Spotkanie z Ewą Woydyłło-Osiatyńską

Ewa Woydyłło-Osiatyńska – absolwentka historii sztuki na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. Ukończyła podyplomowe studia dziennikarskie na Uniwersytecie Warszawskim oraz psychologię w Antioch University w Los Angeles. Tytuł doktora psychologii uzyskała na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. Wykładała na KUL, Uniwersytecie Łódzkim, Uniwersytecie Warszawskim Collegium Civitas i Akademii Pedagogicznej w Krakowie. Przez wiele lat pracowała w Ośrodku Terapii Uzależnień Instytutu Psychiatrii i Neurologii w Warszawie. W Fundacji im. Stefana Batorego kierowała Regionalnym Programem Przeciwdziałania Uzależnieniom. Przyczyniła się do rozpowszechnienia w Polsce leczenia uzależnień według modelu Minnesota opartego na partnerstwie specjalistów i ruchu Anonimowych Alkoholików. Działa w Kongresie Kobiet i Fundacji ABC XXI „Cała Polska czyta dzieciom”. Autorka wielu książek m.in.: Wybieram wolność, czyli rzecz o wyzwalaniu się z uzależnień, Podnieś głowę, Sekrety kobiet, W zgodzie ze sobą, My – rodzice dorosłych dzieci, Rak duszy: o alkoholizmie, Buty szczęścia, Bo jesteś człowiekiem, Dobra pamięć, zła pamięć. Odznaczona Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski nadawanym przez Prezydenta RP. Za pracę z uzależnionymi w więzieniach uhonorowana odznaczeniem Ministra Sprawiedliwości. Wyróżniona przez „Tygodnik Powszechny” Medalem Świętego Jerzego za osiągnięcia w dziedzinie terapii i profilaktyki uzależnień.

Jakie były najbardziej znaczące spotkania w Pani życiu?

Z całą pewnością ze wszystkich ludzi, których spotkałam największą rolę odegrała moja mama. Wszystko, co dobrego zdarzyło mi się w życiu zawdzięczam jej. Nauczyła mnie dobrze żyć. Wychowywała mnie sama w powojennym Szczecinie, gdzie wszyscy byli przybyszami z ziem kresowych, najwięcej matek z dziećmi. Ojców prawie w ogóle nie widziałam. Dorastałam wśród zaradnych i samodzielnych kobiet, więc sama też taka jestem. Chodziłam do żeńskiej szkoły, gdzie uczyły przedwojenne nauczycielki, bo przecież Szczecin zaraz po wojnie nie miał swojej kadry. Szkoła była bogata w rozmaite oferty, głównie sportowe i artystyczne. Więc zarówno mój dom, jak i moja szkoła zapewniły mi urozmaicone i pogodne dzieciństwo.

To była szkoła świecka?

Tak, normalna państwowa „jedenastolatka”. Moja mama była agnostyczką, do kościoła nie chodziłyśmy. Od mamy dowiedziałam się jednak wiele o różnych religiach podczas naszych spacerów do istniejących w Szczecinie kościołów, m.in. do zboru ewangelickiego czy leżącej w gruzach synagogi. Mama była biologiem, tata lekarzem i ja wychowywałam się w „modelu przyrodniczym”. Wszystko dzieje się w zgodzie z naturą, człowiek starzeje się i umiera tak samo, jak rośliny i zwierzęta dookoła. Dla mnie duchowość nie potrzebuje religii. Rozumiem przeżycia duchowe jako doświadczanie uczuć wyższych, a uczucia wyższe to miłość, przyjaźń, tęsknota, życzliwość, czułość, piękno, dobro i rozmaite wzruszenia. We mnie na przykład muzyka wzbudza najgłębsze uniesienia i olśnienia, tak samo poezja, sztuka no i piękno przyrody.

W którym roku trafiłyście do Szczecina i dlaczego akurat tam?

Po wojnie, w listopadzie 1946 roku, po sześciu latach w Kazachstanie. Cała rodzina i moi rodzice przed wojną żyli w Wilnie i innych miastach kresowych, więc w powojennej Polsce nie było już naszego domu. Dowiózł nas do Warszawy transport repatriacyjny z ZSRR. Przy stoliku na Dworcu Wschodnim zapytano mamę: „Dokąd pani chce jechać?”. A ona z małą dziewczynką i jedną walizką wybrała Szczecin, bo z geografii pamiętała, że to jest dziwne miasto  nadmorskie oddalone od morza o kilkadziesiąt kilometrów. W Szczecinie od razu dostałyśmy mieszkanie i mama zaczęła pracować szkoląc nauczycieli, a ja zaczęłam uczęszczać do szkoły.

Odczuwała Pani samotność związaną z całkowitym brakiem rodziny?

Chyba nie, ale faktycznie nie lubiłam zostawać sama w domu, gdy mama wyjeżdżała na hospitacje, czasem na 2-3 dni. Pracowała również w domu, a wtedy musiałam być cicho. Ale miałam radio. Jestem jedynaczką, więc ciągnęło mnie zawsze do ludzi. Miałam dużo koleżanek w szkole i w sąsiedztwie. Mama też była blisko i jak sięgam pamięcią, wprowadzała również mojego nieobecnego tatę do naszej codzienności.

Jak to wyglądało?

W domu zawsze były jego zdjęcia, które zostały z czasów wojny. Podobno jestem bardzo podobna do taty i mama często te nasze podobieństwa podkreślała. Na przykład budziła mnie do szkoły, a ja prosiłam: „Mamo jeszcze nie, mamo poczekaj, muszę dośnić”. I mama wtedy odpowiadała: „No, coś podobnego. Wiesz, że twój tatuś tak mówił, kiedy go rano budziłam”. Albo podkreślała, że chodzę identycznie jak on. Gdy zapytałam co znaczy słowo „ekscentryczny”, odparła, że ojciec był ekscentrykiem i przytoczyła na dowód kilka zabawnych opowieści. Słuchałam tego wszystkiego z zachwytem i zapragnęłam być taka, jak on. Nigdy nie miałam poczucia, że go nie ma. Zresztą obie wierzyłyśmy, że jeżeli przeżył wojnę, to pewnego dnia nas odnajdzie i wróci. Nie wiedziałyśmy, co się z nim stało.  Poszukiwania przez Czerwony Krzyż okazały się bezskuteczne. Dopiero po latach, gdy już mama nie żyła, znalazłam nazwisko taty na liście oficerów zamordowanych w Starobielsku. W dzieciństwie jednak nie odczuwałam jego braku, bo on mi w pewien sposób stale towarzyszył. Gdy ktoś niezapowiedziany pukał do drzwi, to ja zawsze sprawdzałam przed lustrem, jak wyglądam myśląc, że to może tata. Miałam już chyba pięćdziesiąt lat i wciąż mi się to zdarzało. W jakiś metafizyczny sposób ojciec zawsze był i jest obecny w moim życiu. Jest kimś, kogo znałam tylko z opowiadań mamy, ale opowiadań pełnych takiej miłości, że udzieliła się ona także mnie.

Ze Szczecina wyjechała Pani na studia do Poznania.  

Chciałam studiować na Uniwersytecie, a w Szczecinie go nie było, więc pojechałam do Poznania, gdzie ukończyłam historię sztuki. Od razu wynajęłam pokój i bardzo szybko do tego pokoju wprowadził się chłopak, a potem byli inni. Po okresie zdominowanym przez kobiety nastał czas spotkań z chłopcami. Już od wczesnej młodości interesowali mnie intelektualiści i ludzie z pasją. Nie lubiłam być traktowana „po kobiecemu”, nawet podanie płaszcza mnie denerwowało. Zakochiwałam się w chłopakach, potem mężczyznach, którzy byli pochłonięci twórczością i pracą. Moje spotkania z mężczyznami były w sensie rozwojowym zawsze ciekawe, choć przeważnie niezbyt trwałe. Moje pierwsze małżeństwo z profesorem malarstwa nie przetrwało tygodnia. Ale dwa późniejsze już się sprawdziły. Najdłuższy był związek z trzecim mężem – Wiktorem Osiatyńskim.

Dlaczego?   

To była wielka miłość, ale ponieważ była trudna, to dzięki niej nauczyłam się mnóstwa rzeczy, które są w życiu ogromnie przydatne. Na przykład, w jaki sposób się dostosowywać do drugiego człowieka i w jaki sposób w ogóle zaakceptować kompletną odmienność. To spotkanie nie było takie jednoznaczne, bo ze względu na nałóg Wiktora nie od razu byliśmy razem. Po leczeniu w ośrodku odwykowym w Ameryce skutecznie przestał pić i wtedy dopiero zaczęliśmy wspólne życie. Spotkanie dwóch osób tak zupełnie różnych było fascynujące. Dużo podróżowaliśmy, rozmawialiśmy, oboje pracowaliśmy i mieliśmy wiele wspólnych tematów. On był niebywale interesującym i twórczym myślicielem.

Osobami niezwykle ważnymi dla mnie są również moje dzieci. Mam dwie córki, każda jest inna, ale obie są źródłem mojej wielkiej dumy i wdzięczności. Uwielbiam też ich synów, czyli moich dwóch wnuków, którzy dzięki swoim matkom ucieleśniają dwie dla mnie najwspanialsze cechy człowieka: wielki umysł i wielkie serce. Nie jedno albo drugie, lecz jedno i drugie, razem. Takich kobiet znam wiele, natomiast taki mężczyzna to wciąż jeszcze rzadkość, w każdym razie nad Wisłą.

Jest Pani osobą niezwykle aktywną. Co sprawia, że ciągle chce się Pani chcieć?   

Moja mama taka była. Taki był zawsze mój dom, każdy — w dzieciństwie i później. Nigdy nie widziałam mamy w ciągu dnia w łóżku. Nigdy też nie widziałam jej płaczącej. Mimo wstrząsających przeżyć w czasie wojny zawsze mi powtarzała, że miałyśmy szczęście, bo na Kazachstanie wojny nie widziałyśmy. Miała pogodne podejście do życia. I była zawsze aktywna. Takich ludzi lubię. Czasami ktoś mi mówi, że dużo pracuję, muszę więc być zmęczona i powinnam odpocząć. Ale przecież ja odpoczywam – dzisiaj grałam w tenisa, jutro jadę do Radziejowic na wystawę. Nie wyobrażam sobie, że siedziałabym na kanapie oglądając seriale.

Po czterdziestym roku życia, gdy niektórzy zaczynają już odliczać lata do emerytury, Pani rozpoczęła studia psychologiczne.

Tak, a później wiele kobiet namówiłam także na studia w drugiej połowie życia. Kobietom, które np. rozstają się z mężem, mają jakieś konflikty czy problemy z dziećmi, mówię: „Kobieto, zrób sobie lepsze życie”. Studiowanie pomaga na trudne czasy i na problemy rodzinne, i kobiety świetnie się w tym sprawdzają.  

Pani studiowanie też było sposobem na trudny czas?

W pewnym sensie tak. W Ameryce nie miałam pozwolenia na pracę, więc zaczęłam się nudzić i żebym nie uciekła do Polski, mój mąż namówił mnie na studia w uczelni, w której gościnnie wykładał. Z początku miałam tremę, bo to jednak były studia w obcym języku. Ale okazały się w sumie fantastyczną przygodą. Zresztą wcale nie byłam najstarsza na roku. W Ameryce wiele kobiet po odchowaniu dzieci wraca na uczelnię i dorabia sobie albo nowy kierunek, albo doktorat, albo po prostu ciekawie spędza nadwyżkę wolnego czasu. Po wielu latach pracy w zawodzie psychologa wiem, że wszystko co robiłam zawodowo łączy się ze sobą i moje wcześniejsze fakultety też się przydają. A samo studiowanie po czterdziestce to zupełnie inne doświadczenie niż takie zwykłe przedłużenie szkoły.

Jest bardziej świadome?

Tak, tym bardziej, że wybrałam sobie psychologię kliniczną, czyli pracę z ludźmi, w dodatku nadwrażliwymi, dotkniętymi różnymi zaburzeniami psychicznymi i emocjonalnymi. Uważam, że na tę specjalizację nie powinno się przyjmować ludzi zbyt młodych, poniżej 30-35 roku życia. W tej dziedzinie pracuje się sobą. Wyobraźmy sobie, że pacjent ma za sobą cztery lata więzienia, dwa rozwody, dzieci oddane do adopcji, a przychodzi dwudziestoczterolatka i próbuje rozmawiać o problemach, o których nie ma zielonego pojęcia. To nie jest możliwe i nie dlatego, że źle nauczono ją psychologii, tylko taka osoba ma nie tylko prawo nie rozumieć ludzi, ale wręcz obowiązek. Psychoterapeuta pracuje głównie sobą i swoim doświadczeniem, nie metodą. Musi bardzo często wchodzić w rolę, którą uzasadnia sytuacja. Do tego potrzebne jest doświadczenie życiowe. Jego brak bywa często przyczyną wypalenia zawodowego.

Jak udaje się Pani uniknąć tego wypalenia?

Muszę zawsze widzieć problem z zewnątrz, bo po to właśnie jestem potrzebna pacjentowi. Bez dystansu znajdowałabym się w samym środku problemu, z którym ktoś nie może sobie poradzić. Psychoterapeuta powinien być emocjonalnie niezależny. Empatia owszem, ale przeżywanie razem z pacjentem byłoby zgubne. Trzeba słyszeć, co mi ktoś mówi, rozumieć to i wyobrazić sobie, co dana osoba przeżywa, ale nie przeżywać tego. Pamiętam zajęcia prowadzone przez moich profesorów, a potem sesje z superwizorami nadzorującymi moje staże i praktyki, którzy tego właśnie uczyli. Jeden z nich, Mike Gold, przedstawiał to obrazowo: „Wyobraź sobie, że jesteś na górskiej grani i po obu stronach są przepaście. Jedna to przeżywanie tego, co pacjent, tak jakby to był twój problem; a druga to obojętność wobec problemu pacjenta. Aby nie spaść ani w jedną, ani w drugą przepaść, musisz dbać o własną równowagę, sprawność, siłę, wiedzę, a wtedy zdołasz po tej grani przeprowadzić drugą osobę w bezpieczne miejsce. No i sama też nie runiesz w przepaść.

W jaki sposób utrzymać się na tej grani?

Trzeba wciąż bardzo uważać, by być pomiędzy jednym a drugim. Z jednej strony trzeba widzieć takie rozwiązania, aby danej osobie wydały się one możliwe do wdrożenia. Z drugiej strony, nigdy nie negować powagi problemu. Gdy sama uczę terapeutów, podkreślam często, że jeżeli ktoś mówi, że cierpi, to cierpi — nie wolno tego negować. Trzeba jednak postarać się pomóc tej osobie zobaczyć problem z szerszej perspektywy i naprowadzić na jego ocenę bardziej racjonalną niż emocjonalną. My wszyscy znamy to uczucie. Gdy dziecko spadnie z roweru, to matka czy babcia najpierw opatrzy kolano, żeby nie krwawiło i sprawdzi czy nie trzeba zabrać dziecka do lekarza. Gdyby w tym momencie stała i zalewała się łzami, to tylko spowodowałaby pogorszenie sytuacji. Małe dziecko wymaga, aby za nie pomyśleć, a nie przyłączyć się do jego bólu. Dziecko jest bezradne tak samo, jak pacjent ze swoim problemem. Tego się trzeba uczyć, o tym się rozmawia w trakcie superwizji. Kiedyś podczas stażu podałam pudełko z chusteczkami pacjentce, która zaczęła płakać. To się działo w pokoju z weneckim lustrem. Moja dyrektorka kliniczna, akurat to widziała i zwróciła mi podczas superwizji uwagę: „Nie rób tego. Nie uciszaj czyjegoś płaczu, bo dzięki niemu do tej osoby dotrze, że przeżywa coś trudnego. Dowie się, że nie musi udawać, że sobie świetnie radzi. Po drugie, podając jej chusteczki, sygnalizujesz, że się o nią boisz.” Terapeuta powinien dodawać nadziei i wiary w siebie, ponieważ z każdym problemem i tak w końcu musimy poradzić sobie sami.

Czyli wniosek jest taki, że tamta pacjentka miała sama sięgnąć po te chusteczki?

Tak albo o nie poprosić. Mogłam jej powiedzieć, gdzie są chusteczki lub: „Dobrze, że płaczesz, weź chusteczkę”. I spokojnie czekać zamiast panikować na widok czyichś łez. Takie nadskakiwanie pokazuje, że się boję jej bólu, a ja muszę raczej pomóc tej osobie poszukać wyjścia z bolesnej sytuacji. Przecież prawdę mówiąc, nie ma takiej sytuacji, której człowiek nie przeżyje. Terapia jest bardzo specyficznym rodzajem procesu, który trzeba uruchomić. To jest zadanie terapeuty. Natomiast zamiar i cel, a przede wszystkim końcowy rezultat tego procesu – zależą nie od terapeuty, lecz od pacjenta. To jest to, o czym już wspominałam – trzeba poruszać się po tej krawędzi w sposób bezpieczny. Terapeuta nie wie, do którego miejsca ma daną osobę doprowadzić, bo to ona musi wiedzieć. Może nie wiedzieć dzisiaj, ale po drodze, w trakcie procesu terapii, ma to określić. Kontrola nad pacjentem to jest łakoma rzecz i wielka pokusa.  Ale jest ułudą. Z chwilą, gdy terapeuta uświadomi sobie, że posuwa się w tę stronę, to ma się cofnąć.   

Dlaczego wybrała Pani specjalizację związaną z uzależnieniami?

Wiedzieliśmy z Wiktorem, że będziemy wracać do Polski. Wybrałam ścieżkę uzależnień, ponieważ tego w Polsce jeszcze nie było. Ponadto Wiktor był żywym laboratorium oraz dowodem na to, że poradzenie sobie z uzależnieniem jest naprawdę wykonalne. Całą wiedzę o uzależnieniach przywieźliśmy z Ameryki. To był 1987 rok. Mąż był po terapii w USA. W ośrodku zasugerowano, że jeśli chce wracać do Polski, to musi sprawdzić, czy są u nas grupy AA, bo jeśli nie, to niech nie wyjeżdża z Ameryki. Było tych grup zaledwie kilka. Wróciliśmy, a później zaczęliśmy tutaj wprowadzać metody wypracowane w Ameryce. Prowadząc program w Fundacji Batorego, organizowaliśmy mnóstwo szkoleń dla naszych terapeutów, psychologów, psychiatrów. Wielu umożliwiliśmy też staże w Ameryce i zobaczenie na własne oczy, jak ten „Model Minnesota” działa w praktyce. Potem wielu ludzi wprowadzało to w naszych poradniach i oddziałach odwykowych.  

Z USA pochodzi również projekt „Atlantis” wdrażany w polskich więzieniach. Za pracę z uzależnionymi więźniami otrzymała Pani odznaczenie Ministerstwa Sprawiedliwości. 

To były działania prowadzone w więzieniach polskich w latach 2000-2002. Razem z mężem udało nam się sprowadzić z Ameryki Billa Burgina – specjalistę w dziedzinie programów terapeutycznych w zakładach karnych opartych na modelu „Atlantis”. Bill wraz z rodziną spędził w Polsce dwa lata i dzięki niemu wprowadziliśmy ten program w Polsce. W zakładzie karnym na ul. Kłobuckiej udostępniono nam pawilon, gdzie przeszkoliliśmy kilkuset pracowników służby więziennej. Dyrektorem zarządu więziennictwa był wtedy Paweł Moczydłowski – doktor socjologii, który osobiście patronował naszym działaniom. Pozostaje on dla mnie przykładem nowoczesnej władzy, która działa na rzecz ludzi, a nie dla własnej prywaty. Reprezentował model myślenia, w którym skazany po to przebywa w więzieniu, żeby powrócić do społeczeństwa jako inny człowiek. Terapia uzależnienia daje taką szansę.

Obecnie w kilkudziesięciu zakładach karnych są oddziały terapeutyczne dla alkoholików i narkomanów, które przygotowują do życia na wolności. Warunki odbywania kary w czasie kilku miesięcy w oddziale terapeutycznym są dużo lepsze, choćby dlatego, że cele są tam otwarte i pacjenci przez kilka godzin dziennie uczestniczą w zajęciach. Odbywają się wykłady, sesje grupowe, pacjenci mają bibliotekę, a także regularnie przychodzą do nich ludzie z zewnątrz na mityngi AA. Dzięki programowi AA uczestnicy się dowiadują, jak pracować nad sobą, aby uwolnić się od nałogu i naprawić swoje życie. Wielu się to udaje: nawiązują relacje z rodzinami, z którymi kontakty zostały zerwane, itp. Ten program polega na pracy psychologicznej, społecznej i duchowej. Od polowy lat dziewięćdziesiątych nasz program w Fundacji Batorego przeniósł się do działania w krajach naszego regionu. Była to okazja, aby dzielić się z innymi polskimi doświadczeniami w dziedzinie terapii i profilaktyki uzależnień. Dopiero w tym roku w kwietniu zamknęłam ten program. W krajach nim objętych działają programy terapii, i przeszkolona przez nas kadra potrafi skutecznie pomagać osobom uzależnionym i ich współuzależnionym rodzinom.

Czym jest uzależnienie?

Tym słowem określamy długotrwałe nawyki (nałogi), szkodliwe dla człowieka oraz otoczenia. Innymi słowy, jesteś uzależniony, gdy robisz coś, co cię niszczy, zabija, co ci szkodzi, a Ty nadal to robisz.

Dlaczego w ogóle wpadamy w uzależnienia?

Winna jest ludzka natura — nasze dążenie do przyjemności, ulgi, stanów uniesienia albo nirwany, czyli „nie-cierpienia”. Każdy mógłby popaść w nałóg, tylko niektórzy odpowiednio wcześnie nauczą się w życiu kierować tym, co jest dla nich dobre, a nie tym, co szkodliwe. I nie tylko to rozróżniają, ale jeszcze posiądą zdolność radzenia sobie z wszelkimi przykrymi przeżyciami. Osoby takie potrafią pogodzić się z tym, czego nie mogą zmienić i nie poszukują ucieczki od swoich smutków czy nieszczęść. Ale też ważne jest, aby posiadać wiedzę o tym, co jest dla człowieka dobre, a co nie — np. jakie są skutki palenia, picia czy zażywania narkotyków i ogólnie wiedzieć, czego nasz organizm potrzebuje, a co mu szkodzi. Postęp w nauce przynosi coraz to nowe odkrycia, więc trzeba być na bieżąco, trzeba szukać tej wiedzy. Dobrym przykładem jest nasz stosunek do cukru. Od kilku dekad wiadomo, jak dewastująco wpływa jego nadmiar na nasz system nerwowy i jak szybko można się od cukru uzależnić. A u nas o tym cicho i głucho: wszystko jest wysoko słodzone, nawet lekarstwa, nawet pasty do zębów. To wygląda jak sabotaż zdrowia Polaków, podobnie jak alkohol na stacjach benzynowych i w sklepach całodobowych. Tak samo, jak szkolne sklepiki pełne kolorowych napojów, bezwartościowych, ale za to wysoko kalorycznych.

Ale cukier daje poczucie przyjemności.

No właśnie, daje. Ale ile ono trwa? Za chwilę chce się jeszcze. Kiedy produkty rozkładu cukru trafiają wraz z krwią do mózgu powodują proces, który stymuluje neuroprzekaźniki zwane hormonami szczęścia, czyli endorfiny. One dają poczucie przyjemności i błogości. A w większej ilości nawet euforię. Alkohol też, bo to jest podobny obieg chemiczny. Często, gdy ktoś je dużo słodyczy, to bardzo łatwo wpada potem w picie, ponieważ alkohol daje mu to samo, tylko jeszcze bardziej i jeszcze szybciej. Potrzebna jest więc samodyscyplina i samokontrola, czyli trening panowania nad zachciankami, pozwalający na to, by nie dopuścić do uzależnienia. Od dzieci tego nie można wymagać, dlatego nad nimi trzeba bardzo troskliwie czuwać i je tego stopniowo uczyć. Ale dorośli? To już zupełnie co innego. Są dostępne informacje o tym, ile można wypić albo zjeść, żeby nie doznać szkody. Szkody nie dzieją się od razu, ale z czasem pojawiają się skutki, których nie przewidujemy na początku. Od wiedzy zależy wybór stylu życia.

Jeśli jem jedno lub dwa ciastka dziennie, ale codziennie, to czy mam problem?

Jeżeli pani zobaczy, że to pani szkodzi, to znaczy, że tak. Jeśli szkodzi, to pani to poczuje, na przykład w postaci wzrostu wagi.  Poza tym, uzależnienie poznajemy po progresji. Jeśli ktoś wypija codziennie kieliszek wódeczki to mamy do czynienia z przyzwyczajeniem, które nie stanowi problemu dla dorosłej, zupełnie zdrowej i odpowiedzialnej osoby. Chyba, że jest to osoba chora, kobieta w ciąży albo osoba kierująca pojazdem na drodze publicznej. Tak samo można codziennie pić kawę. Kofeina pobudza. Alkohol też pobudza, daje fałszywe poczucie mocy, zwiększa gotowość ryzyka, u niektórych wyzwala agresywne zachowania. Gdy w dodatku zaczyna się progresja, to znaczy, że w organizmie występuje zjawisko rosnącej tolerancji i w pewnym momencie przekracza się ilość, która jest bezpieczna. Na dodatek wytwarza się wtedy głód fizjologiczny i jeśli człowiek np. nie napije się, to czuje dyskomfort, o którym wie, że minie, gdy się znowu napije. I tak nakręca się spirala uzależnienia.

Co robić, gdy jest już za późno, gdy przekroczymy pewną granicę?

Nigdy nie jest za późno, w każdym momencie można coś zrobić. Ta granica jest nieuchwytna, niewidoczna. To jest proces prowadzący do coraz większego uzależnienia od danej substancji, która powoduje określone zmiany, głównie w mózgu. Można zacząć coś robić w dowolnym momencie, gdy tylko uświadomię sobie, że jest połączenie między moim zachowaniem, a skutkiem, który mi się nie podoba, albo gdy ktoś mi na to zwróci uwagę i ja to przyjmę. Oczywiście żeby to przyjąć, musi do mnie to przemówić, bo często takich informacji się do siebie nie dopuszcza, nie chce się widzieć problemu. Ale załóżmy, że ja to przyjmuję. Wtedy można samodzielnie ograniczyć swoje zachowania albo wyeliminować je zupełnie. Można sprawdzać i przekonać się, czy mogę pić mniej czy nie. Jeśli mogę mniej, to nie ma problemu. Od procesu, który prowadził ku coraz większemu uzależnieniu zaczynam się cofać do coraz mniejszego uzależnienia. Trzeba o tym cały czas pamiętać i kontrolować się. Na przykład stoją ciasteczka, ale ja zjem tylko jedno i pozostałe odłożę. Ale mogę zauważyć, że mimo to, potem jednak zjadłam jeszcze jedno, i kolejne. Mogę więc tak robić, żeby w domu w ogóle nie było słodyczy.  Nie chcę ich mieć, bo nie ufam sobie. Jeśli będę w domu, to będę ciągle zmagać się ze sobą.   

Załóżmy, że nie ma słodyczy w domu, ale w środku nocy biegnie Pani po nie na stację benzynową. Co wówczas?

Wtedy mam jeden wniosek – jestem uzależniona bardziej, niż sądziłam, a samo dotknięcie słodkiego wyzwoliło neurofizjologiczny proces łaknienia. To samo jest z alkoholem, jak ludzie nie piją, to przyzwyczajają się do tego, ale jak wypiją kropelkę, to natychmiast uruchamia się ta sama spirala. Trzeba znaleźć sposoby, każdy swój, ale są też metody uniwersalne. Na tym opiera się cała metodologia leczenia, na wyposażeniu ludzi w narzędzia, które mogą wykorzystać w momencie, kiedy pokusa zacznie kierować ich postępowaniem. Na terapii powiedziano by w takiej sytuacji: „Nie gniewaj się na siebie. To jest normalna rzecz, że ten rozbudzony proces uzależnienia ponownie się nasila. Wypróbuj inne sposoby, na przykład idź na basen albo wsiądź na rower i pokonaj dziesięć kilometrów. Nie masz czasu? To usiądź i naucz się na pamięć trzech zwrotek wiersza. Nie chcesz tego? To może masz jakąś znajomą czy znajomego, kto wie, że nie chcesz jeść ciastek? Ogarnęła cię obsesja tych ciastek, to zadzwoń do tej osoby. Jeżeli to jest dodatkowo osoba, która ma podobny problem, to nie zdziwi się, tylko zrozumie i pomoże. Porozmawia, być może nawet do ciebie przyjdzie.” Drugi człowiek zawsze wprowadza kawałek swojego świata.   

Na tej zasadzie działają grupy Anonimowych Alkoholików.  

Każdy, kto w AA szuka wsparcia, to je tam znajduje.  Tam zawsze jest ktoś, do kogo można zadzwonić. Ponadto ta pomoc jest za darmo. Żaden terapeuta nie oferuje bezpłatnie tego, by o każdej porze zgłaszał się ktoś po ratunek. A ludzie ze wspólnoty AA w ten sposób sobie pomagają. Ten ruch ma nawet nazwę: grupy wzajemnej pomocy. Po zaprzestaniu picia moment kryzysu może nadejść nawet po długiej abstynencji i trzeba wtedy wiedzieć, co robić.  To może się stać również po latach, bo nałóg jest bardzo podstępny.  Gdy człowieka ogarnia natrętna myśl, żeby znowu się napić, to oprócz możliwości skorzystania z pomocy innych, warto mieć swoje sposoby radzenia sobie z taką sytuacją. Jeden z twórców AA powiedział, że alkoholizm to jest alergia ciała połączona z obsesją umysłu. To jest choroba umysłowa. Umysł jest chory, bo podpowiada ci coś, co jest dla ciebie niedobre. Przy każdym uzależnieniu tak jest. I w każdym uzależnieniu mechanizm jest taki sam.

Co sprawia, że jedni z tego mechanizmu są w stanie się wyrwać, a inni nie?

Myślę, że to jest instynkt przetrwania. Oczywiście uzależnienie niekoniecznie od razu prowadzi do śmierci. Prowadzi jednak do bardzo dużego pogorszenia jakości życia, łącznie ze stratami, jakie pociąga za sobą takie życie. Żeby to zobaczyć, musimy wyłączyć mechanizmy obronne, którymi się posługujemy i które są przydatne w innych sytuacjach, bo nas pocieszają, a czasem ratują. W uzależnieniach jednak pozwalają nam na „odwracanie kota ogonem” czyli ciągłe usprawiedliwianie swojego postępowania. W każdym momencie, w którym zauważamy, że to, co robimy, powoduje pogorszenie naszego życia, powinniśmy dostrzec, że mamy problem. Możemy nie wszystko wiedzieć czy widzieć, ale wystarczy uświadomić sobie, że to szkodzi nam lub komuś, na kim nam zależy.

Niektórzy są jednak obojętni na takie sygnały. Jak do nich trafić?

Czasami zagorzały palacz nawet nie wie, że gdy pali, to powietrze wokół niego jest skażone i jego dzieci z tego powodu mają gorszą jakość zdrowia, np. chorują na alergię czy astmę. Poza tym ktoś może powiedzieć: „Słuchaj, nie lubię tego zapachu, brzydko pachniesz”. Co on na to powie?  Trzeba umieć zobaczyć co jest szkodą. Może moje zdrowie, może kogoś bliskiego, a może to, że ktoś przeze mnie płacze albo się mnie wstydzi.  

Czasem to wszystko nie wystarcza.

Były czasy, kiedy nie znano sposobu na uzależnienia. Podobnie, kiedyś ludzie umierali na grypę, a dzisiaj mamy szczepionki i lekarstwa. Potrafimy przeszczepiać niektóre organy i uszkodzone stawy zastępować protezami. Nauczyliśmy się również leczyć uzależnienia. Kto chce przestać pić, ćpać czy grać hazardowo może pójść na leczenie. Tam się dowie, co ma robić. A jeśli tego nie będzie robić? Terapia pomaga osobom zmotywowanym, które zrobią wszystko, aby nie powrócić do destrukcyjnego nałogu. Żadne leczenie nie pomoże, gdy pacjent nie zastosuje się do zaleceń terapeutów. Tak samo jest zresztą z wszystkimi zdrowotnymi problemami. Nie mamy kontroli nad postępowaniem pacjenta.  Każdy ma wolną wolę. Oczywiście wybór nie jest w pełni świadomy, jeżeli nie posiadamy informacji. Na przykład palacz może czegoś nie wiedzieć i dlatego upiera się przy paleniu. Gdy brak jest wiedzy na jakiś temat, to wtedy musimy się godzić na bezwiedne ofiary, ale nauka rozwija się i przychodzą czasy, kiedy wiedza jest dostępna. Mimo to nadal są osoby, które jej nie przyjmują.  Leczenie uzależnień jest u nas na wysokim poziomie, zupełnie bezpłatne. Programy trwają od kilku tygodni do kilku miesięcy, a potem trzeba postępować zgodnie z zaleceniami.

Co się dzieje, gdy po terapii człowiek zostaje sam ze swoim problemem?

Proszę sobie wyobrazić, że wisi pani nad przepaścią kurczowo trzymając się klifu. Niby pani żyje, ale jakie to życie, skoro o niczym innym nie da się myśleć, tylko o tym, żeby nie spaść. I tak samo jest z alkoholikiem, który postanawia nie pić i nic więcej, i zostaje z tym sam. Ja osobiście zalecam uczestnictwo w spotkaniach AA, gdzie są inni alkoholicy, którzy wiedzą, jak poradzić sobie w sytuacji kryzysowej. Do tego nie potrzeba ekspertów. Trzeźwienie jest własną drogą i można nie chodzić do AA, ale trzeba znaleźć trzeźwe, niepijackie środowisko. A u nas, jak wiadomo, o to niełatwo. AA zapewnia bezpieczeństwo i wsparcie ze strony ludzi, którzy sami znają problem, poradzili sobie z nim i dobrze się wzajemnie rozumieją. AA jest w Polsce otwarte dla każdego.

Sieć grup AA jest u nas wystarczająco duża?

Wystarczająco, tym bardziej, że grupy AA oferują nie tylko mitingi. Organizowane są rozmaite dodatkowe formy kontaktów, np. pikniki, pielgrzymki czy wyjazdy terapeutyczne. Działają też punkty konsultacyjne i kluby, no i oczywiście dyskusyjne fora internetowe. Znam taki klub w Warszawie, gdzie codziennie drzwi są otwarte. Przychodzą tam ci, którzy mają kryzysowy moment, albo po prostu chcą się spotkać z kimś, kto nie będzie się dziwił, że oni nie piją alkoholu. Mogą się tam napić herbaty, posiedzieć, pogadać albo wyżalić się. Chodzi również o to, że człowiek, który ma ten sam problem i go rozumie, nie będzie wypytywał o nic, ani nie będzie się niczemu dziwił. 

A człowiek w kontekście najbliższych, matki, ojca, partnera?

Pomoc rodziny przybiera często formę kontroli. Bliscy zaczynają pilnować delikwenta, a nikt nie lubi być pilnowany. Z tego się rodzą same problemy. A zresztą, kontrola to jest złuda, bo nie ma takiej możliwości, żeby kogoś naprawdę upilnować. A po drugie, to jest po prostu brzydka cecha.

Jak uchronić dzieci przed uzależnieniem?

To bardzo trudna sprawa. Dzieci zaniedbane cierpią, są samotne, popełniają samobójstwa, mają depresję, wpadają w nałogi i tak dalej. Szkoły się boją. Dom jest smutny, wychowanie głównie oparte na karach, więc dzieci domu  też się boją i nie lubią. Boją się zwierzyć rodzicom, bo albo im nie ufają albo rodzice umieją wyłącznie karać, albo po prostu nie interesują się przeżyciami dziecka. Dziecko często rodzicom przeszkadza. Dzieci czują czy są potrzebne, czy są niepotrzebne, czy są chciane, czy nie. Jeżeli między dzieckiem a rodzicami panuje przyjaźń, życzliwość i zaufanie, to gdy wpadnie ono w kłopoty, zwróci się o pomoc do rodziców. Nie bez powodu powiedziałam, że moja mama była dla mnie najważniejszą osobą. Słyszałam od niej nie raz: „Kochana, po pierwsze dasz sobie radę ze wszystkim. Po drugie cokolwiek się stanie, przychodź i razem załatwimy wszystko, co trzeba. Nie ma takiego problemu, którego zdołamy rozwiązać.” I zawsze tak było. Gdy cokolwiek złego się działo mama mówiła: „Który raz żyjesz? Pierwszy. To skąd miałaś wiedzieć, że to jest złe. Teraz już wiesz. Nie martw się, tylko zastanówmy się co teraz zrobić.” Nie ma takiej rzeczy, którą człowiek wie od zawsze. Niektórych musi się dowiedzieć. I w tym sensie moje problemy nigdy nie były tragedią.

Nie każdy ma szczęście do takich rodziców. Co poradziłaby Pani młodym ludziom w związku z zagrożeniem uzależnieniami?

Kiedyś napisałam dla młodzieży tekst pt. „Na alkoholizm nigdy nie jest za wcześnie”, który podsumowałam kilkoma radami. Brzmiało to mniej więcej tak: „Jeżeli nie chcesz się uzależnić, a jesteś w tym wieku i w takich warunkach, że alkohol jest już obecny, to weź sobie do serca następujące zasady. Nigdy nie pij sam, to jest pułapka, ponieważ nikt nie widzi, ile pijesz. Jeśli chcesz się napić, to zadzwoń do kolegi, żeby przyszedł albo chociaż idź do kawiarni.  Picie samemu sugeruje, że sobie musisz tę samotność czymś uprzyjemnić. Więc jeśli zrobisz to alkoholem, to możesz potem chcieć być sam po to, żeby pić.  Po drugie nigdy nie pij na czczo. Po polsku nazywa się to klinowaniem. Wczoraj wypiłeś dużo, budzisz się i fatalnie się czujesz, sięgasz więc po piwo i od razu wzrośnie poziom alkoholu we krwi — wtedy przez chwilę jest lepiej. Przy spadku poziomu alkoholu czujesz się źle, bo aldehyd octowy, który się wytrąca z metabolizmu powoduje nieprzyjemne objawy, ale jak troszkę tego alkoholu dodasz, to neutralizujesz toksyczne działanie aldehydu.  A tak naprawdę to w ten sposób zaczynasz pijacki „ciąg”, który jest jednym z objawów alkoholizmu. Po trzecie nigdy nie pij, gdy jesteś zmartwiony. Jak masz problem, rozwiąż problem, a potem się napij. Uczcij, że ci się coś udało, a nie, że coś ci się nie udało. Potem zaczniesz podświadomie sabotować swoje życie, stwarzając problemy, żeby móc się napić. Picie stanie się priorytetem, ale tego sobie nie powiesz. Będziesz twierdził, że musisz sobie poprawić samopoczucie.”

Nałóg to jest samoleczenie. Na coś nam pomaga, zmniejsza nasze odczuwanie dolegliwości. Tylko, że to wywołuje sprzężenie – jak się źle czuję, to muszę się napić. Wtedy dziwnie się dzieje — coraz częściej się kłócę, gdzieś się spóźniam, nie idę na egzamin, ktoś mnie wyprasza z domu, coś gubię, coś tracę czy wdaję się w bójkę. Choroba zmierza w tę stronę, że podświadomie stwarzam okazje do picia, specjalnie wywołuję problemy, żeby się napić.    

Jakie są Pani doświadczenia z alkoholem czy innymi używkami?

Generalnie, dużo lepiej czuję się bez żadnych wspomagaczy, nawet bez kawy. Mam taki temperament, że nakręca mnie bycie z ludźmi, rozmowa z nimi. Na studiach grałam w teatrze studenckim, czemu towarzyszyły bankiety i przyjęcia, na których oczywiście był alkohol. Tylko, że ja po wypiciu nawet niedużej ilości robię się senna. A ponieważ lubiłam flirtować, tańczyć, bawić się, więc nie chciałam tego tracić. Alkohol mi w niczym nie pomaga i też mi specjalnie nie szkodzi. Lubię wino i przy uroczystych okazjach z przyjemnością je degustuję. Natomiast, gdy mam zmartwienie, to się martwię, a nie piję. Uważam również na to, co jem i ile. Odkąd pamiętam, nie chciałam być za gruba, więc się pilnuję. W młodości zaczęłam popalać. Jeszcze nie kupowałam papierosów, ale gdy ktoś palił, to się dołączałam. Ponieważ chciałam mieć kiedyś dzieci, to zawczasu całkowicie rzuciłam palenie.

Jaki byłby Pani sposób na walkę z chorobą?

Nie używam słowa „walka”, tylko leczenie, terapia, pomoc, program, plan. Mając moją obecną wiedzę, myślę, że gdybym spostrzegła, że piję coraz więcej, to zgłosiłabym się na terapię i zastosowałabym się do wszystkich wskazówek. Łatwo mi to powiedzieć, bo wiele lat pracowałam z uzależnionymi i wiem, jaka wszechstronna i pożyteczna jest współczesna profesjonalna terapia odwykowa; jak ludzie dzięki tej terapii potrafią skutecznie uporządkować swoje życie, naprawić wiele błędów i odbudować siebie i swoją przyszłość.

W moim przypadku wystarczy pomyśleć, że uzależnienie odebrałoby mi wolność.  

Bardzo trafnie to pani powiedziała. To klucz do zrozumienia czym jest uzależnienie. Tytuł mojej pierwszej książki brzmiał Wybieram wolność. A mój mąż dla naszej działalności w Fundacji Batorego wymyślił motto: „Nie ma wolności bez wolności od uzależnień”. Człowiekowi pijanemu trudno funkcjonować zgodnie z zasadami moralnymi i społecznymi, ponieważ nałóg zagłusza świadomość i odbiera wolną wolę. To doprowadza do zaniedbywania wielu ważnych rzeczy, a odrobienie tego staje się z czasem niemożliwe. Żyjąc w nałogu dostaje się ledwie jakiś ochłap z życia i to w każdej dziedzinie: w życiu uczuciowym, rodzinnym, zawodowym. Nie warto.

Życzę nam wszystkim wolności od nałogów i bardzo dziękuję za spotkanie.

Również dziękuję.      

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *