozpoznawalność, o swoją markę. Trudno jest dotrzeć ze swoimi pracami do odpowiednich osób, szczególnie u nas. Budowanie nazwiska poza krajem wychodzi mi trochę łatwiej. Mam na przykład zaproszenia na kongresy tokarskie za granicą na kolejny rok. Myślę, że jestem w połowie drogi. Mam nadzieję, że uda mi się to osiągnąć, bo przyznam szczerze, że świat mnie coraz bardziej męczy i takie życie, w którym mógłbym tylko tworzyć byłoby dla mnie idealne. Moim idolem jest Banksy,  nawet nie tyle z powodu twórczości, tylko dlatego, że nikt nie wie jak wygląda. Sama idea, że nie widać człowieka, a on tworzy i może z tego żyć jest wspaniała.    

Na to już nie masz szans. Pokazałeś się.

Ale zawsze mogę się schować.

Znowu Twój introwertyzm.

Wiesz, to nie jest tak, że nie potrzebuję ludzi. Oczywiście ich potrzebuję, ale w dużo mniejszych dawkach niż większość z nas. Kiedy zamykam się sam w pracowni, to ten czas jest tylko dla mnie. Potrzebuję bardzo dużo bycia tylko ze sobą. Lubię się odciąć od wszystkiego. Lubię sam próbować, uczyć się, czasami sam ze sobą rozmawiać. Miejsca, gdzie jest bardzo dużo ludzi przytłaczają mnie, a nawet przerażają. Na przykład galeria handlowa jest dla mnie miejscem strasznym.

Zawsze tak było?

Od zawsze byłem typem samotnika. Wiadomo, że w bardzo odległych czasach musiałem jakoś żyć i radzić sobie w grupie, ale zawsze byłem dosyć wyalienowany, zawsze trochę z boku. Nawet muzyka, której słuchałem nie pasowała do tego, czego słuchali moi rówieśnicy.

Jaka to była muzyka?

Na przykład w szkole podstawowej słuchałem poezji śpiewanej, głównie Jacka Kaczmarskiego. Oczywiście była też inna muzyka, na przykład Dżem, ale generalnie Kaczmarski jest ze mną od trzydziestu lat i im jestem starszy, tym więcej z jego utworów rozumiem. W piosenkach liczy się dla mnie przede wszystkim tekst. I to on najbardziej zostaje mi w głowie. Właśnie Kaczmarski, Gintrowski, Stachura i jeszcze wielu, wielu innych. To wszystko jest we mnie.

Unikasz ludzi. Co najbardziej Cię w nich drażni?

Wielu z nas żyje lękami, jest przepełniona strachem. Kierują nami instynkty. Nie rozum, nie myśli, tylko instynkt i tego w nas nie lubię. Nie cierpię, kiedy sprawdzają się takie stare powiedzenia, jak  „chleba i igrzysk”. Czuję, że tak naprawdę tego nam potrzeba. Potrzebujemy się czegoś bać. Musimy w coś wierzyć, bo jeśli w nic nie wierzymy, robi się dla nas bardzo trudno. To prawda, na pewno jest trudniej, ale też jest świadomiej. Wtedy musimy wziąć na siebie odpowiedzialność, podejmować decyzję. I tutaj wracamy do tego sklepu, w którym chodzę i szukam sam.

Czasami mam takie fantazje, że chciałbym nie myśleć aż tak dużo, nie zadawać sobie tak wiele pytań. Jeśli stawiamy pytania, to uzyskujemy odpowiedzi, które często są dla nas bolesne. Poza tym dużo myśli sprawia że tracimy komfort życia, bo dostrzegamy bezsens pewnych rzeczy. Teraz np. mamy czas kampanii wyborczej, której po prostu nie znoszę. Pomijając moje sympatie polityczne, to tak naprawdę uważam, że zawsze obydwie strony nami manipulują. I to mnie drażni. Nieraz obserwuję ludzi, których widzę jadąc gdzieś przez wieś. Ludzi stojących przed sklepem i pijących coś mocniejszego. Czasem rodzi mi się taka perwersja w głowie, że im zazdroszczę. Zwłaszcza tego, że oni tylko zaspokajają swoje instynkty, nic poza tym. I uciekają przed wieloma aspektami codzienności. Człowiek ciągle staje w kontrze do drugiego człowieka, do świata. Nie jestem jakimś szalonym ekologiem, ale często chodzę po lesie i widzę co człowiek robi naturze.

W lesie widać to wyjątkowo dobrze.

Niestety, jest mnóstwo śmieci. One są wszędzie. Gdziekolwiek pójdę do lasu, mogę znaleźć telewizory, eternit, opony, łóżka, sedesy, dosłownie wszystko. To jest skala mikro. Jeśli sobie wyobrazimy, że tak podchodzi do środowiska cała ludzkość, to jest to przerażające. Nie jestem fanatykiem, ale chodzi mi o szacunek do przyrody. Tak samo, jak powinniśmy mieć szacunek dla drugiego człowieka, tak samo powinniśmy go mieć dla przyrody. Ale, jak widać i z jednym i z drugim słabo nam wychodzi. Teoretycznie staramy się szanować drugiego człowieka, jednak różnie z tym bywa. Z przyrodą jest jeszcze gorzej. Ciężko patrzeć na te wszystkie drzewa, które są wycinane bez opamiętania. Mamy wielkie polany w lesie, ogromne plaże zrobione wśród drzew.

Dlaczego tworzysz w drewnie?

Drewno jest przyjemne, plastyczne, ciepłe. Nie cierpię stali. W niektórych moich pracach ona się pojawia, ale według mnie to nigdy nie jest pozytywny przekaz. Stal to zawsze coś negatywnego, ona coś spina, oplata, przebija, pojawia się w negatywnym znaczeniu. Mam wrażenie, że wszystkie moje prace z drutem odnoszą się do naszego bycia na tej planecie. Myślimy, że wszystko nam wolno, że w zasadzie wszystko jest dla nas. Często głosy, które mówią o ochronie przyrody spotykają się od razu z bardzo dużym oporem drugiej strony. Zestawienie drewna ze stalą w moich pracach może symbolizować naszą bytność tutaj, nasz stosunek do przyrody. Ale to stal zawsze przegrywa, nie przyroda. W mniejszym lub większym stopniu, ale wszystkie moje prace są skończone i stal w nich rdzewieje. Tak samo poniekąd jest z nami, bo walczymy z przyrodą, zawłaszczamy ją niemiłosiernie, ale chyba kiedyś to się dla nas tragicznie skończy. Może nie dla naszego pokolenia, ale dla kolejnych już tak. 

Gdzie pozyskujesz materiał do rzeźbienia?

Często wsiadam w samochód i przemierzam wiele kilometrów. Jadę i na przykład widzę leżący koło drogi korzeń po złamanym drzewie. Czasami znajomi coś mi przyniosą. Jednak większość drewna pozyskuję chodząc po lesie, szczególnie w zimie, bo najbardziej lubię las o tej porze roku. Chodzę tam mniej więcej od grudnia do marca, bo wtedy nie ma ludzi, są tylko zwierzęta i cisza. Wtedy las jest cudowny. W lecie go unikam, ponieważ ciągle kogoś spotykam, tu grzybiarz, tu rowerzysta, tu ktoś spacerujący czy biegający.  

Poza tym zimą wszystko dobrze widać. Pamiętam twarz leśniczego, który zobaczył mnie, kiedy wychodziłem zimą z lasu ze spróchniałymi korzeniami. Widziałem w jego oczach przerażenie, bo ciągnąłem za sobą dwa wielkie korzenie. Chyba myślał, że zobaczył wariata. Coś, co dla mnie jest bardzo wartościowe, inni uważają za śmieci. Ostatnio na zamojskiej grupie jakaś pani umieściła ogłoszenie, że odda drewno z wrośniętą siatką. Od razu pojawiły się komentarze, że przecież ono jest bezwartościowe i tak naprawdę nadaje się tylko na śmietnik. Jednak dla mnie to było coś cennego i jeszcze tego samego dnia zabrałem od niej to drewno. To, co dla większości ludzi jest czarne, spróchniałe, brzydkie, dla mnie nosi w sobie dużą wartość. Poza tym dopiero w środku tak naprawdę widać potencjał materiału. Kiedy biorę kawałek drewna i zaczynam go obrabiać, to paradoksalnie okazuje się, że najwięcej kryje się w tych najbrzydszych, najbardziej poskręcanych i często już spróchniałych kawałkach. W środku można znaleźć najwięcej pięknych rzeczy. Tak samo bywa z ludźmi. Powierzchowność jest tylko opakowaniem, tak naprawdę ważne jest to, co mamy w środku.

Czy zdarza się, że te spróchniałe korzenie rozpadają się, kiedy zaczynasz je obrabiać?

W przypadku spróchniałych korzeni, w grę wchodzą tylko korzenie sosnowe albo dębowe. Oczywiście i one czasami mogą się rozpaść, kiedy są już za bardzo zjedzone przez czas. Ale generalnie te dwa gatunki drewna najlepiej wytrzymują upływ czasu. Dąb z racji swojej twardości, sosna z racji żywicy. Żywiczne korzenie bardzo powoli niszczeją i próchnieją, są w miarę stabilne. Natomiast miękkie drewno próchnieje bardzo szybko i później z tą stabilnością podczas obróbki jest trudniej. W momencie obróbki kawałek drewna dodatkowo obraca się i czasem trudno, żeby się nie rozpadł. Oczywiście wykorzystuję również mniej spróchniałe kawałki, na przykład korzenie, które zostały usunięte przez kogoś koparką i mogłem je zabrać. Mam ich sporo.

Czasem tworzysz również z czeczoty. Czy ona jest trudna w obróbce?

Jest dość trudnym materiałem do obróbki, ponieważ ma bardzo poskręcane włókna, które raz układają się pod dłuto, raz z dłutem. W efekcie podczas pracy raz zbieram czeczotę wzdłuż włókna, za chwilę w poprzek włókna. To  nie jest łatwe, ale te przedmioty mają pewną zaletę. Można je robić od razu z mokrego materiału, ponieważ z powodu poskręcanych włókien czeczota nie pęka. Pojawiają się tylko mikropęknięcia, czasem nawet długości dwóch centymetrów, ale nie zdarza się pęknięcie przez cały kawałek. W przypadku innego drewna, jeśli zrobimy coś z mokrego materiału i ścianka nie będzie odpowiednio cienka, to pęknie podczas wysychania. Dlatego trzeba wtedy robić cienką ściankę, która nie pęknie, tylko ewentualnie trochę się odkształci przy schnięciu.

Masz jakieś ulubione gatunki, w których najbardziej lubisz rzeźbić?

Dąb. Jest prosty, majestatyczny, szlachetny. Może nie ma żadnych fajerwerków w środku, ale bardzo go lubię, mimo że jest ciężki w obróbce. Ponadto trzeba uważać, bo jest rakotwórczy. Szczególnie twarde gatunki drewna są mniej lub bardziej rakotwórcze. Oczywiście mówimy o szlifowaniu, gdzie jest dosyć duże zapylenie. I oczywiście mówimy o suchym drewnie, bo mokre pyli minimalnie.

Lubię drewno oliwne, gdzie bardzo wiele się dzieje we wnętrzu i robinię akacjową, inaczej grochodrzew, która u nas nazywana jest akacją. Zarówno dąb, jak i robinia akacjowa ma jedną fajną właściwość, a mianowicie można w bardzo prosty sposób zmieniać kolor ich drewna, ponieważ zawiera sporo garbników.  Drewno wędzi się w roztworze amoniaku, w efekcie czego ma piękny czarny kolor. Nie jest w żaden sposób malowane, po prostu przebarwia się w całości, również w środku, robi się idealnie czarne. Można wędzić również inne drewno, które ma już mniej garbników i reaguje trochę gorzej na ten proces. Na przykład czereśnia się odbarwi, ale już nie w ten sposób, jak dąb i robinia.

Tworzyłeś kiedyś z czarnego dębu, który przebywał w ziemi lub wodzie przez setki lat, więc odbarwił się w sposób naturalny?

Tak. Dostałem kiedyś kawałek takiego dębu od kolegi. W Polsce jest go bardzo dużo, mimo że według prawa wszystko, co jest w ziemi należy do państwa, bo to jest wykopalisko. Ale tak naprawdę czarny dąb można kupić na wszystkich giełdach stolarskich czy w Internecie. Ja dostałem. Ludzie przysyłają mi różne kawałki, których nikt nie chce.

Drzewo, które kilkaset lat temu przewróciło się i leżało w wodzie lub torfie, bez dostępu powietrza i zrobiło się czarne – to kawał historii. Taki dąb bardzo często jest nie do końca czarny, tylko taki lekko brązowy, ale to też zależy od tego, ile lat leżał w ziemi lub wodzie i czy był jakiś dostęp powietrza. Sama świadomość faktu, że pracuję z tak starym materiałem jest dla mnie wyjątkowa. Często śmieje się, że przy obróbce takiego drewna słyszę głosy, głosy ludzi, którzy w jakikolwiek sposób byli związani z tym drzewem. Mam również prace, które wykonywałem ze starych kawałków przywiezionych ze wsi od rzeźbiarzy albo od ich dzieci czy wnuków, u których to drewno leżało np. czterdzieści lat. Kiedy ktoś mi mówi, że ten kawałek był w jego domu od zawsze, jeszcze u rodziców czy dziadków, to wiem ile historii za nim stoi. Wiąże się z nim duża ilość ludzi, którzy pod tym drzewem siedzieli, kiedy byli źli albo szczęśliwi, którzy jedli w jego cieniu, rozmawiali itd. To wszystko jest w tym drewnie. Czasami wręcz słyszę te historie, to znaczy oczywiście bardziej sobie je wyobrażam. Tak naprawdę to są losy wielu pokoleń. Za to też kocham drewno, właśnie za historię, którą ma w sobie.

Jest coś, za co go nie lubisz? Czasami się na niego wkurzasz?

Nie, wkurzam się na siebie, jeśli już. To ja nie jestem w stanie znaleźć w nim tego, co tam ukryte i nie potrafię nic z niego zrobić. Oczywiście kiedyś drewno na tym cierpiało, bo były takie epizody, że rzucałem nim w ścianę. Ale teraz już tego nie robię. Jeśli nie mogę czegoś skończyć, albo nagle mi się urwała myśl, to drewno ląduje pod stołem.

Dużo go tam masz?

Trochę. Ostatnio właśnie skończyłem trzy prace z tych kawałków spod stołu, ale jednocześnie chyba też trzy wylądowały w piecu, ponieważ wiedziałem, że już nic nie da się z nich zrobić, bo za daleko zaszedłem przy swoim poprzednim pomyśle, za bardzo zawęziłem jakiekolwiek możliwości. W zasadzie pozbawiłem siebie i ten kawał drewna jakiejkolwiek drogi. Wtedy takie rzeczy lądują w piecu, ale to jest rzadkie. Jestem zbieraczem drewna i mam problem z paleniem go, bo wydaje mi się, że każdy kawałek mogę wykorzystać, więc szkoda go spalić. Za domem mam duży skład. Ciągle znoszę nowe kawałki i myślę, że bez dostarczenia kolejnych starczyłoby mi ich spokojnie na kilka lat.

Kiedy bierzesz do rąk kawałek drewna, to od razu wiesz, jaki będzie ostateczny kształt, czy dowiadujesz się tego podczas toczenia?

Generalnie mam dwa cykle swoich prac. Oczywiście pojawią się też prace poza nimi, ale cykle są odpowiedzią na to pytanie. Pierwszy z nich nazywa się „Szukając”. Tworzę w nim w ten sposób, że nakładam kawałek drewna na tokarkę i szukam, bo na początku nie mam pojęcia, co będzie na końcu. Drugi cykl „Nierealne” to ten, w którym przed rozpoczęciem pracy mam pomysł w głowie. Oczywiście jest to jakiś zarys, który nie zawsze mi wychodzi jeden do jednego, bo drewno może mnie zaskoczyć. Okaże się na przykład, że w środku jest jakaś wolna przestrzeń, albo przerost kory, których nie byłem w stanie przewidzieć. I wtedy te plany trochę trzeba zmieniać. Ale generalnie są te dwa cykle, jeden kierowany bardziej przez drewno, które w dużym stopniu decyduje jaki będzie efekt końcowy i drugi kierowany przeze mnie od początku do końca.

Często moje prace są mocno rozczłonkowane. W części to jestem ja. Dużo prac, a nawet wszystkie prace z cyklu  „Nierealne” powstają wtedy, kiedy jest we mnie mnóstwo przemyśleń i emocji. Może to nie zabrzmi fajnie, ale zazwyczaj jest to ból. To jest coś, czego nie jestem w stanie wyrazić w inny sposób. Dlatego moje prace w większości są poniekąd surrealistyczne, bo te kształty to nie jest to, co głowa nam podpowiada, tylko emocje. Kiedy widzimy jakąś butelkę, to normalnie widzimy ją jako jeden kształt. U mnie ona jest w jakiś sposób rozczłonkowana. To jest coś, co jest we mnie. I właśnie plastyczne drewno pozwala mi wyrzucić z siebie nagromadzone emocje.

Wtedy przychodzi ulga, ukojenie?

Tak, na chwilę. Generalnie jest u mnie sinusoida, której szczerze nie cierpię. Sinusoida, w której przez chwilę, kiedy przekroczę już połowę tworzenia pracy, uzyskuję spokój. Wtedy przez moment jest dobrze i później zaczynam już myśleć o następnej rzeźbie. I wówczas znów lecę emocjonalnie w dół. Non stop towarzyszy mi dość mocne rozchwianie emocji. Jest taki moment, kiedy szukam, kiedy wiem, że mam coś w głowie i wiem, że muszę to zrobić, i usiłuję to poukładać oraz znaleźć odpowiedni kawałek drewna, by to wyrazić. To są chwile przepełnione wewnętrznym napięciem, kiedy w zasadzie chciałbym krzyczeć, ale wyrażam to, co czuję w inny sposób, czyli właśnie rzeźbiąc w drewnie.

A krzyczysz czasem?

Tak, krzyczę, płaczę, na przykład płaczę na wielu filmach. W czasach mojego dzieciństwa chłopcy byli uczeni, że faceci nie płaczą. Jeśli okazują emocje, to ewentualnie tylko złość. Przywalić mogą, ale płakać nie.

Pomimo swojego introwertyzmu spotkałeś w życiu wiele osób. Które z tych spotkań były dla Ciebie najważniejsze?

Trudne pytanie, bo trzeba nagle przewinąć całe życie i stwierdzić, co było najważniejsze. Tak naprawdę, każde spotkanie jest ważne, ale niektóre szczególnie, bo w jakiś sposób nas zdefiniowały. Na pewno bardzo ważna była dla mnie moja nauczycielka języka polskiego w szkole podstawowej – Pani Maria Duławska. Zawsze pozwalała nam na dowolność w interpretacji. Nie było sytuacji, w których musiałem coś odbierać w określony sposób, tak, jak pisano albo tak, jak ktoś to zinterpretował wcześniej. Takie podejście dawało wolność. Pani Maria czasami czytała nam swoje wiersze. To był zupełnie inny odbiór twórczości, ponieważ był komplet –  była twórczość i była osoba, która nam ją dawała. W momencie, kiedy czytamy utwory Kochanowskiego, czy cokolwiek innego, to nie mamy pełnego obrazu, to jest tylko wycinek. Pani Maria czytając swoje wiersze dawała nam część siebie. Myślę, że jej podejście i swoboda interpretacji, którą zapewniała w dużej mierze wpłynęły na mnie i na to, gdzie jestem dzisiaj. Kolejną niezwykle ważną dla mnie osobą jest niewątpliwie moja żona, która jest pierwszym odbiorcą wszystkich moich prac. Mam trudny charakter, zdecydowanie trudny. Kiedyś ktoś mi powiedział, że mnie można tylko albo kochać, albo nienawidzić. Moja żona mówi, że jak chcę, żeby ktoś mnie polubił, to się dzieje prawie natychmiast, ale jak nie chcę, żeby ktoś mnie polubił, to też się to dzieje od razu. Istotną rolę odegrała w moim życiu pani Ewa Wlazło, która jest absolwentką Akademii Sztuk Pięknych. W pewnym momencie bardzo mi pomogła, bo utwierdziła mnie w tym, że mogę z moimi pracami wyjść do ludzi. Wcześniej tylko siedziałem w garażu i tworzyłem. To mi dawało bardzo dużo, bo przynosiło spokój  i pomagało poradzić sobie z tym, co jest dookoła. Ale ona przekonała mnie, że to jest dobre, że to ma jeszcze inną wartość oprócz tej, którą ma dla mnie, że to jest część mnie, która może podobać się również innym. Dzięki naszej znajomości wyszedłem ze swoimi pracami do innych. Za jej namową poszedłem do pierwszej galerii, gdzie zaniosłem swoje bardzo drobne i takie podstawowe rzeczy użytkowe. Bardzo długo trzymałem się zdania, że to, co robię musi być użyteczne, to musi byś jakiś wazon albo miska. Uważałem, że moje prace są tylko wtedy ważne, kiedy można ich do czegoś użyć. To była ta moja niepewność i pewnie też jakaś niska samoocena, zarówno siebie, jak i tego, co robię. Dzięki namowom Pani Ewy z czasem przeszedłem do rzeczy, które nie są użytkowe. To było dla mnie bardzo trudne. Ciągle była we mnie ta druga osoba, z którą się kłóciłem. Stałem przed BWA, a ona mi mówiła „Po co”? To była ciągła walka wewnętrzna.

Ona jeszcze trwa?

Tak, np. zawsze kiedy mam jakieś wystąpienie, albo swój wernisaż. To są dla mnie trudne momenty, jestem wtedy bardzo często spięty. Oczywiście, gdy pojawiają się jakieś rozmowy, pytania, to jak najbardziej to robię, ale trudno mi rozmawiać z ludźmi. Oczywiście tego chcę, ale ja wtedy ze swojej strefy komfortu nie tyle wychodzę, co wybiegam nago na śnieg. Jestem złożony z wątpliwości i one są we mnie non stop. Nie ma czegoś takiego, że wstaję i mówię „jest świetnie”. Zdecydowanie nie.

Bywasz zadowolony ze swoich prac?

Czasami tak, ale szybko mi to mija. Za chwilę szukam dalej. Dla mnie ważniejsza jest droga niż cel. Bardzo lubię moment tworzenia, te chwile są naprawdę wspaniałe. Później przychodzi moment, kiedy już wiem, że muszę skończyć daną pracę, bo dalej będzie tylko gorzej.  

Długo trwa ten proces twórczy?

Myślę, że średnio około tygodnia. Oczywiście nie są to całe dniówki, ale kilka godzin dziennie. Trudniejsze prace zajmują więcej czasu. Często mam tak, że jeśli wymyślę jakąś pracę, to muszę ją zacząć robić od razu. Jeśli rozpocznę np. po tygodniu, bo brakowało mi czasu, to rzadko coś z tego wychodzi, bo wtedy to już nie są te autentyczne emocje, które miałem w sobie w tamtej chwili. Jeśli za długo je przetrzymam, to źle to służy mojej pracy. Mam głowę pełną pomysłów, ale żeby je zrealizować, to sam pomysł nie wystarczy. Muszę to czuć, muszę to wymyślić właśnie z tymi emocjami, to musi współgrać. To nie może być sam pomysł, który jest mocno fikuśny i przeczy prawom fizyki, tylko muszą temu towarzyszyć emocje.

Na swojej stronie internetowej zamieściłeś słowa Thomasa Mertona: „Sztuka pozwala nam jednocześnie odnaleźć się i zatracić”. Odnalazłeś się?

Nie, cały czas szukam i myślę, że całe życie będę szukać siebie i będę dowiadywać się nowych rzeczy o sobie. Obecnie, kiedy mogę wyrażać siebie poprzez sztukę, jest mi dużo prościej. Chociaż teraz mam taki moment, że zacząłem już dwie czy trzy prace i wiem, że to nie to. Jest jakiś trudny czas, może z powodu wyborów i tego wszystkiego, co się dzieje dookoła. Oczywiście, gdybym miał po prostu wytoczyć coś ładnego, żeby wszyscy powiedzieli, że to jest fajne, to nie byłoby problemu. Ale nie tego potrzebuję na ten moment. Jeśli wytoczę jakiś piękny popękany wazon, to nie będzie autentyczne, bo to nie jest to, co teraz jest we mnie. To co jest we mnie jest jakieś dziwne i mam nadzieję, że uda mi się to z siebie wyrzucić. Jestem bliżej siebie niż kiedykolwiek wcześniej, ale generalnie jestem zwolennikiem drogi, która sama w sobie wiele daje. Jeździłem bardzo dużo na rowerze. Ale nigdy nie jechałem do określonego punktu, np. do Krasnobrodu, żeby tam coś zobaczyć albo pospacerować. Jechałem do Zwierzyńca, robiłem kółko na rondzie i wracałem do domu, bo ważna była droga i te chwile, które w niej spędziłem. Robiłem np. 100 km bez schodzenia z roweru, bo najważniejsza była droga, a nie to, co mogę gdzieś zwiedzić. Chyba będę całe życie szedł i szukał.

Nadal jeździsz na rowerze?

Ostatnio mniej, bo zatraciłem się trochę w drewnie. Wszystko, co udało mi się osiągnąć wymagało strasznie dużo pracy. Korespondowanie z galeriami, wystawy, stworzenie strony i wiele innych rzeczy pochłania dużo czasu. Kiedyś w ciągu roku zrobiłem 10000 km na rowerze. To była w zasadzie moja codzienność, kiedy na godzinę czy dwie jechałem w drogę. Wtedy też miałem trochę inną wydolność organizmu. Brałem udział w Tour de Pologne amatorów w Arłamowie.  Od tego czasu zatraciłem się w drewnie i  ciężko mi jest wszystko pogodzić.

Dziękuję za spotkanie i życzę Ci spełnienia, o którym rozmawialiśmy.

Dziękuję bardzo.

fot. Romaniuk Fotografia

“Zrealizowano w ramach stypendium artystycznego Prezydenta Miasta Zamość”

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *