Anja Franczak – pomysłodawczyni i Prezeska Zarządu Fundacji Instytut Dobrej Śmieci, która w 2024 roku została wyróżniona przez Centrum Nauki Kopernik nagrodą “Przewroty” za najlepszą inicjatywę edukacyjną w Polsce. Ukończyła kulturoznawstwo. Szkoliła się w Heidelbergu w Instytucie Duszpasterstwa Klinicznego i jest profesjonalną towarzyszką w żałobie certyfikowaną przez Federalne Stowarzyszenie Towarzyszenia w Żałobie w Niemczech. Doula umierania i certyfikowana instruktorka międzynarodowej inicjatywy Kursów Ostatniej Pomocy. Zajmuje się edukacją w obszarze śmierci i żałoby. Poprzez konsultacje indywidualne, szkolenia i warsztaty wspiera osoby na ostatnim etapie życia, rodziny, które opiekują się bliską osobą pod koniec jej życia oraz osoby w żałobie. Ważną rolę w jej pracy odgrywają rytuały. Jako celebrantka / mistrzyni ceremonii tworzy i prowadzi osobiste rytuały pożegnania i humanistyczne ceremonie pogrzebowe. Autorka książki Żaba. Mała opowieść o żałobie (2025).
Pamiętasz swój pierwszy kontakt ze śmiercią?
Pamiętam, że w dzieciństwie chodziłam na pogrzeby osób z dalszej rodziny, ale pierwszy, który pamiętam bardzo wyraźnie, to pogrzeb mojego dziadka. Wtedy miałam chyba piętnaście lat. Jednak to nie był kontakt ze zmarłą osobą, bo dorastałam w takiej kulturze i rodzinie, w której kiedy ktoś umierał, to znikał z pola widzenia. Nie widziałam więc mojego dziadka po śmierci. Wiesz, ja do pewnego momentu panicznie bałam się trupów. Myślałam, że zobaczenie zmarłego człowieka jest najgorszą rzeczą, jaka może się wydarzyć. Ten widok kojarzył mi się wyłącznie z horrorami, w których śmierć jest często pokazywana w połączeniu z przemocą.
Jakie w rzeczywistości było Twoje spotkanie z osobą zmarłą?
Pierwszy taki kontakt miałam dopiero jako osoba dorosła, kiedy w wieku ponad trzydziestu lat poszłam na praktyki do zakładu pogrzebowego i potem do hospicjum, gdzie pomagałam w opiece nad starszymi osobami. Zobaczyłam, że to może być doświadczenie bardzo spokojne, głębokie i niezwykle ważne, z jakimś niesamowitym wymiarem transcendentalnym. To było coś, co mnie bardzo poruszyło.
Jednak zanim do tego doszło spotkałam się ze śmiercią we własnym ciele, kiedy moje dziecko zmarło w trakcie mojej ciąży. To było pierwsze bardzo namacalne zetknięcie ze śmiercią i stało się punktem zwrotnym w moim życiu. Pojawiło się u mnie bardzo dużo pytań dotyczących życia i śmierci, miłości i straty, ale przede wszystkim dotyczących naszej kultury, która oddala nas od tych tematów i nie daje nam żadnej edukacji w tym zakresie. Stworzyliśmy kulturowo sytuację totalnej bezradności. Moje doświadczenie sprawiło, że chciałam się temu przyglądać, żeby dowiedzieć się dlaczego tak jest, czy mogłoby być inaczej, jak sytuacja wygląda w innych krajach i kulturach. Zależało mi, żeby szerzej poznać to zjawisko i zrozumieć jak obcujemy ze śmiercią.
Czy właśnie to doświadczenie doprowadziło Cię do praktyk w zakładzie pogrzebowym i hospicjum?
Było kilka rzeczy, które na to wpłynęły. Pierwsze to poronienie. Ta strata była bardzo trudna, a ponadto wydarzyło się wiele rzeczy wokół niej, które były traumatyzujące. Przypominają mi się słowa ks. Jana Kaczkowskiego, że śmierci nie da się schrzanić, ale da się schrzanić wszystko wokół, czyli to, jak obcujemy z pacjentami, z ich rodzinami, jak wyglądają pogrzeby itd. To, jak zostałam potraktowana w szpitalu, jak wyglądała komunikacja moja i mojej rodziny z personelem oraz podobne rzeczy sprawiły, że potem leczyłam się na PTSD. Byłam straumatyzowana tymi wszystkimi okolicznościami. Druga rzecz, to spotkanie kilka lat później znajomej z Niemiec, z czasów studiów. Spotkałyśmy się po wielu latach i przez cały wieczór opowiadałyśmy sobie co się u nas wydarzyło przez ten czas. Okazało się, że obie mamy doświadczenia związane ze stratą i z poronieniem. Jednak ona była zupełnie inaczej potraktowana niż ja, bo od razu została wyłapana przez system wsparcia. Otrzymała pomoc psychologiczną oraz kontakt do towarzyszki w żałobie, która razem z nią opracowała rytuał pożegnania i z którą spotykała się regularnie przez pół roku. Byłam w szoku, że tak to może wyglądać. Nigdy wcześniej nie słyszałam, że istnieje taka funkcja jak towarzysz w żałobie. Kiedy poznałam jej historię, to z jednej strony byłam totalnie zafascynowana, a z drugiej bardzo zła, że nie doświadczyłam takiego wsparcia. Ten gniew przerodził się w mobilizację i chęć do działania. Kolejne kroki polegały na sięganiu po wiedzę. Zaczęłam jeździć na szkolenia, kursy, potem roczne warsztaty i zupełnie zmieniłam swoją ścieżkę zawodową.
Czym zajmowałaś się wcześniej?
Byłam producentką filmową. Z wykształcenia jestem kulturoznawczynią. Czuję jakby koło się domknęło, bo na początku studiów z kulturoznawstwa pojawił się wątek rytuałów. Wtedy myślałam, że mi to niepotrzebne, że nigdy nie będę z tego korzystać. Dzisiaj jest to jeden z głównych wątków w moich działaniach. Od kulturoznawstwa przez opowiadanie historii obrazami, przez wykształcenie na temat psychologii żałoby, dotarłam do miejsca, w którym wszystko łączy się ze sobą. To jest dla mnie bardzo piękne i wzruszające. Takie były moje kroki. Najpierw własne doświadczenie straty, potem zobaczenie, że może być inaczej, co było inspiracją i motywacją, później docieranie do informacji i szkolenie się w tym kierunku, i wreszcie szukanie sojuszników w Polsce.
Wspomniałaś, że studiowałaś w Niemczech. Mieszkałaś również w Chorwacji. Jak trafiłaś do Polski?
Urodziłam się w Chorwacji. Jestem z mieszanej, chorwacko-niemieckiej rodziny, więc zawsze mieszkałam między tymi krajami. Studiowałam w Niemczech i tam zaczynałam swoją pracę związaną z filmem. Do Polski przeprowadziłam się z miłości do Polaka. Przez wiele lat byliśmy w związku. W pewnym momencie to się skończyło, ale nadal jest moim bliskim przyjacielem. Dzięki niemu trafiłam do Polski i tutaj znalazłam swoje miejsce. Nie wiem dokładnie na czym to polega, ale mieszkam tu już piętnaście lat i jest mi dobrze. W Polsce również pracowałam w branży filmowej, tu byłam w ciąży i doświadczyłam straty. Potem wszystkie kroki edukacyjne podejmowałam w Niemczech. Mieszkałam w Polsce, ale siedem razy w roku jeździłam do Niemiec na tygodniowe zjazdy. Tam miałam praktyki, o których wspominałam. Byłam na różnych warsztatach w hospicjach w Niemczech. Dzisiaj jestem wykładowczynią dla wolontariuszy w hospicjach niemieckich. Natomiast wolontariuszką byłam w Warszawie. Najpierw pomagałam w ramach hospicjum domowego, gdzie przez kilka miesięcy miałam jedną podopieczną. Potem raz w tygodniu chodziłam do hospicjum stacjonarnego. To wszystko zmieniło się w trakcie pandemii, a potem tak mocno rozwinęła się nasza Fundacja, że teraz przestrzeń na wolontariat poświęcam naszym działaniom.
Jak doszło do założenia Instytutu Dobrej Śmierci?
W 2019 roku zaczęłam poznawać coraz więcej ludzi zainteresowanych tematem umierania i śmierci, którym zależy na tym, żeby w Polsce była inna kultura rozmowy na ten temat. I z tą grupą ludzi stworzyłam pięć lat temu Instytut Dobrej Śmierci.
Ty jesteś pomysłodawczynią nazwy?
Tak. Pamiętam bardzo dokładnie, jak poszłam na spacer ze znajomą i opowiadałam jej, że poznaję coraz więcej ludzi, którzy mają podobną wizję, że chciałabym nas połączyć i stworzyć jakiś rodzaj Instytutu Dobrej Śmierci. Ona powiedziała, że to świetna nazwa i tak zostało. Ludzie różnie na nią reagują. Większość pozytywnie, ale część jest dość sceptyczna. Niektórzy nie rozumieją o co chodzi, więc od razu mają podejrzenie, że o eutanazję. Kiedy ludzie pytają, co to znaczy dobra śmierć, to zazwyczaj odpowiadam, że nie wiem. Nasza nazwa jest zaproszeniem do tego, żeby zadawać to pytanie, żeby rozmawiać, jak to widzimy, czym dla nas jest dobra śmierć, czy ona w ogóle istnieje. Chodzi o to, żeby ten temat zaistniał w debacie publicznej.
Czym dla Ciebie jest dobra śmierć?
Dla mnie to jest chyba sytuacja, w której osoba umierająca wie, że umiera, ma świadomość tego procesu i udaje jej się go zaakceptować. Równolegle bliscy przyjmują postawę towarzyszenia zamiast walki i dają pozwolenie na spokojne gaśnięcie. I najlepiej, żeby ten proces nie trwał bardzo długo i żeby końcowy etap był relatywnie krótki. Tak dla mnie wygląda dobra śmierć.
Chciałabym również, żeby ten proces przebiegał bez długotrwałego cierpienia.
Mam relatywnie mały lęk przed bólem, bo medycyna paliatywna jest bardzo dobrze rozwinięta. Oczywiście są przypadki, w których ból jest tak kompleksowy, że różne leki nie działają, ale w większości przypadków medycyna daje sporo możliwości, by zmniejszyć ból fizyczny. Ten emocjonalny i duchowy to już inne zagadnienie.
Chciałabym też odróżniać ból od cierpienia, które na przykład w narracji buddyjskiej postrzegane jest jak walka z bólem, który jest nieuniknioną częścią naszego doświadczenia. Przeżywamy trudne emocje, mamy ciało, które choruje, starzeje się i niedomaga. To jest nieuchronne. Cierpienie zaś jest wtedy, kiedy jesteśmy w kontrze do tego, kiedy walczymy. Oczywiście chciałabym, żeby nie było wysokiego poziomu bólu na końcu życia, ale myślę, że jakiś poziom jest nieunikniony – może na poziomie ciała, a może na poziomie emocji, relacji lub duchowości. W pewnej książce – niestety nie pamiętam w której, ale chyba u Stephena Jenkinsona – natknęłam się na refleksję, że dyskomfort w ciele pod koniec życia pełni ważną funkcję, bo gdyby go nie było, to trudniej byłoby nam umierać. Kiedy ciało jest już bardzo zmęczone i nie ma w ogóle siły, to może rodzić się w nas akceptacja oraz myśl, że śmierć przyniesie ulgę.
Uważasz, że to jak żyjemy ma wpływ na to jak umieramy?
Zdecydowanie tak. Jestem o tym przekonana. Bardzo lubię rozmawiać z osobami, które pracują w szpitalach i hospicjach o ich obserwacjach na temat procesu umierania. Ludzie umierają skrajnie różnie. U niektórych jest to bardzo łagodny proces, podczas którego powoli i spokojnie gasną. U innych ta agonia jest bardzo intensywna, ma różne objawy, potrafi trwać długo i związana jest z dużym cierpieniem. Bardzo mnie ciekawi dlaczego tak różnie to wygląda. Kiedy spotykam pielęgniarkę, która od trzydziestu lat pracuje w hospicjum czy szpitalu, to pytam jak to postrzega. I słyszę, że ona wielokrotnie widziała osoby na wysokich stanowiskach, z dużymi wpływami, które bardzo się męczą pod koniec życia, bo są przyzwyczajone do tego, że mają wszystko pod kontrolą. Jeśli jesteśmy przyzwyczajeni do iluzji kontroli, to może być ogromne wyzwanie, żeby się oddać procesowi umierania. Nie mam na to żadnych dowodów, żadnych statystyk, to są tylko obserwacje, ale powtarzające się. Bardzo mnie interesują historie, w których odchodzenie jest łagodne. Raz miałam do czynienia z rodziną, w której starsza kobieta była bardzo świadoma swojego umierania. Wszystko uporządkowała, zadbała o dokumenty, porozmawiała ze wszystkimi w rodzinie itp. Bardzo niechętnie widziała się w sytuacji, kiedy już nie będzie mogła nic robić i zostanie skazana na opieką innych. W dniu kiedy ostatni raz samodzielnie poszła do toalety, a to dojście do toalety i z powrotem trwało trzy godziny, położyła się w objęciach córki, zrobiła długi, powolny wydech i umarła. To było dla mnie bardzo imponujące. I pojawia się u mnie myśl, jak ona to zrobiła. Im dłużej mam do czynienia z tematem umierania, tym bardziej się zastanawiam, jaka jest nasza rola w tym. Być może dobre umieranie to jakiś rodzaj umiejętności, rodzaj zgody na to, żeby się „wylogować” z życia. I są osoby, które potrafią to robić z gracją. Podziwiam ich i marzę o tym, żeby kiedyś też tak to zrobić, bo skoro ludzie tak odchodzą, to znaczy, że to jest możliwe. Wydaje mi się, że kultura, w której żyjemy zupełnie zapomniała o tym, że to jest możliwe. Dominuje przekonanie, że umieranie jest czymś strasznym i trzeba z nim walczyć. Jest bardzo silna ingerencja w proces umierania, medyczna, farmakologiczna itd. Brakuje pozwolenia na umieranie.
Walczymy za wszelką cenę?
Niestety, często tak. Obecnie najistotniejsze jest to, żeby życie trwało jak najdłużej. Zobacz tylko, jak popularne są hasła “anti-aging” oraz “longevity”. Ale wróćmy jeszcze do tego, jak ludzie umierają. Widzę, że często przełomowym momentem, jeśli uda się do niego doprowadzić, jest ten, w którym osoba umierająca dostaje jakiś znak zgody, pozwolenia od swoich bliskich na odejście. Jeśli ktoś mówi „Jestem przy tobie, dziękuję ci, kocham cię, zawsze będę pamiętać o tobie, ale wiem, że teraz jest twój czas i możesz iść”, to potrafi zmienić całą atmosferę sytuacji. Umiejętność przyzwolenia na odejście nie jest prosta. To jest długi i trudny proces, który pozwala zbliżyć się do takiej postawy, ale niezwykle ważny. Wydaje mi się, że to jest najcenniejszy prezent, jaki możemy na końcu życia dać komuś kogo kochamy. Obecnie dość rzadko się zdarza, że w ramach rodziny udaje się stworzyć taką atmosferę. Dlatego większość naszych działań edukacyjnych w Instytucie Dobrej Śmierci służy temu, żeby pomóc w takich sytuacjach, żeby w ramach rodziny było więcej ciepła, akceptacji i wsparcia w tym procesie, zamiast nastawienia na opór i walkę.
To jest bardzo trudne. Nie chcemy, żeby odchodzili ci, których kochamy. Chyba dlatego nastawieni jesteśmy na walkę.
Można podejść krytycznie do samej metafory walki, zweryfikować czy to jest właściwy obraz, czy w ogóle powinniśmy mówić o walce. Szczególnie niewłaściwe wydaje mi się określenie, że ktoś się poddał. Przecież można to sformułować na wiele innych sposobów. Można powiedzieć, że ktoś się oddaje z zaufaniem temu, co się teraz dzieje, ktoś wchodzi w naturalny proces czy synchronizuje się z procesem naturalnym. Ocenianie tego jako poddanie się, jako porażkę sprawia wiele bólu.
Rozmawiamy o końcowych momentach życia. Ale nasza reakcja na diagnozę poważnej choroby również może być skrajnie różna. Jedni zrobią wszystko, żeby wyzdrowieć. Inni nie chcą ostatnich miesięcy życia spędzić w szpitalach i na terapiach. Czy to też nazwałabyś wejściem w naturalny proces odchodzenia?
Sytuacja, kiedy w ogóle nie wchodzimy na drogę leczenia jest bardzo rzadka. To nie pasuje do systemu medycznego, w którym jesteśmy. Znajoma lekarka opowiadała mi o pacjentce w wieku około pięćdziesięciu lat, która dostała diagnozę raka i po wielu wizytach, i przemyśleniu swojego stanu, powiedziała, że nie chce się leczyć, że woli zaakceptować sytuację i po prostu dobrze wykorzystać czas, który jej został. Musiała iść na kilka konsultacji psychiatrycznych, żeby udowodnić, że potrafi klarownie myśleć i ocenić swoją sytuację. System medyczny w ogóle nie przewiduje takiego scenariusza, że ktoś nie chce iść na tak zwaną walkę z chorobą. Jest oczekiwanie, że to jest droga, którą wszyscy powinni podążać.
Co o tym myślisz?
Uważam, że nie mam prawa tego w jakikolwiek sposób oceniać. Za każdą decyzją, którą ludzie podejmują stoi cała ich historia, ich radości i smutki, doświadczenia, nadzieje i wiara. Zawsze ta decyzja jest złożona. I jedyna osoba, która może ją ocenić jako “dobrą” lub “złą” to ta, która ją podejmuje.
Jako bliska takiej osoby zaakceptowałabyś taki wybór?
Tak. Mój wujek umierał na chorobę onkologiczną. To trwało kilka lat i miało mniej lub bardziej intensywne albo drastyczne oblicze. Dzisiaj mój tata mówi, że gdyby dostał diagnozę takiej choroby, to nie wszedłby na drogę leczenia, bo widział jak to realnie wygląda. Wie jaka była jakość ostatnich dwóch lat życia jego brata i twierdzi, że on by tego nie robił. Oczywiście to jest hipotetyczna opinia, bo nie wiem jak zareagowałby, gdyby dostał taką diagnozę. Ale zaakceptowałabym każdą jego decyzję.
Jest świetny film dokumentalny To moje prawo. Ręcznie robiona śmierć Herty Sturmann, który opowiada o kobiecie w wieku sześćdziesięciu kilku lat, która od wielu lat leczyła się na przewlekłą chorobę. Leczenie było bardzo obciążające i obniżające jakość jej życia. W pewnym momencie stwierdziła, że już tego nie chce, że czuje, że umiera i zdecydowała, że nie będzie się dalej leczyć. Postanowiła słuchać wszystkich sygnałów swojego ciała i weszła w naturalny proces umierania. Jej ciało od pewnego momentu mówiło, że już nie jest głodne, więc przestała jeść. Potem nie chciała już pić. Pojawiły się objawy, z którymi medycyna walczy, bo w takich sytuacjach często wprowadzane jest sztuczne karmienie, kroplówka, nawadnianie i tak dalej. Tymczasem ona pod opieką hospicjum domowego przechodziła przez naturalny proces. Odpływała w różne stany świadomości, miała przebłyski jasności, w których mówiła na przykład: „Wiecie, to jest niesamowite, co się ze mną dzieje. Polecam wam, zróbcie to świadomie”. Ten film zrobił na mnie ogromne wrażenie.
To co teraz powiedziałaś przypomniało mi Twoją opowieść o umieraniu w kontekście pożegnania z czterema żywiołami. Możesz o tym powiedzieć?
Jest to opisywanie umierania jako procesu, który polega na tym, że żegnają się z nami po kolei wszystkie żywioły. Pierwszy żywioł to ziemia, czyli materia. Człowiek w procesie umierania przestaje jeść, czyli przestaje przetwarzać materię, traci na wadze, ciało zajmuje coraz mniej przestrzeni. Kolejny to woda. Przestaje pić i nerki przestają pracować. Potem ogień. Traci ciepło, kończyny robią się zimne. I na końcu powietrze. W pewnym momencie zmienia się oddech, aż w końcu zanika. To są metafory, używanie np. w różnych nurtach medycznych z Azji, które pozwalają bardzo prostym językiem opisać to, co dzieje się z człowiekiem u kresu życia.
Myślę, że jeśli posiadamy taką wiedzę, to jest nam łatwiej przejść przez umieranie bliskiego.
Też tak uważam. Wiesz, wiedza o umieraniu nie spowoduje, że nie będzie nam smutno. Odprowadzanie bliskiej osoby to jest głębokie, smutne i trudne doświadczenie. Nie ma żadnego sposobu, żeby nie było w nim smutku i trudu. Ale obecnie wokół tego procesu jest bardzo wysoki poziom lęku. Edukacja ma sprawić, żeby tego lęku było mniej, żeby wszystko odbywało się w atmosferze większego spokoju i zaufania. Wiedza sprawia, że wiemy co się dzieje i nie musimy ciągle myśleć, czy coś jest normalne, czy powinniśmy interweniować, czy trzeba coś robić. Ona pozwala być po prostu obecnym i towarzyszyć sobie nawzajem.
Skąd bierze się ten lęk, o którym wspomniałaś oraz niechęć do mówienia o śmierci.
Pewien poziom lęku przed śmiercią jest jak najbardziej ludzki i normalny. Wynika przede wszystkim z naszego instynktu przetrwania. Natomiast niechęć do rozmowy na ten temat to efekt wielu zjawisk społeczno-kulturowych. Można znaleźć dużo procesów w dziewiętnastym i dwudziestym wieku, który się do tego przyczyniły. Na przykład pojawiły się różne przestrzenie profesjonalne związane ze śmiercią. Powstały szpitale i w pewnym momencie przestaliśmy umierać w domach. Pojawił się pomysł, że początek życia czyli poród i koniec życia powinny odbywać się w takiej przestrzeni. Całe szczęście już od kilku dekad temat porodu wraca do domu i obecnie coś podobnego zaczyna się dziać z umieraniem. Coraz więcej ludzi dostrzega, że szpital niekoniecznie jest najlepszym miejscem do umierania, które jest nie tylko wydarzeniem medycznym, ale również doświadczeniem psychologicznym, społecznym i duchowym. Ono może się odbywać w lepszych warunkach niż kilkuosobowa sala szpitalna. W oparciu o takie przekonanie powstał ruch hospicyjny.
Temat kontaktu z osobą zmarłą też został przesunięty poza przestrzeń rodziny, bo powstały firmy pogrzebowe. Nie chcę romantyzować przeszłości i mówić, że kiedyś wszystko było lepiej, a dzisiaj jest źle. Jednak faktem jest, że kilka generacji wstecz mieliśmy więcej kontaktu ze śmiercią i że to były doświadczenia zdecydowanie bardziej wspólnotowe niż dzisiaj. Tam gdzie kiedyś było nasze bezpośrednie doświadczenie, kiedy widzieliśmy umieranie i śmierć, mogliśmy je słyszeć, dotknąć, poczuć zapach, to teraz jest pustka. Bywa tak, że bliska osoba umiera w szpitalu, dostajemy telefon z informacją, potem załatwiamy formalności i kilka dni później widzimy urnę. Umysł nie może tego w ogóle pojąć, bo jest za duża przepaść między tym pojemnikiem a żywą osobą. W tej przestrzeni jest luka, w której możemy projektować wszystko. Nasz umysł chyba działa tak, że lubimy projektować to, co najgorsze i wyobrażamy sobie straszne rzeczy. Inspiracje do tego znajdujemy w literaturze, filmach kryminalnych, grach komputerowych, gdzie śmierć jest zazwyczaj połączona z przemocą. Śmierć jest w naszych głowach często sklejona z grozą. Nie mamy doświadczenia śmierci zwyczajnej, spokojnej, normalnej i zapomnieliśmy, że ona istnieje. Myślę więc, że nasz lęk z jednej strony jest naturalny, ale z drugiej mocno pogłębiony przez brak kontaktu ze śmiercią.
Dlaczego zdecydowaliśmy się na odsunięcie od umierania i śmierci?
Za tym stoi przekonanie, że to nas chroni, że śmierć jest zbyt trudna, więc niech się dzieje poza nami. Nie chcemy się z nią nie konfrontować. Może stoi za tym dobra intencja, żeby chronić ludzi od trudnych doświadczeń. Jednak mam wrażenie, że robimy sobie krzywdę jako społeczeństwo. Tu też pojawia się kwestia wychowania. Czy rolą dorosłych jest chronienie dzieci przed wszystkim? Może raczej powinniśmy uczyć dzieci, jak się mierzyć z różnymi wyzwaniami. Powinniśmy wiedzieć jak je wzmacniać, jak dać im dostęp do swojej siły, żeby mogły sobie radzić z wieloma rzeczami, które ich spotkają w życiu. Właściwa reakcja to nie ochrona, tylko pytanie o to czego potrzebujemy, żeby spotkać się z trudnym doświadczeniem. To zapewnienia „Wspieram cię, masz w sobie wszystko, co potrzebne żeby się spotkać z tym tematem. Jestem dla Ciebie, żeby cię wesprzeć”. Z mojej perspektywy taka powinna być też rola osób pracujących w hospicjach i w domach pogrzebowych. Żeby nie mówić rodzinom „Zrobimy to dla was i za was” tylko „To jest trudne, ale wierzę, że potrafisz się z tym zmierzyć i jestem tu, żeby cię w tym wesprzeć”.
Jednak raczej uciekamy od rzeczy trudnych i smutnych, bo życie jest wystarczająco ciężkie. Tymczasem proponujesz ludziom rozmowy o umieraniu i śmierci.
Paradoks polega na tym, że od kilku lat prowadzę działania edukacyjne, których uczestnicy zawsze są zaskoczeni z jaką lekkością wychodzą ze szkolenia czy warsztatu. Myślę, że ten temat jest dla nich obciążający, ale kiedy w końcu mają przestrzeń, żeby o tym rozmawiać, to doświadczają ulgi i zaznają więcej spokoju. Uważam, że moc edukacji polega na tym, że ona obniża lęk.
Przybliż proszę zakres tych szkoleń i warsztatów.
Z jednej strony są to szkolenia i warsztaty na temat ostatniego etapu życia, czyli tego, jak wygląda proces umierania. Chodzi o to, żeby zrozumieć, co się wtedy dzieje i żeby móc lepiej towarzyszyć swoim bliskim. Na takie szkolenia i warsztaty przychodzą osoby, które mają w domu starą babcię, chorą mamę, opiekują się kimś i chcą wzmacniać siebie, żeby robić to lepiej i z większym spokojem. Przychodzą też osoby, które pracują w obszarze medycyny i chcą, żeby świat medyczny był bardziej ludzki. Zawsze bardzo mnie cieszy, kiedy pojawiają się lekarze, lekarki, opiekunowie czy pielęgniarki. Przychodzi też coraz więcej osób z branży pogrzebowej oraz osoby, które uważają, że to ważne i dobrze jest edukować się w tym zakresie. Drugi obszar dotyczy tego, co robić po śmierci bliskiego. Kiedy ktoś umiera w domu, to zazwyczaj mija kilka godzin, zanim zostanie wystawiona karta zgonu i zanim przyjedzie zakład pogrzebowy. To bardzo ważny czas, w którym często ludzie w ogóle nie wiedzą jak się zachować. A my uczymy, jak wnieść w taki moment troskę. Kolejny obszar to rytuały, czyli pokazanie jak stworzyć osobiste, rodzinne rytuały albo jak przygotować świeckie ceremonie pogrzebowe. I następny obszar edukacyjny to żałoba oraz psychologia i socjologia żałoby. Pokazujemy jak lepiej zrozumieć żałobę, jak wspierać siebie i innych po stracie.
Duże jest zainteresowanie tymi szkoleniami?
Tak, przychodzi do nas coraz więcej osób. Organizujemy szkolenia online, co mnie bardzo cieszy, bo mogą w nich uczestniczyć ludzie z całej Polski, a czasami Polacy i Polki, którzy mieszkają za granicą. Ogłaszamy publicznie nabór i ludzie się zapisują. Ale coraz częściej organizujemy szkolenia zamawiane przez różne instytucje. Zdarza się na przykład, że jakaś lekarka była u nas na warsztatach i potem przekonała dyrekcję, że warto je zrobić dla całego zespołu szpitalnego. Jeździmy w różne miejsca w Polsce i przeprowadzamy szkolenia. Na początku to funkcjonuje na zasadzie poczty pantoflowej, ale teraz już można w prosty sposób zamówić takie szkolenie w Instytucie Dobrej Śmieci. Jesteśmy też w trakcie rozszerzania naszego zespołu, żeby móc to robić na większą skalę.
Jak liczny jest obecnie zespół Fundacji?
W zarządzie jesteśmy we trzy, pomaga nam koordynatorka oraz osoba od komunikacji i mediów społecznościowych. Mamy około dziesięciu współpracujących z nami edukatorek, a nasza sieć ekspertek i ekspertów, z którymi współpracujemy przy realizacji projektów – czyli Kolektyw Instytutu Dobrej Śmierci – to około sto osób.
Wspomniałaś, że interesujesz się tym, jak wygląda podejście do śmierci w innych krajach i kulturach. Co interesuje Cię najbardziej?
To co jest mi najbliższe w związku z moją biografią to Chorwacja i Niemcy, ale ten temat interesuje mnie globalnie. Nie mam bardzo szerokiej wiedzy etnograficznej, ale lubię czytać i słuchać o tym, jak temat śmierci, umierania i pochówku jest traktowany w różnych kulturach. W Niemczech na przestrzeni ostatnich dwudziestu lat wiele się zmieniło w branży funeralnej. Pojawiło się dużo nowych form pochówku, pożegnań, więcej jest ceremonii świeckich oraz cmentarzy naturalnych. Bardzo rozwinął się ruch hospicyjny i świadomość, że hospicja to nie są umieralnie, tylko miejsca troski.
Jaką formę pochówku wybrałabyś dla siebie?
Bardzo chciałabym zostać pochowana pod drzewem, bezpośrednio w ziemi.
Obecne przepisy na to nie pozwalają. Uważasz, że ustawa o cmentarzach i chowaniu zmarłych powinna zostać zmieniona?
Tak, bo ona pod wieloma względami nie pasuje do potrzeb społeczeństwa, szczególnie jeśli chodzi o aspekt prochów. W mojej pracy spotykam wiele osób, które opowiadają mi, że mają urnę w domu, że rozsypywali prochy dziadka w Bieszczadach albo prochy mamy w ogrodzie. Ludzie robią to czego potrzebują, ale obecna ustawa powoduje, że działają w szarej strefie. I to nie są pojedyncze przypadki, to jest naprawdę bardzo powszechne zjawisko. Chciałabym, żeby o tym można było otwarcie mówić. Chciałabym też, żeby mogły powstać naturalne cmentarze bez pomników, plastiku, metalu czy betonu, tylko park, las, łąka, gdzie ludzie są pochowani w naturze. Wiem, że z wieloma osobami to mocno rezonuje. Kiedy jako Instytut Dobrej Śmierci mówimy lub piszemy o tym, to otrzymujemy bardzo dużo pozytywnych reakcji. Powinna być różnorodność możliwości, które odzwierciedlają różne potrzeby i wartości, żeby każdy mógł mieć swoją przestrzeń po śmierci.
W Niemczech można rozsypywać prochy?
Nie można. W Chorwacji też nie, ale jest to dozwolone w Anglii czy Holandii. W Niemczech jest dość restrykcyjna prawo funeralne, ale jednak istnieje tam dużo cmentarzy leśnych. Pierwszy powstał na początku lat dwutysięcznych. Jednak zanim to się wydarzyło, potrzebny był długi proces, który doprowadził do zmian legislacyjnych. Dzisiaj jest tych lasów ponad trzysta pięćdziesiąt. Często pierwszy krok to jest ciężka praca pionierska, ale potem działa już efekt kuli śnieżnej.
Czasami mamy tendencję do myślenia, że na przykład w Meksyku czy krajach azjatyckich jest bardziej otwarta narracja w tym temacie. Albo, że edukacja i otwarty dialog o śmierci w innych krajach są powszechne. Z daleka to może robić takie wrażenie, ale kiedy jeżdżę np. do Niemiec lub Anglii i rozmawiam z ludźmi, to widzę, że to też jest pewna nisza, że to mała część społeczeństwa szuka nowych rozwiązań, podobnie jak jest teraz w Polsce. Poza tym środowiskiem jest milczenie i tabuizacja. W różnych miejscach w Europie jest sporo inicjatyw, których celem jest zmiana sytuacji, ale ostatnio brałam udział w projekcie badawczym w Indiach i w Chinach, gdzie ludzie mówili bardzo podobne rzeczy. Uczestniczyli w naszych spotkaniach i było dla nich niesamowite, że mogli otwarcie rozmawiać o umieraniu, śmierci i żałobie. W wielu miejscach sytuacja wygląda podobnie jak u nas.
Na zakończenie chciałabym Ci zadać pytanie, które stawiam wszystkim moim rozmówcom, a mianowicie o najważniejsze spotkania w Twoim życiu.
Nie mam wątpliwości, że najważniejsze było spotkanie z moim dzieckiem, które zmarło w czasie ciąży. Alma miała największy wpływ na mnie i moją historię, mimo że była w moim życiu tylko przez kilka miesięcy. To spotkanie doprowadziło do największych zmian w moim rozwoju, do poszerzenie horyzontów i perspektywy. Dużo ludzi miało na mnie wpływ, ale nie potrafię ich teraz wymieniać, nie chciałabym nikogo pominąć.
Alma to jest chorwackie imię?
Ono istnieje w wielu językach. Jest znane na Bałkanach – zarówno jako imię żeńskie, jak i męskie – ale także w krajach skandynawskich. Na przykład po hiszpańsku znaczy „dusza”. Od dawna wiedziałam, że moje pierwsze dziecko będzie nosiło takie imię.
Miałaś szansę pochować swoje dziecko?
Nie miałam i właśnie to był jeden z punktów, który sprawił mi duży ból. W szpitalu dostałam taki przekaz, że nie powinnam robić żadnego pochówku, nie powinnam “dramatyzować, tylko jak najszybciej “pójść dalej”. Nie dostałam informacji co stało się z moim dzieckiem. Kilka lat później wróciłam tam, rozmawiałam z ordynatorem, dostałam kontakt do księdza, potem do proboszcza, później znalazłam grób dzieci nienarodzonych. Doświadczyłam długiego przebijania się przez kolejne mury milczenia. Uważam, że to wszystko powinno być transparentne. Po latach zrobiłam symboliczny pochówek i osobisty rytuał z bliskimi, podczas którego symbolicznie włączyliśmy Almę do naszej rodziny. Moja koleżanka z Niemiec, o której mówiłam, mogła pochować swoje dziecko. Kontakt z nią pokazał mi, że zostałam pozbawiona czegoś bardzo ważnego. Na szczęście są już placówki, w których to wygląda inaczej. Słyszę historie kobiet, które zostały dobrze potraktowane w takich sytuacjach, doświadczyły empatii i wsparcia. Niestety to wciąż nie jest normą.
Oby kiedyś się nią stało. Bardzo Ci dziękuję za spotkanie.
Również dziękuję.
fot. Szymon Rogiński
Lorem ipsum dolor sit amet, consectetur adipiscing elit. Ut elit tellus, luctus nec ullamcorper mattis, pulvinar dapibus leo.
