Spotkanie z Katarzyną Karpowicz

Katarzyna Karpowicz – malarka, absolwentka Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie. W 2010r. uzyskała dyplom z wyróżnieniem w pracowni prof. Leszka Misiaka. Laureatka wielu nagród i wyróżnień. W latach 2014 – 2019 stale notowana w pierwszej dziesiątce rankingu Kompas Młodej Sztuki. W 2017 i 2018 zdobyła w nim drugie miejsce. W 2019 zdobyła stypendium Fundacji Grazella im. Anny Marii Siemieńskiej dla wybitnych młodych twórców. Tworzy niezwykle osobiste prace oparte o wspomnienia, przeczucia, sny. Opowiada refleksyjne historie o ludziach. Jej obrazy znajdują się w kolekcji Muzeum Sztuki Współczesnej w Gdańsku oraz w wielu kolekcjach prywatnych w kraju i za granicą.

 

W sierpniu widziałam Twoją wystawę „Nieistnienie” w BWA w Zamościu. Teraz mam przyjemność oglądać prace, które przygotowujesz na kolejną wystawę. Zdradź coś o niej.

Wystawa „Nieistnienie” była dla mnie wyjątkowo ważna, ale też wyjątkowo mocna i trudna jeżeli chodzi o emocje. Było w niej dużo głębi i mroku, z którym trudno się ułożyć, który trzeba dostrzec i zaakceptować, ale który naznacza. Teraz jest taki moment, że chcę zwrócić się w inną stronę, ku rejonom bardziej naznaczonym światłem, kolorem, witalnością, życiem i błahością tego życia, błahostkami, które są bardzo ważne, bo pozwalają nam połączyć się z momentem teraźniejszym. Taka codzienność, jak szklanka wyciśniętego soku pomarańczowego, kawa w ulubionej filiżance, coś dobrego do jedzenia, gotowanie, spotkania z przyjaciółmi, miłość czy otaczanie się pięknem, jest niezwykle ważna. Relacja między bliskimi jest naznaczona czułością, ale też codziennością, którą czasem łatwo pominąć. Każda relacja jest złożona, natomiast w tej wystawie skłaniam się bardziej ku prostemu odbieraniu koloru życia, o którym chciałabym opowiedzieć poprzez obrazy w bardzo dosłowny sposób. Chcę, żeby ta wystawa była o tym, że ważne są życzliwe  interakcje międzyludzkie, w których wiemy, że nie jesteśmy sami, że są ludzie, którzy nas akceptują takimi, jakimi jesteśmy. 

Zaplanowałam szesnaście obrazów, bo zdecydowałam się ograniczyć i skondensować wystawę do mniejszej ilości płócien, niż wcześniej. Chciałam dać sobie przestrzeń na oddech i na to, żeby dłużej pomyśleć przy każdym płótnie, niekoniecznie malować, ale po prostu pobyć z tym obrazem. Mam potrzebę, by praca nie była tak bardzo organiczna, jak jest zazwyczaj, kiedy nieraz przytłacza mnie w sensie fizycznym. Czasami też zabiera całą moją uwagę, co też ma swoje koszty, ale decyduję się na nie z różnych względów.

Z jakich?

Przede wszystkim dlatego, że kocham tę pracę. Malowanie jest dla mnie ciągłym rozwojem i cieszę się, że mam taką możliwość. Czas tworzenia wystawy jest bardzo ważny. Kiedy mam jej termin i chcę do niej skomponować taką a nie inną historię i pokazać określoną ilość obrazów, to wiem, że ta ilość spowoduje, że nie będę miała przestrzeni na wakacje, gotowanie i nicnierobienie.   

Malujesz teraz szesnaście obrazów. Czy zawsze w momencie planowania wystawy wiesz, ile będzie prac i jak one będą wyglądać? 

Tak. To jest dla mnie ciekawe odkrycie, że tłumaczę innym, w jaki sposób maluję. Wydaje mi się to oczywiste, bo jestem w tym od zawsze i to jest sposób, w jaki pracuję. Okazuje się jednak, że inni malarze robią to zupełnie inaczej, ale nie zastanawiałam się nad tym wcześniej. Niedawno rozmawiałam o tym z kolegą po fachu i okazało się, że on maluje jeden obraz i kiedy go skończy, to dopiero zaczyna kolejny. Mam inny sposób pracy, którego sobie nie wymyśliłam, on prostu wynika ze sposobu, w jaki myślę i funkcjonuję.

Przybliż proszę swój sposób pracy.

Zaczynam pracę nad wystawą wiedząc, o czym ona jest. Wcześniej mam już przygotowane podobrazia i wiem, jakie formaty będą na wystawie, co również decyduje o formie obrazów. To, czy format jest większy czy mniejszy, bardziej podłużny czy kwadratowy również dyktuje pewną tematykę. Oczywiście wiem, w jaką tematykę chcę iść, czy to będzie wystawa „Nieistnienie”, czy wystawa w Płocku, która była pokazana w dawnej żydowskiej mykwie w Galerii Sztuki. Im dłużej żyję, tym częściej widzę, że wszystko wynika z pracy, z tego, że mam doświadczenie w malowaniu, mam doświadczenie ze sobą oraz we współpracy z innymi przy tworzeniu wystaw. Od ukończenia studiów zrealizowałam dwadzieścia trzy wystawy indywidualne. To jest wielki nakład pracy, bo wszystkie składały się z nowych zestawów prac. Każda z nich była zamkniętą całością. Może raz czy dwa zdarzyło się, że obraz się powtórzył. Mam jeden obraz w swojej kolekcji, który jest dla mnie bardzo ważny. Nie jest na sprzedaż, ale od czasu do czasu pokazuję go na wystawie. Wiele się nauczyłam na przestrzeni lat, więc wiem, jak układać sobie pracę. Zaczynam obrazy równocześnie. W przypadku tej wystawy widzisz wszystkie szesnaście obrazów w trakcie pracy. Niektóre są prawie skończone, inne są jeszcze w szkicu. Zaskakujące jest to, że czasami obrazy, które najdłużej pozostają w szkicu, czasem nawet przez cały proces, zostają skończone jako pierwsze, kiedy dopinam wystawę.

Jak dopinasz każdą wystawę?

Muszę umieć wszystko logistycznie opracować. Po pierwsze obrazy muszą być ze mnie, muszą być autentyczne i autentycznie przeżyte, muszą wynikać z włożenia cząstki siebie w pracę. A po drugie musi być porządek, dyscyplina oraz świadomość tego, jak dana wystawa się buduje i na kiedy się zbuduje. Wiem, że jeżeli do wystawy będzie wydawany katalog, to muszę mieć obrazy gotowe miesiąc wcześniej i muszą zostać sfotografowane przez profesjonalnego fotografa. Moje prace fotografuje Mateusz Torbus – świetny fotograf, który potrafi lepiej, niż ktokolwiek inny zrobić to tak, żeby się nie błyszczały, żeby kolory były trafione i opracować wszystko w mistrzowski sposób. Jeżeli ktoś robi wywiad ze mną lub pisze tekst do katalogu, to zależy mi, żeby miał czas przyjrzeć się tym obrazom i  przestrzeń dla siebie, by na spokojnie coś napisać i spotkać się ze mną. Często jest tak, że pokazuję osobom piszącym swoje prace już w trakcie tworzenia, bo obraz w trakcie pracy jest żywym tworem.   

Czy któryś z tych szesnastu obrazów jest skończony?

Żaden nie jest skończony, wszystkie są otwarte na moją ingerencję. Każdy obraz jest jak drugi człowiek. Współpraca z nim zależy od wielu czynników – od tematu, od materii tego obrazu, od moich możliwości, które wynikają z mojego zainteresowania tym obrazem i chęci zgłębienia danego tematu w danym momencie. Wiesz, to też jest trochę tak, że obraz schnie, a to jest farba olejna i obraz w trakcie schnięcia potrafi się sam domalować. Przychodzę jednego dnia i nagle się okazuje, że farba osiadła w tych miejscach, w których miała osiąść, zadźwięczała w tych miejscach, w których kolor miał zabłysnąć i już nie muszę nic więcej robić, obraz sam się domalował. Oczywiście ja to wszystko ostatecznie kontroluję. Czyli z jednej strony spontaniczność i intuicja, z drugiej strony dyscyplina i kontrola. Ćwiczę się w odpuszczaniu tej kontroli, bo chciałabym, żeby obrazy coraz bardziej wychodziły poza wszelkie moje plany. Bardzo lubię eksperymentować. Zawsze rysowałam i malowałam w różnych technikach, co daje mi dużo wiedzy o sobie i o tym, co jestem w stanie wykonać. Chcę pokazywać siebie w różnych odsłonach i chciałabym, żeby rysowanie szło równolegle do malarstwa. Jedynie czego potrzebuję, to trochę dłuższego dnia, żeby móc wszystko zrobić.

Często zamalowujesz coś na obrazie?

Picasso powiedział: „Jak wyjdzie ci coś ładnego, zamaluj to”. Czasami tak jest, że coś w obrazie jest śliczne, atrakcyjne i takie idealne, ale dla dobra całego obrazu trzeba z tego zrezygnować. Muszę wiedzieć o czym chcę opowiedzieć poprzez obraz. Oczywiście nie w sposób dosłowny na zasadzie: „co autor chciał przez to powiedzieć”, ale muszę wiedzieć, gdzie naprowadzić wzrok widza, czym go ukoić, czym ściągnąć jego uwagę, w którą stronę przesunąć atencję, i ja to robię. Mogę ci pokazać przykład – na tym obrazie jest wiele postaci, ale tych trzech twarzy nie było od początku, scena rozgrywała się tylko pomiędzy tymi przy stole. Jednak wprowadziłam te trzy zaglądające na różnych płaszczyznach twarze i wydaje mi się, że zadziało się w tej pracy coś więcej. Oczywiście ona wymaga jeszcze sporo pracy. Bardzo lubię ten końcowy etap tworzenia. Kiedy malowałam w ogrodzie w Szczebrzeszynie, sympatyczny człowiek odwiedzając moją sąsiadkę zawsze zaglądał i mówił: „Ale on już jest skończony”.   

Rozumiem go, bo też bym tak powiedziała o kilku z tych szesnastu obrazów. Lubisz ludziom tłumaczyć swoje obrazy, czy uważasz, że to w ogóle nie powinno mieć miejsca?  

Lubię ludzi i lubię z nimi rozmawiać. Odpowiadając na pytania, dowiaduję się pewnych rzeczy o sobie. Muszę sformułować coś, co tak naprawdę bardziej czuję i wtedy praktykuję słowa. Przez to, że odbiorca zadaje pytania, wychodzę z własnych granic widzenia i rozumiem, jak pewne rzeczy mogą być postrzegane. Nie muszę się z tym zgadzać, natomiast przez to uczę się o innych. Maluję o ludziach, więc kontakt przez spotkania, szczególnie na wernisażach jest dla mnie wyjątkowym momentem i okazją, żeby przyjrzeć się drugiemu człowiekowi. Często sama kieruję rozmowę tak, aby móc słuchać. Poznaję niesamowitych ludzi i bardzo to doceniam.

Myślę, że obraz jest autoportretem każdego malarza, bo zamykamy w nim swoją estetykę, własne emocje i doświadczenia. Jeżeli widz ma z tym obrazem coś wspólnego, to znaczy, że ma coś wspólnego ze mną, bo w sztuce szukamy własnego autoportretu. Według mnie, kiedy słuchamy muzyki i coś z nami rezonuje, kiedy czytamy książkę i zatrzymujemy się na jakimś fragmencie, to zwykle jest to po części nasz autoportret, czyli coś, co w danym momencie odczytujemy jako własne i bliskie. Ponieważ maluję tak bardzo od serca, to jeżeli ktoś przyjdzie na wystawę i spojrzy na moje obrazy osobiście i szczerze, to mamy szansę na bardzo ciekawą rozmowę. Oczywiście dużo zależy od tego z kim rozmawiam. Mogę się do kogoś zbliżyć, ale czasem pozostaję bardziej formalna. Podoba mi się to, że mogę tłumaczyć sprawy techniczne, bo wydaje mi się, że to jest interesujące. Jednak czasami historia stojąca za obrazem jest tak osobista, że nie każdemu mogę, nie każdemu chcę i myślę, że nie każdemu muszę ją opowiadać.  

Mam nadzieję, że to nie będzie zbyt osobiste, jeśli zapytam o maski na Twoich obrazach. Kiedy się pojawiły w Twoich pracach i dlaczego?

Maski pojawiły się na moich obrazach w 2013 roku, kiedy przeprowadziłam się do Budapesztu. Miałam tam w swojej sypialni obraz „Gawędziarz” inspirowany książką Vargasa Llosy o tym samym tytule, który namalowałam w Krakowie. Po pół roku pobytu w Budapeszcie przemalowałam go. Wykorzystałam jego nastrój i wszystkie postaci, które na nim były, ale nadałam mu inny wyraz nakładając maski. Dodałam osoby, dłonie, gesty. To się splotło w czasie z moim doświadczeniem wyrwania się ze znanych i bezpiecznych kręgów krakowskich. Czułam się bardzo związana z Krakowem i postrzegałam siebie w kontekście tego miasta, rodziny, akademii. To był szczególny moment po ukończeniu ASP. Wcześniej myślałam o sobie, jak o studentce, wcześniej licealistce, jeszcze wcześniej, jak o dziecku swoich rodziców i  zawsze miałam jakąś tożsamość. Potem wyszłam z  akademii i nagle pojawiały się stany, w których nie miałam tożsamości, nie wiedziałam kim jestem. Tym bardziej, że nie należałam do kategorii artystów, bo zawsze starałam się z niej wyjść. Ona mi nie pasuje. Zawsze mówiłam o sobie jak o malarce, nie artystce. Chciałam malować, ale nie należeć do śmietanki artystycznej, nie bywać. Kraków trzymał mnie w tej kategorii, byłam na swoim bezpiecznym podwórku.

I naraz nowe miejsce, nowe postrzeganie siebie?

Wyprowadziłam się do Budapesztu wraz z pracownią i nagle zrozumiałam, że ja to ja, bez względu na miejsce, bo miejsce wpływa na człowieka, ale go nie określa. W Budapeszcie odkryłam, że jestem poza tymi wszystkimi kontekstami, o których myślałam wcześniej. Ale to nie był łatwy czas. Nie wiedziałam, jak potoczy się moje życie, czy ktoś zechce ze mną współpracować, nie miałam żadnych gwarancji, że wystawa się uda, że się sprzeda itd. Cały czas myślałam, czy się utrzymam, czy dam radę, czy węgierska poczta dostarczy obrazy na czas. DHL był dla mnie za drogi, więc pakowałam obrazy w paczki i wysyłałam do galerii w Polsce. Szukałam galerii w Budapeszcie, ale okazało się ze bariera językowa jest ogromna, że kultura jest inna, itd. 

Obserwowałam siebie i uczyłam się siebie na nowo poprzez inne miejsce. Zrozumiałam wtedy, że ludzie zakładają maski, że pewne rzeczy są i pozostaną dla mnie niezgłębioną tajemnicą. Sama dostrzegłam, że jestem w masce. Lekko ją uchyliłam, bo życie zweryfikowało pewne moje stwierdzenia o sobie i zaczęły dochodzić do mnie uczucia, których wcześniej nie dopuszczałam do siebie, bo nie do końca żyłam zgodnie ze swoją intuicją. Jako kobieta wychowana w Polsce jestem naznaczona pewnymi przekonaniami o tym, jakie są nasze role i jak nasze życie powinno wyglądać. Akademia też bardzo naznacza i trzeba zbudować się na nowo po jej ukończeniu. W Budapeszcie dużo spacerowałam, żeby poznać miasto. Poza tym miałam pracownię w mieszkaniu, wiec musiałam wychodzić dla zdrowia psychicznego. Mieszkałam w Budzie, chodziłam do Pesztu i odwiedzałam też zoo. To piękny, zadbany ogród. Jestem przeciwna idei zoo, ale na tamten moment nie czułam się tam smutna. Znajduje się tam przepiękna kolekcja masek afrykańskich, które zapadły mi w pamięć. Spacery, maski, niezgłębiona i tajemnicza kultura węgierska. Wtedy zaczęłam malować maski. Z perspektywy czasu widzę, że one przybierały różne formy.

Jakie?

Z jednej strony były o niemożliwości poznania drugiego człowieka. Z drugiej, próba odsłony powoduje, że nagle można zobaczyć wyraz ust, blask oczu, gest dłoni, dostrzec jaka ona jest – naznaczona czasem, silna czy delikatna. Przez to, że coś zasłaniam, to odsłania się więcej, np. fragment ucha, szyi, włosów, ubrania, biżuterii. W tych maskach, w których może być jakieś kłamstwo, czy teatr zaczęłam widzieć moc. Zauważyłam, że patrząc na maski, zaczyna się dostrzegać to, co jest pod nimi. Z biegiem lat zaczęłam malować obrazy z myślą o tym, żeby wyrazić wszystko to, co trudne w relacjach międzyludzkich, wszystko co piękne, co puste, co jest ułudą i kłamstwem, ale również prawdą. Zaczęłam traktować obrazy z maskami jak sztukę teatralną, w której opowiadam poprzez maski historię, która jest dla mnie autentyczna. To jest zwykle historia o jakiejś opresji wobec siebie samej, o opresji kultury i oczekiwań innych, które zawsze nam towarzyszą. Ludzie często nie mogą wyzbyć się szkodliwych oczekiwań wobec innych i czasami jesteśmy w relacji z taką osobą. Wtedy nawet jeśli ona nie czyni nam nic złego, to jednak czyni. Od nas zależy, czy zostajemy w tej opresji i zakładamy maskę, którą ta osoba nam podaje. I czy jesteśmy na takim etapie dojrzałości i czasu w naszym życiu, że możemy dostrzec, że to jest maska, a nie nasza własna twarz.

Duże pole do interpretacji tych prac z maskami.

W tych obrazach jest wiele warstw. Wśród nich ta, która opowiada, że każdy w pewnych sytuacjach gra. Kiedy idziemy do urzędu, to jesteśmy inni niż na spotkaniu z kumplami itd. Gdy spotykam się ze starszą osobą, która nie znosi głośnego zachowania, to staram się dostosować do jej oczekiwań, ale kiedy spotykam się z moją siostrą, to głośno się śmiejemy. Moje obrazy są również o tym, że ta maska nie jest negatywna. Zachęcam, żeby interpretować ją zupełnie dowolnie. Jeśli ktoś ma niepokoje związane z nimi, to są to słuszne niepokoje związane z ich odbiorem. Coś takiego zadziało się w jego życiu, że na ten moment maska go niepokoi. Inni są na odmiennym etapie życia i tego niepokoju nie odczuwają, nie dostrzegają w nich niczego, co mogłoby ich drażnić emocjonalnie. Są również ludzie, dla których maska dodaje wigoru obrazowi i postrzegają ją bardzo pozytywnie. Za każdym razem jest to inna opowieść, bo maska razem ze mną ewoluuje i jest świetną formą dopowiadania różnych rzeczy. Ale nie przywiązuję się do niej. Nie wykluczam, że ona kiedyś zniknie z moich obrazów.

Jak ci się żyło i malowało za granicą?

Po tych doświadczeniach stwierdzam, że jestem ogromną patriotką, bo tęsknię za Polską. To jest miejsce, w którym czuję się najlepiej. Ponadto jestem bardzo mocno związana z moją mamą i siostrą. Żal mi zawsze czasu, w którym jestem daleko od nich. I cieszę się, że wróciłam w odpowiednim momencie, bo przed brexitem, bo skorzystałam z tych wszystkich lat i to chyba uratowało mi życie z różnych względów. Miałam świetny instynkt, posłuchałam go i to był idealny moment, żeby wrócić. Doświadczenie z Budapesztu i Anglii jest bardzo interesujące i bardzo wpłynęło na moje malarstwo. Każdy z tych etapów był ważny rozwojowo i gdyby nie one, nie byłabym tu, gdzie jestem.

Wyjeżdżając myślałaś, że jedziesz na zawsze?

Tak, myślałam, że nigdy nie wrócę do Krakowa i czułam się z tym bardzo źle, przełykałam gule w gardle i miałam łzy w oczach. Było to ogromnie trudne na wielu płaszczyznach i w malarstwie znajdowałam wtedy schronienie. Oczywiście starałam się korzystać z tego, bo podróże są bardzo ważne dla malarzy, dla artystów, dla twórców. Podróż uczy o innym świecie, spotykamy innych ludzi, inną kulturę, wychodzimy ze swoich ram i dowiadujemy się o sobie czegoś nowego. Praca tam wyglądała zupełnie inaczej, obrazy były moje, ale naznaczone tymi miejscami. W 2016 roku zrobiłam wystawę „Genius loci”, która składała się z obrazów namalowanych w Anglii opowiadających o moich peregrynacjach i o duchu miejsca właśnie. Szczebrzeszyn, Zamość, Kraków, Budapeszt czy Segowia w Hiszpanii, skąd pochodzi mój mąż – te wszystkie miejsca naznaczają i wszystkie podróże również. Stamtąd wynosi się światło, kolory, pamięć o przyrodzie, o ludziach i to jest wielką wartością. Natomiast dobrze czuję się w Krakowie i jestem teraz w bardzo dobrym miejscu. Przeprowadziłam się blisko pracowni, więc zaoszczędzam dużo czasu na dojazdach, bo wcześniej jeździłam trzynaście kilometrów rowerem. Mam więcej czasu, przez co mogę więcej malować. Gdy pojawia się we mnie potrzeba, to zawsze mogę iść do pracowni. Żeby osiągnąć rezultat w malarstwie trzeba wiele pracy. Może łatwo być pracowitym w moim wykonaniu, bo wszystko zależy ode mnie. Ale trzeba mieć dyscyplinę. Jest również takie zagrożenie w moim zawodzie, że praca tak bardzo wciąga, że nagle okazuje się, że cały dzień pracuję. I okazuje się, że to jest tak interesujące, że sprawdzam maile o drugiej w nocy, bo czekam na wiadomość np. z korektą katalogu, który wydajemy do wystawy. To jest niesamowite, gdy praca łączy się z hobby. Wychodzę z pracowni, idę do domu i rysuję. Jest więc ryzyko nadmiernej pracy, ale najpierw trzeba je sobie uświadomić.

Świadomość to tylko część sukcesu.

Ważne, by uczyć się na swoich błędach i później za każdym razem korygować swoje postępowanie i nie odpuszczać, bo nie uczymy się raz na zawsze, nie zmieniamy stylu życia i tak już zostaje. Wydaje mi się, że najważniejsze, żeby mimo pomyłek, mimo powrotu na swoje dawne, niekorzystne dla zdrowia czy psychiki ścieżki, być tego świadomym, ale nie karcić się, nie oceniać, tylko ponownie wchodzić na dobry tor. To nie jest proste. Mam dużo wiedzy, którą zdobywam z innych dziedzin i stosuję ją we własnej pracy, w kontekście świadomości, obserwacji siebie i tego co robię, bez oceniania, ale ze zrozumieniem w jakiej sytuacji znajduję się ja i moje ciało.

Najgorsze jest to, że osoby które unikają kontaktu ze sobą i poznania prawdy o sobie, żyją wbrew sobie i pozwalają na to przez długie lata. Nie podejmują decyzji, nie zamykają pewnych spraw, nie wchodzą na kolejne etapy. Niestety w pewnym momencie następuje tąpniecie i życie do nich przychodzi, i za nich decyduje, i ich szokuje. Można było pewne rzeczy zrobić wcześniej i nie byłoby wielkiej katastrofy. Ale z drugiej strony, taka katastrofa pokazuje nam, jak było i to też ma sens, bo z tego można się pozbierać i wyciągnąć wnioski. Można dokonać pewnego zwrotu i być bardziej uważnym na to, co się z nami dzieje.

Czasem wpisujemy się w sztywne ramy zamiast dać się ponieść sytuacji i nawet pozwolić sobie na błędy. Może nam coś nie wyjść, ale będzie bardziej autentyczne, niż wtedy, gdy jest niby perfekcyjne, ale sztuczne. To też jest ważne w malarstwie, żeby dać się nieść temu, co jest w danej chwili, co ten etap życia i ten etap doświadczenia przynoszą. Ważne, żeby nie było w naszym działaniu wymuszenia, żeby się nie bać próbować i podejmować pewne wyzwania wbrew wszystkiemu.

Rozumiem, że pozwalasz sobie na błędy w swoim malarstwie?

Tak. Od czasów skończenia akademii, każdy malarz zmaga się z materią obrazu i nie jest tak, że wszystkie obrazy wychodzą spod pędzla genialne, idealne. W związku z tym, że maluję w technice olejnej, dzieją się różne rzeczy. Czasem obraz tak mnie morduje w trakcie pracy, że trzeba go zamalować lub przemalować, schować lub wydobyć jakąś postać, zmienić kompozycję, zmienić kolorystykę albo cały obraz zmyć i malować na nowo. W technice olejnej można popełniać błędy. Maluję warstwami. Są artyści, którzy malują cienko, gdzie każdy ruch pędzla ma znaczenie, ale ja nie żałuję farby. Potrafię po wielokroć przemalowywać obraz, przez co widać fakturę na moich pracach. Są osoby, które to niepokoi, nie są do tego przyzwyczajone, bo moje obrazy inaczej wyglądają na zdjęciu a inaczej na żywo. Często ludzie mówią, że trzeba je oglądać na żywo, bo są jak obiekty, mają fakturę, mają w sobie materię, są nieraz taką małą płaskorzeźbą.

Zgadzam się z tym w pełni.

Są oczywiście prace, które maluję gładko, delikatnie, bo wszystko zależy od obrazu. To jest, jak w relacjach z człowiekiem. Czasem jest flow, od słowa do słowa i obraz skończony. Innym razem ta rozmowa mnie pochlania, jest wielowątkowa, wielowarstwowa. Czasami mnie przerasta, zmagamy się ze sobą, zgłębiamy i okazuje się, że nauczyłam się czegoś na trudnościach, które mi ten obraz sprawiał. Przekraczając pewne swoje ograniczenia, dowiedziałam się czegoś o sobie, o swoim malarstwie i zrobiłam progres.

Twórca czasem doświadcza daru łaski, czyli coś przychodzi spoza niego, przydarza się tak po prostu. Ale, żeby tak się zdarzyło, to musi być mnóstwo konwersacji przy wcześniejszych obrazach, które sprawiają, że zatrzymujemy się w pewnym momencie i nie wiemy co dalej. Tego nie widać, to wszystko dzieje się pomiędzy prywatnymi odczuciami. Jesteśmy w jakiejś wiedzy o sobie, w takim wsobnym świecie i trudno z tego wyjść. Są momenty, kiedy wybijam się z tego, widzę siebie spoza siebie, ale rzadko. W malarstwie staram się nie być osobą zamkniętą na siebie, która ma stereotypy o sobie i przez to tworzy określone rzeczy.  

Ilość Twoich obrazów i wystaw jest imponująca. Łatwo wyciągnąć wniosek, że bardzo dużo pracujesz. Dlaczego aż tak dużo?

Mam dużą dynamikę pracy i dla niektórych ludzi może to wyglądać z zewnątrz bardzo niepokojąco. Dużo pracuję, bo sztuka nie bierze się tylko z odpoczynku, myślenia nad koncepcją i takiego szwendania się po świecie, przynajmniej nie moja. Pracuję dużo z potrzeby rozwoju, z potrzeby podążanie dalej ścieżką, którą idę. Wydaje mi się, że praca ma wartość sama w sobie. Jeżeli zostanę tydzień w domu, będę się krzątać i coś robić, to prędzej czy później przyjdzie mi do głowy pomysł, że muszę iść do pracowni, bo jednak coś mnie tam ciągnie, pewna ciekawość czystego płótna. Są ludzie, którzy boją się takiego płótna i nie wiedzą, co na nim namalować, a ja się boję, że nie zdążę namalować wszystkiego, co bym chciała.

Sposób, w jaki maluję, to jest pewna narracja, historia, która się dzieje. Jest to opowieść, która nigdy się nie kończy, bo kolejna ciągnie kolejną i chciałabym mieć możliwość opowiedzenia ich. Chyba każdy młody człowiek ma przeświadczenie, że nie dożyje starości. Ja mam i dlatego się spieszę. Chciałabym zwolnić i staram się zwolnić, na przykład tą wystawą, nad którą pracuję. Uczę się nawigować tak, żeby na początku w bardzo podstępny sposób podejść siebie i spowodować, że chcąc nie chcąc zwolnię tempo. Nie będę już pokazywać więcej niż dwadzieścia obrazów na wystawie. Zmniejszam również ilość tych, które będę wypuszczać z pracowni. Poza tym rodzi się pytanie, czy ja muszę wszystko wypuszczać z pracowni, bo może powinnam zachowywać obrazy dla siebie. Dzięki temu, w wieku np. sześćdziesięciu lat, będę mogła zrealizować wystawę z obrazów, które zostały ze mną. Jednak wciąż myślę, żeby zdążyć, tyle jest do zrobienia, tyle jest do przeżycia.

Może ten pośpiech wynika z Twoich doświadczeń życiowych?

Byłam dzieckiem myślącym o tym, czym jest śmierć, czym jest przemijanie. Interesowało mnie to bardzo i w moich obrazach wszystko jest o upływie czasu, o zamykaniu pewnych etapów, o nieobecności tych, którzy byli obecni. Ja o tym maluję i jestem tego świadoma, że siedemdziesiąt, osiemdziesiąt czy dziewięćdziesiąt lat, które żyje człowiek, to jest nic. Od zawsze mam przeświadczenie, że żeby życie nie uciekło, to trzeba je łapać. Mówię, że ważne jest dla mnie tylko malarstwo i praca w pracowni, ale tak naprawdę interesuje mnie dużo różnych rzeczy poza pracą i poświęcam na nie dużo czasu. Zawsze jest w tle film, literatura i sport. Ciągle pływam, ze względu na zdrowie oraz przekonanie, że warto zachować balans. 

Uważam, że trzeba ufać swojej intuicji i silnym przekonaniom. Coraz bardziej do mnie dociera, że warto mieć czas na to, żeby pomyśleć i żeby w tym myśleniu uważnie posłuchać tego, czego się naprawdę chce – i w malarstwie, i w życiu. Wydaje mi się, że malując nie tyle analizuję, co przepracowuję pewne sytuacje i przyglądam się ludziom. Coraz bardziej wszystko wydaje mi się złożone i  zamknięte w całość. Widzę pewne połączenia i intuicja, której możemy się bać, kiedy idzie w dziwną stronę, jest niezwykle ważna. Jesteśmy częścią natury i wydaje mi się, że trzeba dać sobie możliwość, żeby słuchać intuicji w racjonalny sposób. Natura komunikuje się bowiem na różnych poziomach i pewne rzeczy po prostu wyczuwamy. Myślę, że intuicja to jest nasze doświadczenie, które wynika nie tylko z tego, że nabyliśmy wiedzę, ale też z tego, czego dowiadujemy się o życiu. Przechodzimy przez różne etapy, umysł wszystko przepracowuje, te zasoby się gromadzą i potem z nich korzystamy. Możemy tego nie rozumieć na poziomie intelektualnym, ale na poziomie poczucia pewne rzeczy się dzieją.  

Wiele rzeczy dzieje się w snach. Często pamiętasz swoje sny? 

Tak, bardzo często. Są nawet metody, które pozwalają  je lepiej zapamiętywać. Kiedyś starałam się stosować jedną z nich i być może zadziałała. Kiedy się obudzisz, to spisujesz sny i robisz tak codziennie. Umysł uczy się wtedy zapamiętywać, co ci się śniło. Wydaje mi się, że sny są bardzo ważnym przekaźnikiem czystej intuicji i archetypów, które się przewijają międzypokoleniowo. W psychoanalizie czy w filozofii można to wszystko połączyć w ciekawą historię, która ma sens. Jestem przekonana, że bardzo dużo z tych snów, których nie pamiętam i tak maluję, bo moja podświadomość pamięta wiele rzeczy, które w nich odczuwałam. Mam czasem sny, które nazywam snami innych ludzi, bo są tak bardzo oderwane ode mnie. I to też jest fascynujące.

Masz sny, które się powtarzają, ciągle wracają i wracają?

Mam powracające sny. Jest kilka tematów, które do mnie wracają i jestem w stanie je odczytywać. Oczywiście to jest bardzo osobisty temat, z którym mierzę się również poprzez obrazy. Staram się też od czasu do czasu pisać bardzo szczerze o tych sprawach w kontekście obrazów, ale też czasami nie jestem gotowa na to, żeby w obrazach i w słowach tak bardzo się odsłaniać. Z takich powracających snów, najtrudniejszy i najbardziej typowy dla sprawy, która jest trudna i niezakończona jest sen z moim Tatą. On jest w tym śnie, ale ja nie mogę zrozumieć, jak to możliwe, że On jest i żyje, bo mój Tato zmarł przedwcześnie. W tym śnie dowiaduję się, że on jednak żyje, co powoduje, że nie wiedząc, że to sen najpierw się głowię, jak to możliwie, później przyjmuję to do wiadomości. Cieszę się, próbuję z Nim tam funkcjonować, po czym dowiaduję się, że zachorował i już wiem w tym śnie, że znowu zaczyna się proces Jego odchodzenia zakończony śmiercią. Ten sen na przestrzeni lat do mnie wracał, ale dawno mi się nie śnił.

Sama podejmuję decyzję, że nie kończę spraw związanych z tymi, którzy odeszli, bo wydaje mi się, że przez smutek, który nie jest złym uczuciem i przez sentyment oraz tęsknotę za kimś, jestem bliżej tych osób pomimo bólu. Mam taki wybór i wolę, żeby ten ból ze mną szedł przez życie niż, żeby go nie było. 

Dużo w naszej rozmowie spotkań – z człowiekiem, obrazem, podróżami czy snami. Jakie były najważniejsze spotkania w Twoim życiu?

Trochę tak, jak z wystawami, że każdą najbliższą wystawę uważam za tę najważniejszą, tak też myślę o spotkaniach, starając się zawsze być czujną i otwartą na tego, z kim przyjdzie mi się spotkać. Mam szczęście do ludzi i moje życie było, jest i wiem, że będzie serią ważnych spotkań. Nie stopniowałabym ich,  bo wszystkie były znaczące dla mnie i mojego życia. Mogę jedynie wyróżnić kilka takich, które przyczyniły się do zwrotów, stały się kamieniami milowymi i naznaczyły tor mojego życia.

W 2010 roku do mojej pracowni przyszli Wojciech Tuleya i Małgorzata Czyńska. Pojawili się dzięki Tomaszowi Jastrunowi, który pod wpływem mojej siostry Joanny Karpowicz skierował swoją uwagę na moje rysunki ilustrujące jej bloga “Na coś trzeba umrzeć” poświęconego pamięci naszego Ojca Sławomira Karpowicza. Od tamtej pory moja droga zawodowa jest stale wzmacniana i rozwija się z dużym współudziałem i wsparciem Galeriaart.pl. Mogę śmiało powiedzieć, że spotkania z Galerią to już spotkania z przyjaciółmi.

W moim życiu następowały jedne po drugich spotkania przypadkowe z osobami nieznajomymi, które tylko na moment pojawiały się w moim życiu  i co zaskakujące miały na mnie silny wpływ, właściwie były katalizatorami moich decyzji o zmianach. Te spotkania zachowuję dla siebie, są magiczne i bardzo ulotne, trudne do opisania słowami. Trochę tak, jak spotkania w snach, które też mają dla mnie duże znaczenie.

Każde spotkanie z moją mamą Anną Karpowicz-Westner i moją siostrą Joanną zaliczam do ważnych. Mam to szczęście, że są to wybitne jednostki i są moje, bliskie, ważne i niby na co dzień, zwyczajne, a jednak wyjątkowe i najważniejsze. Tak samo spotkanie z moim Mężem – wyjątkowe i bezcenne. Cieszę się, że spotkałam w podstawówce grupę bardzo inteligentnych i fajnych ludzi, którzy wyrośli razem ze mną i możemy się spotkać tak, jak spotykają się tylko ludzie, którzy znają się ponad trzydzieści lat. Wyróżniłabym na koniec spotkanie z bliską mi kobietą, Elą, osobą czułą, wrażliwą, kochającą, która pokazała mi na czym polega dobroć i przyjaźń oraz solidarność kobieca. Ela była moją teściową. Jestem ogromnie wdzięczna, że ją spotkałam.

Spotykasz się z krytyką?

Tak.

Jak sobie z nią radzisz?

Mam takie samo podejście do krytyki i do komplementów. Nie lubię takich zwrotów „jedna z najciekawszych malarek”, „jeden z najciekawszych artystów”, które brzmią dla mnie drażniąco, bo pojawia się ocenianie i segregowanie, że są ciekawsi i mniej ciekawi. Pytanie brzmi, czy jesteśmy w stanie ocenić coś bez perspektywy czasu. Krytyka zupełnie nie trafia we mnie, jeżeli w ogóle jej nie rozumiem, a takiej jest mnóstwo. „Czemu pani tak maluje a nie inaczej, czemu oni wszyscy są smutni a nie uśmiechnięci” – zdarzają się różne takie spostrzeżenia, które tak naprawdę często mówią bardziej o tych ludziach niż o moich obrazach. Nie przyjmuję wielkich pochwał i krytyki dotyczącej tego, jak powinnam malować, czy jaką osobą powinnam być, chyba, że są to słowa od osoby, na której mi zależy, którą szanuję i jest mi bliska. Wtedy też staram się mieć do tego dystans, bo ostatecznie wiem, że jeżeli się czegoś nie czuje i nie robi w zgodzie ze sobą, tylko pod wpływem czegoś z zewnątrz, to to ma zawsze krótkie nogi i prędzej czy później podetnie gałąź, na której się siedzi.

Będąc w świecie sztuki nie wyobrażam sobie bycia sterowanym z zewnątrz i bardzo współczuję wszystkim, którzy są w takiej sytuacji. Są osoby, które z różnych powodów jako twórcy stają się wykonawcami cudzych wizji na swój własny temat. Mam ten komfort, że jestem wolna od tego. Jakakolwiek uwaga od galerii, z którą współpracowałam, krytyka sztuki, recenzenta czy odbiorcy, że powinnam  iść w inną stronę nigdy w życiu nie wpłynęła na moje malarstwo. Tak samo było z uwagami profesorów na ASP, od których słyszałam, że lepiej rysuję niż maluję, albo, że powinnam zająć się rzeźbą, bo jestem w tym dobra. Wtedy zaczęłam budować zbroję, bo stwierdziłam, że twórczość musi być wolna od nakładanych na nas sztampowych form.

Pamiętasz jakąś krytykę, która miała dla Ciebie znaczenie?

Jest jedna krytyka, która zapadła mi w pamięć i do tej pory uważam ją za bardzo mądrą. Padła z ust Iwony Kargol-Dębickiej prowadzącej  galerię „2 światy” w Krakowie, w której otworzyła przede mną możliwość zrealizowania pierwszej wystawy indywidualnej w 2011 roku. Iwona jest silną, niezależną i bardzo energetyczną kobietą. Powiedziała „Kasiu nie możesz być taka grzeczna, pamiętaj, że grzeczne dziewczynki idą do nieba, a niegrzeczne tam, gdzie chcą”. Od początku, przez wszystkie kolejne lata i organizowane wystawy, próbowałam znaleźć równowagę pomiędzy wewnętrznym buntem przed byciem grzeczną oraz moją wielką miłością do bycia grzeczną i uprzejmą. Bardzo dobrze odnajduję się w takiej brytyjskiej uprzejmości. Może to są po prostu moje granice. Często sobie nucę „I’m old fashioned but I don’t mind it”, jak śpiewał Chet Baker i rzeczywiście mam potrzebę zachowania pewnych ram. Moja siostra uważa, że ta moja grzeczność i uprzejmość jest bardzo funkcjonalna, bo buduje pewien dystans.

Twoja grzeczność nie przeszkadza Ci w tym, by być asertywną i podążać własną drogą.

Pamiętając o tym, że niegrzeczne dziewczynki idą tam, gdzie chcą i równocześnie wiedząc, że lubię zachowywać pewne formy, w jakiś naturalny sposób potrafiłam to połączyć i stawiam na swoim, maluję takie obrazy, jakie chcę tworzyć. Nikt nie wchodzi w moje kompetencje i ci, którzy chcą ze mną współpracować, akceptują to, co robię i nie dyktują mi tego, co będzie dalej. Jeżeli ktoś do mnie pisze z prośbą o namalowanie określonego obrazu, to odmawiam i proponuję dostępne prace. Nie mogę nagle wracać do tematu sprzed lat, który już nie jest dla mnie aktualny, dlatego, że on jest dla kogoś interesujący. Ludzie proszą o obraz z określonego cyklu czy serii. Mam np. cykl dzikich zwierząt śpiących z ludźmi. W intuicyjny sposób wpadłam na ten temat i malowałam z wewnętrznej potrzeby. Potem okazało się jak mogłam je odczytywać, bo widząc swoje obrazy z dystansu, dostrzegam, że intuicyjnie przewiduję pewne rzeczy, które później się wydarzają. Obrazy są dla mnie sygnałami przyszłości, np. dwa, trzy lata wcześniej dają głos, a później patrzę wstecz i widzę, że ja to wszystko namalowałam. Wracając do obrazów ze  zwierzętami, to już takich obrazów nie maluję. To był etap, który jest dla mnie na ten moment zamknięty. Nie byłabym w stanie teraz namalować takiej pracy, bo to byłoby dla mnie sztuczne. Nie mam czasu na sztuczność. Mam to szczęście, że cały czas mam zapełniony tym, żeby być w zgodzie ze sobą i robić to, co na dany moment mnie zajmuje.

Wolna kobieta, która robi co chce, nie ulega wpływom i jest w stanie utrzymać się ze swojej pracy twórczej. Tylko pozazdrościć.

Być może, ale to nie jest tak, że to jest mi dane. To są lata ciężkiej pracy i wydobywania się z różnych sytuacji. Na moje życie składa się wiele różnych żyć, które zbudowały mnie taką, jaka jestem i musiałam przejść przez wiele trudnych sytuacji, żeby dojść do momentu, w którym teraz jestem. Od ukończenia ASP miałam to szczęście, że utrzymywałam się z malarstwa. Oczywiście to były  zupełnie inne zarobki niż teraz, ale pozwalały mi kupić farby, utrzymać siebie i kolejne obrazy, bo  na początku nie byłam w stanie sprzedawać wszystkich obrazów. Odrzucali mnie, wchodziłam drzwiami, wyrzucali mnie, więc wchodziłam oknem. Był taki moment, że współpracowałam z trzynastoma galeriami. Żeby to było możliwe, musiałam mieć w ofercie bardzo dużo obrazów, więc musiałam rezygnować z pewnych rzeczy w życiu. Ale nie robiłam tego ze smutkiem, wręcz przeciwnie, bo to, co mnie najbardziej interesuje, to siedzenie w pracowni. Myślę, że jestem takim typem człowieka. Dla wielu osób byłoby to niemożliwe, bo potrzebowałyby kontaktów towarzyskich, imprez, całej tej bohemy itp. Jestem dzieckiem artystów i  bohemę miałam w dzieciństwie w domu. Później nie chciałam nigdy w tym uczestniczyć i w związku z tym miałam więcej czasu na higieniczny tryb życia, dyscyplinę oraz skoncentrowanie się na pracy i rozwoju swojego malarstwa. Ważne, bym mogła stwierdzić, że zrobiłam wszystko, co mogłam, żeby dojść do tego momentu, w którym czuję się wolna od jakichkolwiek zależności, które powodowałyby, że musiałabym się do czegoś naginać. Oczywiście trzeba pamiętać, że ludzie, którzy są w dobrym momencie, mogą za jakiś czas zejść kilka stopni niżej lub wejść kilka stopni wyżej, że nic nie jest dane na zawsze, że wszystko w życiu jest w pewnym sensie splotem wydarzeń. Startowałam w 2010 roku, kiedy rynek sztuki w Polsce nie był tak rozwinięty, jak teraz. Obecnie są inne możliwości, więc jakbym teraz wyszła z Akademii Sztuk Pięknych, to pewnie spotkałaby mnie inna historia.

Wracając do malowania – wszystko się dzieje w zaciszu pracowni, w intymnej atmosferze własnego rozwoju, własnej pracy i bardzo chcę to chronić, zachowywać dla siebie, bo w dzisiejszym świecie właściwie wszystko się pokazuje i trochę się przeciw temu buntuję.

Jaką formę przybiera ten bunt?

Wiem, jak potrzebne są social media, choćby do tego, żeby pokazywać, co się dzieje, informować o wystawach, itp. Ale pokazywanie na bieżąco procesu pracy nad obrazem, co jest bardzo atrakcyjne dla odbiorcy, może być trudne dla twórcy. Do tego momentu, który jest bardzo ważny i trudny, intymny i kluczowy wpuszcza się inne osoby, a już pod wpływem wzroku i świadomości, że ktoś widzi, mogę się czuć inaczej i mogę być bardziej ograniczona w malowaniu, bo ręka bardziej mi się usztywni. Pokazywanie obrazu w trakcie pracy, pokazywanie procesu nie jest dobre. Teraz wymyśliłam, że nie pokazuję kolejnej wystawy, nad którą pracuję, tylko pokazuję prace archiwalne. Piszę o nich, o procesie twórczym, o refleksjach na dany moment i dobrze mi z tym, bo dzięki temu chronię siebie. Z jednej strony daję coś od siebie, a z drugiej nikt nie widział tego, co maluję na wystawę, nikt nie mógł uczestniczyć w procesie. Mogę o nim mówić, kiedy już jest skończony, kilka tygodni później, kiedy zupełnie inaczej to odczuwam, bo po pierwsze mam do tego dystans, po drugie już jestem na innym etapie. Wtedy to nie jest ten moment kluczowy, obrazy idą dalej i mogę już je pokazać nawet w szkicu. To jest dla mnie fajna sprawa, bo dużo maluję i mam dużo prac archiwalnych, których nie pokazywałam, a które poruszają ludzi. W momencie, kiedy były świeże były trochę pomijane. Teraz wzbudzają zainteresowanie.

To chyba efekt Twojej popularności?

Stoi za mną mnóstwo pracy, udowadniam, że istnieję i przekonuję do siebie, natomiast nie czuję różnicy pomiędzy moim malarstwem kilka lat temu a teraz. Cieszy mnie to, że ludzie przekonują się do moich prac. Na początku galerie czekały, chciały obserwować, odpisywali mi: „Nie jesteśmy zainteresowani współpracą, ale będziemy panią obserwować” albo „Fajne malarstwo, ale może kiedy indziej, będę obserwować”. Teraz te osoby być może chciałyby kupić tamte prace, ale już nie mogą, bo wszystkie są sprzedane. Mam pewną satysfakcję udowodnienia, że można. Pamiętam ten stres na początku, żeby mi zrobili wystawę, żeby się sprzedała, żeby się utrzymać, zapłacić rachunki itd. Mam to za sobą, ale też mam świadomość, że czasami jest trudno. Jestem z rodziny malarzy i wiem, że to nie jest łatwy zawód i może być różnie. Jestem chyba na wszystko przygotowana, najważniejsze żebym mogła malować i żebym nie musiała się nigdzie zatrudniać. To jest najważniejsze. Bo tam na pewno jest jakaś papierologia i choćby praca polegała na tym, że jest się profesorem, asystentem czy nauczycielem, to jestem przekonana, że poza uczeniem i byciem z ludźmi trzeba robić papiery.

Gdyby nie te papiery, chciałabyś uczyć?

Mam chęć przekazywać wiedzę i dzielić się nią. Kiedy młody malarz pisze do mnie, to potrafię doradzić. Byłam wolontariuszką w domu opieki dla starszych osób w Anglii i widziałam, jak bardzo owocna jest taka praca z ludźmi, gdzie przekazuje się coś od siebie, gdzie sztuka zmienia życie innych i gdzie nawiązują się relacje, w których ludziom coś się daje, a tak naprawdę się otrzymuje. Myślę, że młodzi ludzie w trakcie nauki czy po studiach potrzebują uwagi, czułości, pomocy, bo są w bardzo trudnym momencie. Nie zazdroszczę im. Cieszę się, że urodziłam się w innych czasach, że doświadczyłam innego życia, dorastałam w świecie analogowym. W moim liceum plastycznym dzieci nie miały dużo pieniędzy. Jak chcieliśmy się fajnie ubrać, to chodziliśmy do ciuchlandów. Widzę teraz, jak młodzież z bogatszych domów się ubiera, o co dba i z czym to się wiąże, i to jest trudne. Nie chciałabym być młodym człowiekiem w dzisiejszym świecie. Jeżeli myślałabym o nauczaniu i przekazywaniu swojej wiedzy w jakiejś formie, interesowałoby mnie to pod tym względem, żeby zaopiekować się nimi, ale boję się, że byłaby w tym papierologia, z którą sobie nie radzę. Tym bardziej, że jestem dyslektykiem. Radzę sobie w życiu, natomiast staram się unikać sytuacji związanych z urzędami, tabelkami itp. Jednak niczego nie wykluczam, nie wiadomo, co życie przyniesie. Może będę robić coś innego, choć wątpię, bo musiałabym za tym wędrować, a ja tego nie robię.

Przez całe życie wędrowałaś za malowaniem. Miałaś kiedykolwiek inne pomysły na swoje życie?

Od piątego roku życia pływam. Robiłam to na tyle dobrze, że proponowano mi intensywne treningi i w przyszłości wejście na drogę zawodowego sportu. Mama wytłumaczyła mi, że nie będę miała czasu na rysowanie i malowanie, więc zrezygnowałam. Chciałam być operatorem filmowym i to chyba widać w moim malarstwie. Maluję cyklami, buduję pewną poklatkową narrację. Jednak operator ma nad sobą reżysera, musiałabym więc uprawiać również ten zawód, bo cenię sobie niezależność. Tak naprawdę, odkąd pamiętam, wszystko przegrywało z malarstwem. Chcę tylko malować.

Życzę Ci więc, żebyś zawsze mogła malować i dziękuję za spotkanie.

Również bardzo dziękuję.

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *