Spotkanie z Arturem Owczarskim

Artur Owczarski – podróżnik, autor książek i bloga, założyciel i właściciel wydawnictwa BookEdit. Przez wiele miesięcy podróżował po Chinach i USA, kilkukrotnie był w Afryce i Indochinach. Poznał prawie całą Europę. Autor trzech książek Droga 66. Droga Matka, o historii, legendzie i podróży (I wydanie 2019, II poszerzone wydanie 2023), Teksas to stan umysłu (2020) i Luizjańskie gumbo (2022). Od 2019r. honorowy obywatel miasteczka Bandera w Teksasie – drugiej najstarszej polskiej osady w USA i światowej stolicy kowbojów. Żeglarz, motorowodniak, posiada uprawnienia skippera i płetwonurka. Wielokrotnie był na safari, latał balonem nad pustynią Namib, awionetką nad deltą Okavanago i pływał z delfinami.

Mówisz, że jesteś uzależniony od podróży. Co jest w nich uzależniającego?

Droga. Mam silną potrzebę ruszenia w drogę i odkrywania świata. Podróżuję po świecie już ponad dwadzieścia lat, to mnie niezwykle wzbogaca i zmienia moją tożsamość. Kocham się uczyć, szczególnie od ludzi, których spotykam. Kiedy zacząłem pisać książki, to zauważyłem, że nie wystarcza mi takie zwyczajne podróżowanie w sensie przemieszczania się z miejsca na miejsce, zobaczenia czegoś i zachwycania się pięknem otaczającego mnie świata. Nigdy nie siedzę w hotelach, to jest dla mnie nierealne do zrobienia. Kupuję bilet na samolot, lecę w określone miejsce, gdzie czeka już na mnie wynajęte auto i ruszam w drogę. Właśnie tak podróżuję, czy to jest Afryka, Madera lub Teneryfa, zawsze mam samochód i codziennie jestem w innym miejscu. Właśnie to mnie kręci, jeżdżenie, rozmawianie z ludźmi oraz próba poznania i zrozumienia świata. Dużo podróżowałem po Europie. Kilkanaście razy byłem w Chinach. Kocham Afrykę oraz Stany Zjednoczone, które poprzez książki i filmy stały się, widoczną dla innych, częścią mojego podróżowania.    

Gdzie wyruszyłeś w swoją pierwszą dużą podróż?

To były Indochiny w 2004r. Odwiedziłem Kambodżę, Tajlandię i Laos. Już wtedy miałem ciągoty do pisania, bo po powrocie z tej podróży opublikowałem duży tekst do magazynu Dżentelmen. To był  duży, kolorowy magazyn w formacie A4. Potem przez wiele lat nie było go na rynku i niedawno wrócił. Opublikowałem wtedy tekst o Kambodży, między innymi o Angor Wat. Podczas tej podróży miałem też spotkanie z polskim dyplomatą konsulatu w Laosie, który opowiadał mi, jak żyje się w Laosie. Z tego spotkania również miał powstać tekst do publikacji, ale ostatecznie tak się nie stało. Później przez kilkanaście lat jeździłem z Chińczykiem po Chinach. Dzięki niemu miałem możliwość zobaczenia państwa, które jest bardzo trudno dostępne dla ludzi z Zachodu. Podróżowanie po tym kraju jest dla nas problemem ze względu na barierę językową, bo nikt nie mówi po angielsku, nikt nie rozumie naszego alfabetu. To generuje trudności z kupowaniem biletów na stacjach kolejowych albo wewnętrznych biletów lotniczych. Nawet jeżeli masz na kartce napisaną nazwę hotelu, to taksówkarz cię do niego nie zabierze. Wyobraź sobie, że w Polsce wykupisz sobie hotel w Pekinie, wydrukujesz jego nazwę i adres, wsiądziesz do taksówki, podasz ten wydruk kierowcy, a on nie będzie wiedział gdzie ma jechać.

I co wtedy?

Wtedy się dzwoni do swojego przyjaciela Chińczyka i prosi, żeby przez telefon powiedział kierowcy gdzie ma jechać. Miałem szczęście go mieć i kilkanaście razy zwiedzać z nim Chiny.

Jak się poznaliście?

W pracy. W 2004r. rozpocząłem swoją pierwszą działalność gospodarczą, sprzedawałem reklamowe powerbanki i pendrivy. W związku z tą działalnością jeździłem na targi odbywające się w całej Europie, ale również w Chinach, bo przez blisko dwadzieścia lat handlowałem z tym krajem. Przy okazji targów podróżowałem po tym kraju, mając za przewodnika rdzennego mieszkańca.

Zajmujesz się jeszcze tą działalnością?

Nie, teraz prowadzę wydawnictwo, piszę książki, robię filmy.

Porozmawiajmy o książkach. Podróżowałeś po wielu miejscach. Dlaczego piszesz akurat o USA?

Stany chwyciły mnie za serce, gdy pojechałem tam po raz pierwszy. Wybrałem się z dziećmi na wakacjach i wydawało mi się, że wyjeżdżam do jakiegoś rozszerzenia Europy. Tymczasem bardzo się zdziwiłem  tym, że to jest zupełnie inny świat. Po drugie, w Stanach nie ma dla mnie żadnej bariery językowej i pewnie jest mi łatwiej pisać o nich, niż chociażby o Czechach, bo nie znam czeskiego. Rozmawianie z ludźmi w ich języku, nawet jeżeli samemu się go kaleczy, otwiera ludzi zdecydowanie bardziej niż rozmowa w obcym dla nich języku. Nie da się prowadzić głębokich, wielogodzinnych rozmów i poznać dobrze drugiego człowieka za pośrednictwem tłumacza. Ponadto amerykańska kultura prowincjonalna bardzo mi się spodobała, jest wyjątkowa. Zresztą wszyscy jesteśmy jej częścią,  bo tak naprawdę to Amerykanie od kilkudziesięciu lat narzucają popkulturę na świecie, jak to zazwyczaj bywa z imperiami.

Kiedy po raz pierwszy poleciałeś do Stanów, to od razu trafiłeś na prowincję?

Najpierw to były wyjazdy turystyczne, rodzinne. Za pierwszym razem odwiedziliśmy Nowy Jork i Florydę, jak wszyscy, którzy myśląc o Ameryce wskazują palcem na mapie miejsca, które są znane każdemu. W 2018 roku wyruszyłem w podróż drogą 66, czyli też dość popularną trasą. Przejechałem nią od Chicago do Santa Monica  i w trakcie jazdy zobaczyłem prowincjonalną Amerykę. Była taka bajka „Pomysłowy Dobromir”, w której bohaterowi skakała mała piłeczka na głowie, kiedy wpadał na jakiś pomysł. Spotkało mnie mniej więcej to samo, kiedy jechałem drogą 66 i patrzyłem na świat, o którego istnieniu nie miałem pojęcia. Czułem, że chcę go zbadać i poznać. Wtedy miałem już w planie książkę o drodze 66, ale jadąc nią, wpadłem na pomysł napisania pozycji o Teksasie.

Będąc w Polsce zastanawiałem się o czym chcę pisać w tej książce i w wyniku poszukiwania tematów znalazłem informacje o miasteczku Bandera, które jest światową stolicą kowbojów. Napisałem do nich maila, bo okazało się, że to miasteczko założyli osadnicy ze Śląska. Zaprosili mnie do siebie, przyjęli mnie i przedstawili wielu ludziom. Zacząłem nawiązywać pierwsze koleżeńskie, a potem przyjacielskie relacje. Nawiązałem więzi i coraz bardziej wsiąkałem w tę kulturę. Teraz jeżdżę do Ameryki po to, żeby ją zwiedzać, ale też po to, żeby odwiedzać swoich przyjaciół i znajomych. Nie wiem, ile razy odwiedziłem już Teksas, ale cały czas mi mało. W ubiegłym roku byłem trzy razy, w czerwcu lecę znowu.

To jest takie miejsce na świecie, gdzie czujesz się najlepiej?

To jest miejsce, które jest moim drugim domem. Ale nie mówię o Houston, Dallas czy Austin, które są wielkimi miastami i gdzie nie czuję się dobrze. Mówię o prowincjonalnym Teksasie, gdzie czuję się świetnie.

Co jest takiego w tym rejonie i ludziach, że jest ci tam tak dobrze?

Teksas jest piękny przyrodniczo. Masz tam wszystko: bagna jak w Luizjanie, pustynię Chihuahua, wielkie równiny jak z „Tańczącego z wilkami”, Hill Country, który wygląda jak Bieszczady i nawet Zatokę Meksykańską jak na Florydzie. Tam jest wszystko, przede wszystkim przestrzeń. Europa jest ciasna. Kiedy wracam do Polski i wjeżdżam na autostrady, to mam wrażenie, że wszystko jest mniejsze, samochody, drogi, budynki. Oczywiście w małych teksańskich miejscowościach, tak samo jak u nas, są domy jednorodzinne z małymi działkami. Jednak istnieje również kultura ranczerska, gdzie ziemi jest znacznie więcej i gdzie masz swoje konie czy bydło. W Teksasie nawet jeżeli ktoś pracuje zawodowo w biurze i zarabia dobre pieniądze, ale ma ranczo, które ma spory areał i nie chce płacić podatków od tej ziemi, to może dostać ulgę agrarną, ale wyłącznie pod warunkiem hodowli zwierząt. Wyobraź więc sobie prezesa banku czy wysoko postawionego menadżera, który wraca do domu i ogarnia swoje krowy.

Chciałbyś mieć ranczo?

Bardzo.

Jeździsz konno?

Jeżdżę. Nauczyłem się właśnie tam. To jest kolejna rzecz, która bardzo podoba mi się w Teksasie. W Polsce, żeby pójść na konie trzeba wykupić lekcje jazdy konnej. Najpierw wezmą cię na lonży na padok. Potem będziesz jeździć na tym padoku, aż stwierdzą, że się nie zabijesz, a przede wszystkim nie zrobisz krzywdy koniu. Dopiero wtedy ktoś z tobą pojedzie do lasu. Będziesz musiała mieć na głowie toczek i jakieś ciuchy, które dobrze wyglądają, bo przecież jest cała moda jeździecka. W Teksasie wygląda to tak, że znajomi zapytają, czy jeździsz konno. Jeśli nie, to dadzą ci spokojnego konia i powiedzą, że jutro jedziemy w góry. Wsadzą cię na siodło, każą założyć kapelusz, bo słońce świeci, a krzakami możesz sobie porysować głowę i będziesz z nimi jeździć, aż to ogarniesz. Takie podejście jest moim zdaniem zdecydowanie zdrowsze.

Przede wszystkim wyczuwam w nim większe poczucie wolności niż u nas.

Tak, zdecydowanie większe. Myślę, że również ze względu na przestrzeń, którą mają tam przede wszystkim ludzie, którzy nie mieszkają w dużych miastach, tylko właśnie na ranczach. Tę wolność wyczuwa się nawet wtedy, kiedy słucha się piosenek country, w których śpiewają, że wieczorem przyjechali swoimi truckami na parking, pośmiali się, wypili piwo, a potem każdy wrócił na swoje ranczo. To jest zupełnie inne nastawienie do życia i stąd tytuł mojej książki Teksas to stan umysłu. Pytałaś wcześniej o tamtejszych mieszkańców. Ludzie są wszędzie tacy sami,  dobrzy i źli, pomocni i zawistni. Nie można powiedzieć, że są lepsi lub gorsi od nas. Natomiast kultura jest bardziej wolnościowa i to mi się tam bardzo podoba.

Coś cię tam bardzo zaskoczyło, czy raczej byłeś przygotowany na doświadczenie o nazwie Teksas?

Chyba w ogóle nie byłem przygotowany, wszystko mnie zaskoczyło. Kolejna rzecz to kultura. Znamy z Europy kulturę pubów, której w Polsce nie ma, ale jest na przykład w Wielkiej Brytanii, choć tam też umiera. Ale tam rzeczywiście, nawet w małych miejscowościach, były puby, w których spotykali się sąsiedzi. I tu nie chodzi o upijanie się, ale o to, żeby się spotkać, wypić jedno, dwa piwa, spędzić czas i pogadać. W małych miastach amerykańskich, to jest bardzo żywe. W każdej małej miejscowości jest coś, co nazywa się „knowledge tablet”. Przy takim „stole wiedzy” siedzą najczęściej dziadkowie, emeryci, zazwyczaj osoby sześćdziesiąt plus. To działa jak lokalny Internet. Codziennie wymieniają się informacjami, jedzą razem śniadanie, a potem każdy realizuje swój plan na dzień. Wyobraź sobie, że jutro rano wstajesz i idziesz, albo jedziesz samochodem – tam się raczej nie chodzi, bo są za duże dystanse – do miasteczka na główną ulicę, gdzie pani Zosia codziennie rano serwuje ci kawę z dzbanka, zamawiasz takie same jajka, jak zwykle i widzisz się ze swoimi koleżankami, ciągle tymi samymi, bo przez lokal przewija się około dwudziestu kobiet, które znasz i które pojawiają się w różnych konfiguracjach. I tak jest codziennie.  Mieszkam pod Warszawą i nikogo tutaj nie znam i nie ma tu miejsca, do którego chodziłoby się, żeby pogadać z ludźmi. W Banderze, gdzie mieszka 900 osób,  jest około dwudziestu restauracji i chyba cztery bary. I kiedykolwiek tam pójdziesz, to zawsze ktoś tam jest, zawsze kogoś spotkasz. Ci ludzie chcą spędzać ze sobą czas, z sąsiadami, ze znajomymi. To jest taka chęć socjalizacji, której u nas nie ma. Parady są kolejnym przejawem wspólnego celebrowania różnych okoliczności. W Banderze jest tych parad kilka w roku, na przykład z okazji karnawału czy Dnia Pracy. Wtedy wielu mieszkańców przyjeżdża samochodami albo na koniach. Niektórzy jadą na krowach i czerpią z tego przyjemność. Nie wyobrażam sobie, żeby w mojej miejscowości udało się co dwa, trzy miesiące zorganizować taką paradę i żeby ludzie chętnie, sami z siebie brali w niej udział  maszerując czy jadąc.

Dlaczego zostałeś honorowym obywatelem Bandery?

Trzeba o to zapytać Teksańczyków, niech się tłumaczą. Nie wiem. Sporo zrobiłem dla tego miasteczka, ale zdecydowanie później, a nie przed otrzymaniem tego wyróżnienia. W zeszłym roku dostałem cegłę  w chodniku z moim imieniem i nazwiskiem, co było dla mnie niesamowicie wzruszające. Tam jest już kilkadziesiąt osób uhonorowanych w ten sposób. W głównym rzędzie są osoby stamtąd, zasłużone dla Bandery lub mistrzowie świata w dyscyplinach rodeo. Po bokach są ludzie tacy, jak ja, którzy nie są mieszkańcami miasta, ale wnieśli coś do jego społeczności. I ja jestem wśród nich. Wydaje mi się, że naprawdę udało mi się wprowadzić do świadomości dużej liczby Polaków, którzy o tym wcześniej nie wiedzieli, że jest takie miejsce jak Bandera, które założyli Polacy – osadnicy ze Śląska.

Czy książką o Teksasie wyczerpałeś jego temat?

Zastanawiałem się nad tym. Nie mam w tej chwili pomysłu, jak mógłbym ugryźć to jeszcze raz. Bandera jest wyczerpanym tematem, szczególnie po zrobieniu o niej filmu „Światowa Stolica Kowbojów”. Myślę, że nic więcej nie mam do powiedzenia. Jeżeli w wyniku mojej działalności pojechała tam ekipa Dzień Dobry TVN i przygotowała materiał z moim przyjacielem Royem, to już więcej chyba nie zrobię. Taką „kropką nad i” był również materiał w Wiadomościach w listopadzie ubiegłego roku, kiedy dostaliśmy nagrodę Grand Prix na Festiwalu Losy Polaków. Relację z tego wydarzenia i moją wypowiedź ze sceny pokazano w sobotę w głównym wydaniu Wiadomości w TVP. Były urywki naszego filmu, cały materiał skupiał się na Banderze, kowbojach i potomkach Polaków. Średnio raz na dwa, trzy tygodnie wstaję rano i na Messengerze mam wiadomość od kogoś z Polski, kto właśnie podróżuje po Stanach i jest w Banderze, a pojechał tam dlatego, że przeczytał moją książkę albo jakiś artykuł lub wywiad, albo obejrzał film. Na premierze tego filmu w kinie Kinogram w Fabryce Norblina w październiku 2023r. było ponad sto osób. Cztery dni później jedna z nich zamieściła relację na Instagramie o swoim pobycie w Banderze. Tak się złożyło, że pojechała do Teksasu, kojarzyła już to miejsce, więc je odwiedziła. O to właśnie mi chodziło. Ważne było dla mnie, żeby przedstawić Banderę Polakom, Zarówno książka, jak i film już zawsze będą się gdzieś przewijać w polskiej kulturze. Ludzie ludziom o tym mówią, to już się dzieje poza mną. Fajnie jest dostawać wiadomości od Polaków mieszkających w USA, którzy specjalnie wybrali Banderę na swoją destynację albo ludzi, którzy jeżdżą na wakacje i będąc przejazdem w Teksasie specjalnie zaglądają do tego miasteczka. To jest efekt wielu lat mojej pracy i bardzo mnie to cieszy.

I po Teksasie zrodził się pomysł na książkę o kolejnym stanie?

Tak, potem pojawił się pomysł na Luizjanę. Moim zdaniem to jest strzał w dziesiątkę, bo to niezwykle ciekawe miejsce, bardzo różnorodne kulturowo i zupełnie inne niż Teksas.  Jestem dumny z tej książki najbardziej, bo udało mi się dotknąć ważnych tematów. Pisząc bardzo dużo się uczę. Napisałem rozdział o segregacji rasowej i sam byłem zdumiony, czego się dowiedziałem i czym mogę się podzielić. Rozmawiałem z ludźmi, którzy jej doświadczyli, bo to nie jest tak, że segregacja rasowa gdzieś, kiedyś była. Ludzie sześćdziesiąt plus dokładnie pamiętają, jak nie mogli wejść do parku albo do toalety, więc to jest wciąż żywe. Dotknąłem ludzi, którzy mieli styczność z Martinem Lutherem Kingiem, czy ludzi, których potomkowie musieli uciekać, bo chciano ich zlinczować. Spotkałem prawdziwych myśliwych, którzy całe życie żyją z polowań na bagnach i spędziłem z nimi kilka dni na bagnach. Dotknąłem życia wielkiego potentata w produkcji trzciny cukrowej, największego posiadacza ziemskiego w Luizjanie, u którego mieszkałem dziewięć dni. Próbowałem lokalnej kuchni, którą przedstawił mi facet, który gotował dla Busha. Rozmawiałem przez trzy godziny, zamknięty sam na sam z kapłanką Voodoo w świątyni Voodoo. Dyskutowaliśmy o egzystencji, Bogu, sensie. I tak dalej. To była niezwykła przygoda z niesamowitymi spotkaniami.

Jakie znaczenie mają dla Ciebie te spotkania?

Myślę, że pisanie książek i podróże do Stanów bardzo mnie zmieniły i niezwykle wzbogaciły moje życie. Może to jest frazes, ale im mniej podróżujesz, tym masz węższy punkt widzenia, im więcej podróżujesz, tym on się poszerza. Oczywiście są różne formy podróżowania. Jest siedzenie w hotelu i ewentualne jeżdżenie na wycieczki fakultatywne, co nie poszerza horyzontów w żaden sposób. Jest podróżowanie samotne, gdzie trzeba się mierzyć z przeciwnościami i załatwianiem wszystkich koniecznych spraw. I jest podróżowanie do ludzi, by ich poznać i rozmawiać z nimi. I to jest chyba możliwe tylko i wyłącznie wtedy, kiedy pisze się książki. Trudno zaczepić na środku Nowego Orleanu człowieka i powiedzieć: „Porozmawiaj ze mną, powiedz mi, czym dla ciebie jest wolność”. Raczej nikt nie poświęci na to czasu. Natomiast jeżeli jedziesz i mówisz, że piszesz książkę, nawet już nie pierwszą i chciałbyś porozmawiać, to zaczynają otwierać się drzwi. Wtedy zaczynasz podróżować w sposób zupełnie wyjątkowy, bo ci ludzie zaczynają opowiadać o tym, jak postrzegają rzeczywistość, jak wygląda ich świat, co myślą o współczesnym świecie, co myślą o stylu życia, który prowadzą, jaki styl życia odrzucają, itd. Kręcąc film o Banderze zadałem dwudziestu osobom pytanie o to, czym jest dla nich wolność. Na co dzień nie zadajemy sobie takich pytań, nie prowadzimy takich rozmów. Kiedy realizujesz rozmowy do filmu czy książki, zaczynasz słuchać ludzi w tematach, które de facto są dla nas bardzo ciekawe i bardzo ważne, a o których na co dzień nie rozmawiamy. To jest otwarcie światopoglądu i umysłu, które jest możliwe dzięki takiemu podróżowaniu.

Czym dla Ciebie jest wolność?

Niezależnością w wyborach i podejmowaniu decyzji. Jeżeli jesteś w anturażu kowbojskim i pytasz kogoś o kowbojski styl życia, to on odpowie, że właśnie taki styl życia jest dla niego synonimem wolności. Jeśli będziesz rozmawiać z kierowcą rajdowym, to on powie, że synonimem wolności jest usiąść za kierownicą w Formule 1 i pędzić trzysta kilometrów na godzinę na zakręcie. I mają rację. Natomiast ogólnie, to jest właśnie niezależność, o której powiedziałem. Oczywiście tę niezależność ograniczają nam dzieci, praca, zdrowie, kasa. Wszystko nam tę wolność ogranicza. Nikt nie jest wolny w stu procentach. Ale z drugiej strony praca, którą podejmujemy, dzieci, które mamy, to są nasze wybory.

Rozmawialiśmy o ludziach, których spotykasz podczas swoich podróży. Jakie spotkania były tymi najważniejszymi w Twoim życiu?

Pierwszym najważniejszym spotkaniem było spotkanie z moim dziadkiem. On już nie żyje, ale nie będę o nim opowiadał, bo to bardzo prywatne.

Drugie najfajniejsze spotkanie to poznanie Jima, czyli Chińczyka, z którym robiłem interesy przez dwadzieścia lat. Dzięki niemu byłem w stanie zbudować biznes, osiągnąć pewien sukces i realizować marzenia. Dodatkowo mogłem z nim zwiedzać Chiny. poznaliśmy się w bardzo młodym wieku. Żaden z nas nic nie miał i razem zbudowaliśmy coś fajnego. To partner biznesowy, który odmienił moje życie.

Trzecie najważniejsze spotkanie jest związane z Banderą. Dwoje ważnych ludzi – Eleonora Dugosh i Roy Dugosh, które otworzyli przede mną Teksas, otworzyli mi oczy na zupełnie inny świat. Przedstawili mnie ludziom i tak naprawdę pozwolili mi rozpocząć tą wielką przygodę, jaką było odkrywanie Teksasu, amerykańskiej prowincji, pisanie książek i wreszcie zrobienie filmu o Banderze, bo przecież film zrobiłem z Royem, który przedstawił mnie amerykańskiemu filmowcowi Dakocie Wortmanowi, reżyserowi tego filmu. Ta przygoda cały czas trwa.

Kolejne ważne spotkania przede mną.

Znajomości teksańskie trwają, a utrzymujesz kontakty ze swoim chińskim wspólnikiem?

Rzadko ale tak. Mam ochotę kiedyś wsiąść w samolot, wylądować, zapukać do jego drzwi i powiedzieć: „Pakuj plecak, gdzieś pojedziemy, coś zrobimy, bo dawno się nie widzieliśmy”.

Będzie Twoja kolejna książka o Stanach?

Może, ale nie jestem jeszcze pewien. Lecę do Stanów, żeby przejechać się po Arizonie i  Nowym Meksyku. Jestem na etapie badania tego tematu, ale jeszcze nie podjąłem decyzji. Jeśli się zdecyduję, to chciałbym połączyć Nowy Meksyk i Arizonę w jednej książce. Jak wiesz, nie piszę przewodników. Droga 66 to jest jedyna książka, która ma znamiona przewodnika, bo można się tam dowiedzieć o różnych miejscach i o tym, jak do nich dojechać. Teksas to stan umysłu już taką książką nie jest, a Luizjańskie gumbo już zdecydowanie nią nie jest. Teraz szukam jakiegoś złotego środka. Nigdy nie pisałem o Indianach. Próbuję się umówić z prezydentem Nawahów. Pisałem do niego  kilka razy, ale jeszcze mi nie odpisał. Jeśli zdecyduję się na tę książkę, to chyba będą to ostatnie stany, o których napiszę. Czuję, że muszę się trochę oderwać od tego kraju. Starzeję się, trzeba ruszyć w świat. Czas ucieka a jest jeszcze tyle miejsc, które chciałbym zobaczyć.  

Jakie to miejsca?

Ameryka Południowa i Afryka. Nigdy nie byłem w Ameryce Południowej i cały czas mam niedosyt Afryki, mimo że byłem tam wielokrotnie.

Podróżujesz po Polsce?

Bardzo dużo. Jeżdżę tak często, jak tylko mogę. W ostatni weekend byłem w Ostródzie, w najbliższy jadę na Mazury. W maju wybieram się w podróż rowerową po Jurze Krakowsko-Częstochowskiej, w czerwcu planuję Zakopane. W sposób szczególny lubię Mazury, gdzie stawiam właśnie kilka domów, które zamierzam wynajmować gościom. 

Będziesz pisać o innych podróżach niż te do USA?

Raczej nie. Nie wiem, czy w ogóle będę jeszcze pisać. To nie jest moja misja życiowa. Przez dwadzieścia lat prowadziłem biznes, od pięciu lat piszę książki, prowadzę wydawnictwo i zacząłem robić filmy. Myślę, że przyjdzie następny etap. Życie jest krótkie, ale strasznie ciekawe i jak się czymś zapalę, to staram się być w tym najlepszy. Potem przychodzi czas zmiany i wydaje mi się, że to jest niesamowite, żeby umieć wybić się z torów, w których się funkcjonuje, przestawić się na nowe tory, a potem znowu wyjść ze swojej strefy komfortu i iść jeszcze gdzieś indziej. Myślę, że to jest moja droga.

Napisałeś na swojej stronie, że życie jest drogą, a Ty swojej nieustannie szukasz.

Tak, ale nie na zasadzie, że czuję jakąś tęsknotę, poszukuję siebie i nie mogę znaleźć. Mam na myśli coś innego. Byłem w butach właściciela firmy, który zatrudniał kilkadziesiąt osób. Teraz jestem w butach gościa, który pisze książki i chce robić filmy. Za pięć lat mogę być w zupełnie innych butach i dobrze mi z tym, a nawet bym tego chciał, bo umierając, chciałbym powiedzieć: „Działo się”.

Na razie dzieje się filmowo, więc wróćmy do filmów. Jak doszło do powstania filmu o Banderze?

Po napisaniu książki o Teksasie od razu chciałem zrobić film o Banderze i minęło pięć lat, zanim się ku temu stworzyła sposobność i pojawili się ludzie, którzy chcieli się w to razem ze mną zaangażować. W życiu bym tego nie zrobił sam. Chyba zabrakłoby mi determinacji, żeby wydać kilkadziesiąt a nawet sto tysięcy złotych na realizację tego pomysłu i nigdy tych pieniędzy nie odzyskać. Ale udało mi się przekonać dwóch ludzi do tego, że warto i zrobiliśmy to we trzech, własnym sumptem. Byłem w tym projekcie odpowiedzialny za wywiady i przeprowadziłem wszystkie rozmowy z bohaterami. W dużej części miałem wpływ na to, co powstało. Ostatecznie to Dakota decydował, co umieścić w filmie a czego nie, to on na koniec dnia kleił wszystko i de facto stworzył tą historię, bo on trzymał kamerę. Ale wziął pod uwagę wiele moich wskazówek. Niedługo lecę do Stanów, żeby w tym samym składzie, czyli z Royem i Dakotą kręcić drugi film.

O czym on będzie?

O depresji, a raczej o radzeniu sobie z nią. Mam dwóch zdumiewających bohaterów, z każdym z nich spędzę trzy dni, więc przede mną razem sześć dni rozmów. Już teraz wiem, że po tej podróży wrócę zupełnie inny. Przeczytałem książki moich bohaterów, rozmawiałem z nimi, wymieniałem się poglądami z jednym z nich. To są niezwykłe postacie. Mam nadzieję, że dzięki temu filmowi będą w stanie trafić ze swoim przekazem do szerszej grupy ludzi, bo to, co mają do powiedzenia, jest wyjątkowe.

Możesz coś o nich powiedzieć?

Jeden mieszka w Nevadzie, blisko Kalifornii. Jest  wielką gwiazdą NGL, był jednym z najlepszych bramkarzy hokejowych na świecie. Któregoś razu na lodowisku  ktoś podciął mu gardło łyżwą. Cała telewizja amerykańska to pokazywała. On już od  wielu lat zmagał się z depresją, stanami lękowymi i zachowaniami kompulsywnymi. Po tym wypadku wrócił do gry już po dziesięciu dniach, zgodnie z zasadą „cowboy up”, czyli co cię nie zabije, to cię wzmocni. Kiedy skończyła się jego kariera, nasilały się w nim stany depresyjne i lęki. Któregoś dnia był w swojej siodlarni, pod wpływem alkoholu. Jego żona wróciła z pracy, on wstał z krzesła, spojrzał jej w oczy, wziął rewolwer i strzelił sobie w głowę. Co ciekawe, kula utknęła mu za okiem i ma ją tam nadal. Z racji tego, że był słynnym sportowcem i doświadczył ekstremalnych rzeczy, sporo opowiadał w mediach o swojej historii, próbie samobójczej i radzeniu sobie z depresją. Na końcu swojej książki pisze, że ogarnął się, nie ma ochoty się zabić, jest świadomy swoich problemów, ale jednak stany depresyjne nadal do niego wracają i wie, że musi sobie z nimi radzi.

Kim jest Twój drugi bohater?

Matt ma sześćdziesiąt kilka lat i mieszka w Utah. W wieku szesnastu lat został przejechany przez swój własny samochód, stał się inwalidą, który mógł ruszać tylko lewym ramieniem. W wyniku wielu lat rehabilitacji usiadł na wózku. Górną część ciała ma sprawną. Obecnie jest bardzo wziętym rzeźbiarzem, który sprzedaje swoje rzeźby za dwadzieścia, trzydzieści tysięcy dolarów. Jego prace stoją w różnych miejscach, między innymi na prywatnych ranczach. Robi niesamowite rzeczy używając części wyrzuconych maszyn, zardzewiałych metalowych elementów. Podwiesza się na wózku inwalidzkim do sufitu swojego warsztatu i spawa naturalnej wielkości konie albo krowy. Przeczytał dziesiątki książek filozoficznych i ma bardzo dużo do powiedzenia o tym, jak należy nawigować depresją. Uważa, że z depresją nie można walczyć, bo można przegrać, więc trzeba nią nawigować i o tym będziemy rozmawiać w naszym filmie.

Jak dotarłeś do tych ludzi?

Jedna z rzeźb Matta znajduje się  na ranczo mojej znajomej w Banderze. Kiedy byłem na wakacjach w Utah, to odezwała się do mnie na Facebooku z propozycją, żebym odwiedził Matta, bo na pewno się polubimy i tak się poznaliśmy. Hokeista to mąż córki Eleonory, czyli osoby, która mnie wprowadziła do Teksasu.

Dlaczego chcesz rozmawiać o depresji z Amerykanami?

Depresja dotyka wszystkich, ten sam problem jest na Podlasiu i w Teksasie. To temat ważny i na czasie. Moi bohaterowie są Amerykanami. Dlaczego nie? Chcę zrobić coś, co będzie miało szansę trafić do ludzi nie tylko w Polsce i myślę, że to jest dobry kierunek. Mam takie możliwości, czyli są ludzie, którzy chcą to ze mną zrobić w Stanach  i znam dwie wyjątkowe postacie, które mają dużo do powiedzenia na ten temat. Czasami los sam podtyka tematy, trzeba je tylko zrealizować.

Nie kusiło Cię, żeby mieć więcej bohaterów w tym filmie?

Kusiło, myślałem o pięciu bohaterach. Ale w wyniku rozmów z moimi współtowarzyszami tego projektu  uznaliśmy, że te dwie osoby mają taką charyzmę i tak niesamowite historie, że nie potrzebujemy więcej. Niedługo lecę do Stanów na zdjęcia i film powinien być gotowy jesienią tego roku. Nie mogę się doczekać. Pierwszy film robiłem dla miasta i dla ludzi, którzy tam mieszkają. Drugi będzie o ważnym problemie i mam nadzieję, że to będzie mała perełka.  

Masz pomysł na kolejny film?

Nie, w tej chwili skupiam się tylko na tym. Praca nad tym filmem o Banderze, nagrywanie wywiadów, potem wybieranie fragmentów, analiza materiału i sklejanie go to niesamowite doświadczenie. Prezentowanie go podczas premiery w Warszawie, potem w Strzelcach Opolskich, spotkania w mediach i opowiadanie o tej całej historii, to wszystko była wielka przygoda, która w zeszłym roku determinowała większość mojego czasu. Po tym, co się działo widzę, że zainteresowanie filmem jest zdecydowanie większe niż książkami, więc może to już ostatni mój film, a może nie. Drogi się otwierają, czasami zupełnie niespodziewanie, trzeba być cierpliwym. Oczywiście trzeba działać, bo jak siedzisz i nic nie robisz, to na pewno nic się nie zadzieje. Książki i filmy to wielka przygoda mojego życia.

Przygotowując się do pisania książek podróżujesz samotnie po Teksasie czy Luizjanie. Lubisz podróżować sam?

Towarzystwo w podróży, nawet najbliższych osób, zawsze w jakiś sposób ogranicza, utrudnia dotarcie do nowych osób i skupienie się na nich. Samotność otwiera wiele drzwi, łatwiej przekonać ludzi, żeby pokazali kawałek swojego życia, opowiedzieli o sobie i swoim postrzeganiu świata. W samotnych wyjazdach sam wybieram kierunki i mogę się na nich skupiać tak długo, jak tego potrzebuję. Nie planuję wszystkiego wcześniej, bo nigdy nie wiem gdzie poprowadzi mnie ciekawość i gdzie zakończę dzień.

Samotna podróż to możliwość większego otwarcia na ludzi i spotkania z nimi. Wielu z nas unika jednak takiego sposobu. Dlaczego?

Ze strachu. W ogóle uważam, że 90% naszego działania determinuje strach. Pytanie, jak sobie z nim radzimy. Strach jest wszędzie, towarzyszy decyzjom typu: zostawić niewygodnego partnera, zmienić pracę, ruszyć w podróż, przemeblować dom, zmienić adres zamieszkania, porozmawiać szczerze z dzieckiem, itd. Ludzie, którzy lepiej ogarniają strach, prowadzą ciekawsze życie.

Jaki jest Twój sposób na ogarnianie strachu?

Nie przejmować się porażkami. Każdy zalicza glebę raz na jakiś czas.

Kiedy Cię słucham, trudno mi sobie wyobrazić, że kiedyś się zatrzymasz.

Nie zatrzymam się, nie umiem siedzieć w miejscu. Padnę w biegu.

Może na koniu w Twoim ukochanym Teksasie.

Oby szybko i sprawnie.

Życzę Ci wspaniałych dróg, które zawsze będą się przed Tobą otwierać i bardzo dziękuję za rozmowę.

Również dziękuję.

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *