Spotkanie z Agnieszką Sikorą

Agnieszka Sikora – założycielka i prezeska Fundacji po DRUGIE wspierającej dorosłą młodzież w kryzysie bezdomności. Z zawodu i wykształcenia dziennikarka specjalizująca się w tematyce społecznej. Pracowała w radiu, prasie i telewizji (m.in. TVN, TVN24). Ma na swoim koncie setki reportaży radiowych i telewizyjnych, m.in. dla programu UWAGA. Autorka cyklu dokumentalnego Dziewczęta z Falenicy o wychowankach zakładu poprawczego oraz książki Dziewczęta z poprawczaka. Absolwentka studiów podyplomowych z zakresu pedagogiki resocjalizacyjnej na Akademii Pedagogiki Specjalnej im. M. Grzegorzewskiej w Warszawie. 

 

Niedawno świętowaliście pierwsze urodziny Domu, w którym się spotykamy. Proszę coś o nim opowiedzieć.

To jest super miejsce – tak mi się wydaje. Otworzyliśmy ten Dom w ubiegłym roku, by wspierać młodzież doświadczającą bezdomności. Jest przeznaczony dla młodych ludzi, którzy mają od osiemnastu do dwudziestu pięciu lat. Fajne w tym miejscu jest to, że oni są w podobnej sytuacji, że są rówieśnikami. Dużo lepiej się tu odnajdują, niż w schronisku dla osób w kryzysie bezdomności, gdzie średnia wieku jest dużo wyższa niż ich. Tutaj jest im łatwiej się dogadać. Nie zawsze nam się to udaje, ale staramy się dbać o to, żeby ciągnąć ich do góry, żeby im pokazać, że ten wzór jest tam, gdzie komuś coś się udaje i robi coś fajnego. To, co jest przykre to fakt, że przez cały ten czas, czyli rok działania naszego Domu, zdecydowana większość mieszkańców, to były osoby w wieku od osiemnastu do dwudziestu lat.

Mamy tutaj szesnaście miejsc i staramy się, żeby to nie była jakaś instytucja, placówka, tylko żeby oni się tutaj czuli rzeczywiście jak w domu. Zależy nam, by uczyli się dbać o siebie, ale też o miejsce, w którym są i żeby krok po kroku pokonywali swoje trudności. Nigdy nie jest tak, że przychodzi do nas ktoś, kto ma wszystko ułożone w swoim życiu. Zawsze trafiają do nas osoby z problemami i trudnościami, więc dużo spraw muszą sobie poukładać, przepracować. Ten Dom jest pierwszym etapem naszej współpracy z młodym człowiekiem, który doświadcza bezdomności.

Co jest kolejnym etapem?

Jeśli wszystko jest dobrze, jeżeli ten człowiek ma pracę, ma jakieś środki finansowe, potrafi sobie poradzić z gotowaniem, praniem i różnymi czynnościami dnia codziennego, to kolejnym etapem jest mieszkanie treningowe. One są przeznaczone właśnie dla takich osób, które już trochę spraw ogarnęły i są bardziej samodzielne. Tu, w Domu przez dwadzieścia cztery godziny na dobę obecny jest opiekun. Zawsze jest ktoś dorosły, kto pilnuje młodych ludzi i troszczy się o to, żeby oni dbali o wszystkie sprawy. Jest też ogromnym wsparciem, można z nim porozmawiać, zastanowić się, jakie dalsze kroki powinno się podjąć i tak dalej. Natomiast w mieszkaniu treningowym już tego opiekuna całodobowego nie ma. Jest tylko opiekun dochodzący, który odwiedza, sprawdza, kontroluje i oczywiście również wspiera tych młodych ludzi.

Ile macie mieszkań treningowych?

Sześć, w tym jedno dla młodzieży z Ukrainy, również w wieku od osiemnastu do dwudziestu pięciu lat. Łącznie mamy w nich dwadzieścia trzy miejsca. I tu szesnaście miejsc, czyli to już jest całkiem spora grupa osób, którymi trzeba się zająć.

Z tego, co obserwuję w mediach społecznościowych Fundacji, to czasem tych miejsc jest za mało.

Są takie okresy, kiedy rzeczywiście jest więcej chętnych niż miejsc. Wtedy staramy się jakoś to rozwiązać np. dostawiamy dodatkową polówkę. Ale bywa też tak, że musimy młodego człowieka odesłać.

Jakie są w Polsce rozwiązania, poza Fundacją, z których może skorzystać młodzież pozbawiona dachu nad głową? 

Są mieszkania chronione dla młodzieży, ale tylko dla tej po pieczy zastępczej. Jednak nawet dla niej nie starcza miejsc w tych mieszkaniach. Najczęściej trafiają do noclegowni albo schroniska, ale to są miejsca, które traktują dorosłych jak jedną grupę, czyli tam są osiemnastolatkowie i sześćdziesięciolatkowie. Niektórzy z naszych uczestników byli w takich miejscach i przeżyli jak widać, ale to nie są dla nich odpowiednie rozwiązania.

Byli również na ulicy?

Są również takie osoby. Czasami były w jakimś niepewnym zakwaterowaniu i trafiły na ulicę. Albo, np. jakaś dziewczyna  mieszkała z partnerem, który ją wyrzucił, a ona u rodziny nie bardzo mogła się zatrzymać. Są też osoby, które szczęśliwie nie miały doświadczenia bezdomności ulicznej, ale są i takie, które mają za sobą, na przykład trzy dni spędzone na dworcu, po których dotarły do nas.   

Jakie są główne powody, z których młodzież tu trafia?

Zawsze mówię, że takim podstawowym powodem jest brak domu. Oni praktycznie nigdy nie mieli domu, który jest bezpieczny, fajny, w którym jest mama gotująca zupę czy opiekuńczy ojciec, w którym jest rodzina i wsparcie. Większość z nich tego nie miała. Duża część tej młodzieży przebywała w domach dziecka, była w rodzinach zastępczych czy w placówkach resocjalizacyjnych.

Kończą edukację w wieku osiemnastu czy dziewiętnastu lat i wypadają z systemu pomocy.  

Tak, ale mamy też taką młodzież, która się uczy i wypada, np. z domu dziecka, bo złamała regulamin, więc bardzo różne są jej historie. Wypadają ci, którzy są mniej ładni, mniej ogarnięci itp. Bardzo to jest niesprawiedliwe, ale też bardzo trudne, bo tu nie ma sytuacji biało-czarnych. To jest również trudne, dlatego, że wiele dzieci w Polsce oczekuje na miejsce w domu dziecka, bo tych miejsc brakuje. Więc to są naprawdę ogromne dylematy, bo z jednej strony mamy osiemnastolatka, który powinien jeszcze pozostać w placówce, a z drugiej  strony mamy dwunastoletnie dziecko, które doświadcza przemocy w domu, trzeba je z tego domu zabrać i nie ma dokąd. To jest wszystko bardzo złożone.

To, co zauważamy w ostatnich latach, to fakt, że coraz więcej jest u nas młodzieży, która nigdy nie korzystała z pomocy systemowej. System nie wyłapał tego, co działo się u niej w domach. A w tych domach była przemoc, uzależnienia i problemy. Młodzi ludzie nie czuli się tam dobrze, nie byli bezpieczni. Nikt tego nie zauważył i później, gdy oni skończyli osiemnaście czy dziewiętnaście lat, po prostu z tego domu odchodzili albo byli wyrzucani.

Trudno uwierzyć, że można swoje dziecko wyrzucić z domu.

Niestety są takie przypadki. Niektóre naprawdę nie mieszczą się w głowie. Na przykład trafił do nas chłopak, którego matka wyrzuciła z domu, dlatego, że po skończeniu szkoły w ciągu dwóch miesięcy nie był w stanie podjąć pracy. To jest chłopak ze spektrum autyzmu i ma dopiero osiemnaście lat. To są okropne historie, bardzo niesprawiedliwe. Bolesne jest to, że ci ludzie mają takie doświadczenia i muszą z tymi doświadczeniami mieć chęć do życia, wstać rano i jednak pójść do pracy, bo inaczej się nie uratują. To jest bardzo trudne.

W większości przypadków się ratują, czy nie?

Właśnie robiłam podsumowanie dotyczące działań naszego Domu w ciągu ostatniego roku. W tym  czasie z pobytu tutaj skorzystało sto szesnaście osób. Z tego chyba trzydzieści osiem, to osoby, z którymi nie nawiązaliśmy dłuższej relacji, które były tu bardzo krótko. One sobie nie poradziły, tkwią w uzależnieniach, nie chcą podjąć leczenia psychiatrycznego. To jest grupa, która tutaj przyszła i wyszła i nie zdążyliśmy z nimi nic zrobić. Natomiast dwadzieścia pięć osób z tych stu szesnastu usamodzielniło się, utrzymuje się samodzielnie, nie korzysta z naszej pomocy i nie przychodzi do nas dlatego, że jest głodna. Nie jest tak, że wszystkie te osoby mają takie życie, że powiedziałabym: „super sobie poradziłeś”. Nie do końca jest super, bo sobie trochę popijają czy też nie pracują legalnie. Ale utrzymują się na powierzchni i sobie radzą, więc uważam, że to jest dobre. W tej grupie dwudziestu pięciu osób są też tacy, którzy radzą sobie naprawdę świetnie. Kolejnych trzydzieści kilka osób, to te, które trafiły do mieszkań treningowych, czyli dobrze wykorzystały czas spędzony w Domu i przeszły do kolejnego etapu. Jedna osoba jest na terapii uzależnień, cztery są w zakładzie karnym i chyba dwie leczą się  w szpitalu psychiatrycznym.

Jak ocenia Pani te rezultaty?

Uważam, że to są super wyniki. Nie możemy oczekiwać tego, że będziemy mieli 100% sukcesu. Tutaj jedna uratowana na dziesięć osób to jest bardzo dobry wynik, a ja myślę, że jest dużo lepiej. Ten model pomocy generalnie daje dobre rezultaty. Jeżeli czasem się nie sprawdza, to raczej dlatego, że osoba, która tu przyszła nie jest gotowa, nie chce zmiany, nie próbuje zmienić pewnych schematów swojego postępowania, nie pracuje nad sobą. To, co tutaj czeka każdego z tych młodych ludzi, to jest ciężka praca. Tu nie ma ściemy. Jak będzie ściema, to nic dobrego nie zrobimy.  

Jakie zasady obowiązują w Domu?

Nie wolno pić alkoholu i zażywać narkotyków. Nie można ich również posiadać i być pod ich wpływem. Lepiej też nie rozmawiać o używkach. Czasami jest tak, że ktoś nowy przychodzi i opowiada na jakim był świetnym „melanżu”. Jeżeli my to słyszymy, to reagujemy. Młodzież, która jest tutaj dłużej też wie, że to nie jest odpowiednie, co nie znaczy, że zawsze się do tego stosuje. Uczestnicy są badani na obecność narkotyków i alkoholu. Często są to planowane badania, ale czasami po prostu przychodzi opiekun i sprawdza. Staramy się to kontrolować. Osoby, które trafiają do nas z problemem uzależnienia, próbują ten problem markować, liczą, że ich nie przyłapiemy, więc musimy być czujni. Trzeźwość jest zatem jedną z istotnych zasad. Druga jest taka, że każdy ma pracować nad zmianą swojej sytuacji. To nie jest miejsce pomocy, w którym jedynie zabezpieczamy podstawowe potrzeby i ktoś, kto z niej korzysta może leżeć i patrzeć w gwiazdy. Powiedziałabym, że jeśli ktoś nic nie chce zrobić, to raczej tutaj nie będzie mieszkał. Tu musi być jakiś proces – terapia czy współpraca z psychologiem, lekarzem psychiatrą lub praca zawodowa.

Ta praca nad zmianą jest kwestią bardzo indywidualną i dla każdej osoby jest inny plan. Kiedyś tak nie było, ale teraz mamy bardzo dużo osób z zaburzeniami psychicznymi, z którymi działania wyglądają trochę inaczej. Nie zawsze możemy oczekiwać, że osoba z problemami zdrowotnymi od razu pójdzie do pracy. Musimy najpierw wdrożyć leki, zobaczyć w ogóle, co tej osobie dolega, co jest w stanie robić na rynku pracy, bo oczywiście zaburzenie psychiczne nie wyklucza z rynku pracy, ale wiadomo, że generuje różne trudności. Każdy ma trochę inną sytuację i to jest trudne, bo młodzież by wolała, żeby każdy miał tak samo. Tak się nie da, bo każdy jest inny i jednemu możemy tę poprzeczkę postawić trochę wyżej, a innemu musimy ją obniżyć.

Co się dzieje, jeśli ktoś nie wykonuje pracy nad zmianą?

Niektórych odsyłamy do noclegowni czy schroniska, jeżeli nie realizują żadnych działań. Muszą zrobić dwa kroki do tyłu. Mają możliwość powrotu, ale muszą wykonać pewną pracę. Dopiero wtedy do nas wracają. Bardzo mało mamy takich osób, z którymi rozstaliśmy się i które nie mają do nas powrotu. Chyba, że jest coś, co stoi na przeszkodzie. Na przykład ktoś powinien iść na leczenie psychiatrycznie lub na terapię uzależnienia, ale nie chce tego zrobić, to wtedy go tu nie przyjmiemy. Jeżeli ktoś jest pod wpływem używek albo w czynnej psychozie, to my sobie z tym nie poradzimy. Odsyłamy tę osobę z powrotem do szpitala, wzywamy karetkę. Różne są sytuacje, np. są osoby po próbach samobójczych. Natomiast generalnie, jeżeli ktoś był w szpitalu, leczy się i dostanie leki, to jak najbardziej do nas wraca.  

Czy kiedyś ktoś po prostu wyszedł z Domu  i ślad po nim zaginął?

Zdarzały się takie przypadki. I jeszcze przy okazji, te osoby coś zabrały na drogę, co nie należało do nich. Był taki uzależniony chłopak, bardzo fajny, ale nie chciał się leczyć. Zniknął zabierając ze sobą nasze Play Station. W pewnym momencie nie jesteśmy aż tak bardzo elastyczni. Jak już kogoś znamy i widzimy jaki ma problem, to jednak ciśniemy, żeby się nim zajął. Jednak jak ktoś wychodzi stąd i zabiera nam Play Station, to już tutaj nie wróci. Chyba, że przyszedłby po terapii i powiedział: „Leczyłem się, zmieniłem się, czy mogę dostać jeszcze jedną szansę? I jestem trzeźwy”. Myślę, że wtedy moglibyśmy to wziąć pod uwagę.  

Jaka atmosfera tu panuje i jak wyglądają relacje między mieszkańcami?

Myślę, że dobrze się tu czują. Uczestniczą w codziennych czynnościach – gotują, sprzątają, każdy ma jakiś kawałek podłogi do ogarnięcia wieczorem. Mamy ogród, w którym młodzież musi trochę popracować. Mamy szklarnię, piękne ogórki, pomidory. Staramy się, żeby tutaj była ciepła atmosfera, ale też, żeby ci młodzi ludzie jak najwięcej mogli się nauczyć i doświadczyć. Przebywanie w fajnym miejscu sprawia, że łatwiej jest coś w swoim życiu naprawić. Niektórzy nawiązują ze sobą jakąś bliższą relację, ale różnie z tym bywa. Czasami to jest krótkotrwałe, ale są też jakieś przyjaźnie, miłości, związki. Oczywiście są też konflikty, bo tu jest dużo ludzi i każdy jest inny. Oni tu przychodzą mając za sobą trudne historie.

Ile osób jest zaangażowanych w działania z młodzieżą?

Tutaj pracuje ośmiu opiekunów. Ja raczej nie mam dyżurów, ale teraz są wakacje i sezon urlopowy, więc dzisiaj dyżuruję.  

Wspomniała Pani o wsparciu psychologa.

Psycholog nie pracuje w Domu. To byłoby bardzo niewskazane, gdyby zajmował się tu z nimi ustawianiem dyżurów czy egzekwowaniem czystości, a później zajmował się ich życiem, emocjami i problemami. Psycholog i terapeuta uzależnień, to są osoby, które pracują w naszym punkcie pomocowym. Tam młodzież ma indywidualne spotkania z nimi i każdy musi o to zadbać we własnym zakresie. W tym punkcie pomocowym mamy też doradcę zawodowego i prawnika. Nasi podopieczni są tutaj naprawdę otoczeni dużym wsparciem i jeżeli tylko chcą z niego korzystać, to mają taką możliwość.

Są w waszym gronie również streetworkerzy.

To jest osobny projekt, który realizujemy. Mamy grupę młodzieży, która kiedyś była w tym Domu, albo mieszkała w naszych mieszkaniach treningowych, albo po prostu ma doświadczenie życia na ulicy. Przez kilka miesięcy ta grupa szkoliła się i odbywała odpowiednie kursy. Od kwietnia nasi młodzi streetworkerzy wychodzą na ulicę i szukają swoich rówieśników. Nawiązują z nimi relacje. Już kilka osób w ten sposób zostało do nas przyprowadzonych i teraz korzysta z naszego wsparcia.

Czas pobytu w tym Domu jest ograniczony?

Nie, jesteśmy bardzo elastyczni. Ale jest taki moment, że jeśli widzimy, że ktoś coś zrobił i jest gotowy, żeby pójść dalej, to się z nim żegnamy. Im jest tutaj dobrze i nie zawsze chcą iść do mieszkań treningowych. Tu zawsze mają ugotowany obiad, zrobione są zakupy, więc jest im wygodnie, a w mieszkaniu treningowym muszą być bardziej samodzielni. Jest czasami taki moment, że musimy powiedzieć komuś „do widzenia”, żeby nie zapuszczał tu korzeni. Mimo że mówimy, że to jest dom i staramy się, żeby to był dobry dom, to jednak to jest jakiś przystanek. To jest tylko kawałek ich doświadczenia. Mamy taką młodzież, która już się usamodzielniła i jest na swoim, ale pozostaje z nami w kontakcie. Oni chcą tu wpaść, wypić kawę i pogadać. Przyjeżdżają złożyć życzenia świąteczne, zapraszają nas na śluby i chrzciny. I to jest super. Nadal jesteśmy dla nich domem, ważnym miejscem w ich życiu, ale generalnie oni muszą iść dalej.

A propos kontaktów, czy młodzież utrzymuje je ze swoimi rodzicami?

Tak, wiele osób utrzymuje kontakty z rodzinami. One są dość trudne. Nie chciałabym nawet specjalnie o tym mówić, bo czasem to jest przykre, kiedy mamy i tatusiowie tu przyjeżdżają. To bywa smutne, ale dzieciaki kochają ich, bo to są rodzice i są dla nich ważni. Nawet jeśli nie byli w porządku, to jednak jakieś więzi istnieją. Oczywiście one są zaburzone, ale są. Przyjeżdżają rodzice, którzy dają trochę pieniędzy albo taką pozorną uwagę. Bardzo różnie to wygląda. Ale są też oczywiście osoby, które tych rodziców nie mają, bo nie żyją albo nie mają z nimi kontaktu od wielu lat.   

Dom jest własnością waszej Fundacji?

Niestety nie, ale mam nadzieję, że go kupimy. Taki jest plan, bo na razie go wynajmujemy.

Jak przyjęli was tu sąsiedzi?

Super. My nikomu tu nie przeszkadzamy. Przed nami mieszkali tu jacyś panowie, którzy lubili sobie wypić, było głośno, brudno. Nie było za ciekawie, a teraz jest spokój. Cały czas jest opiekun, więc nie ma też głośnej muzyki w nocy czy krzyków. Nawet czasami ludzie z Wawra i okolic coś podrzucą, jak wiedzą o nas. Jakaś pani przynosiła nam marchewki. Tu obok mamy pana, który daje nam śliwki. Mamy fajnych, życzliwych sąsiadów. Ludzie sobie myślą: „Tutaj będą bezdomni mieszkać i jak to będzie rzutowało na moje życie”. A tutaj jest spokój, bo my tego pilnujemy. Jesteśmy bardziej ułożonym sąsiadem niż przeciętny mieszkaniec, bo musimy zadbać o to, żeby nikt nie miał do nas zastrzeżeń. Tu musi być przyzwoicie. Owszem, zdarza się, że przyjeżdża policja albo karetka pogotowia, ale one też przyjeżdżają do wszystkich innych miejsc.  

Jakie są największe trudności jakie napotykacie? 

Pieniądze są bardzo ważne, bo potrzebujemy środków na to, żeby działać. Działalność fundacyjna w dużej części polega na ciągłym zbieraniu środków, rozliczaniu projektów, pozyskiwaniu kolejnych funduszy i tak dalej, więc tutaj jest taki nieustanny bieg za forsą. Inaczej się nie da, bo to wszystko kosztuje. Myślę, że jeżeli nasza pomoc ma dobrze wyglądać i dobrze działać, to nie może być siermiężna, obciachowa i niedofinansowana, bo wtedy ciężko jest robić dobre rzeczy, tym bardziej, że nasza praca do łatwych nie należy.

Natomiast, abstrahując od pieniędzy, to największym wyzwaniem jest człowiek, z którym pracujemy. To jest chyba największa trudność, jak do niego dotrzeć, jak go przekonać, że opłaca się pracować nad zmianą. Jak to zrobić, żeby on przestał kręcić i przestał udawać, że się zmienia tylko po to, żeby nam się tak wydawało, a nie po to, żeby naprawdę jakiś proces w nim zaistniał. To jest najtrudniejsze, żeby on zaufał, żeby zrozumiał, żeby uczył się, co to znaczy być przyzwoitym. Dla mnie to jest bardzo ważne, żeby być po prostu przyzwoitym, uczciwym człowiekiem. Zależy mi, żeby wiedzieli, że trzeba mieć bilet, jak jeździ się autobusem, że nie wolno kraść, że nie opłaca się kłamać, nie opłaca się zamiatać problemów pod dywan, bo one tam będą gnić i nic dobrego się nie zadzieje, że zmiana jest naprawdę ciężką pracą. Często podziwiam tę moją młodzież, że jej w ogóle chce się wstać z łóżka, że ma siłę do tego, bo naprawdę ma dramatyczne życiorysy. Ale jednak ona tę siłę odnajduje, więc jak już ją ma i może wstać, to może też zrobić coś więcej. Największe wyzwanie to jest właśnie ten człowiek, a każdy jest inny, każdy ma swoją historię i każdy bardzo chce, żeby być w centrum zainteresowania, żeby poświęcić mu czas. Czasem tutaj przychodzę i co chwilę, każdy mi coś relacjonuje. Prowadzę pięć rozmów naraz, ale tak musi być.

Dużo jest organizacji, które was wspierają?

Jeszcze za mało. Ale bardzo się cieszę z tych wszystkich, które są z nami i bardzo jestem im wdzięczna. To jest super, że mamy taką pomoc, bo naprawdę dzięki naszym partnerom i sponsorom, możemy w dość fajny sposób to prowadzić. Ponadto, dzięki temu jesteśmy elastyczni w naszych działaniach, np. jak ktoś potrzebuje okularów, to możemy mu je kupić, itp.  

Jak to wszystko się zaczęło, dlaczego założyła Pani Fundację po DRUGIE?  

Pracowałam przez wiele lat jako dziennikarka. To był mój zawód, w zasadzie jest, bo skończyłam takie studia i mam sporą praktykę. Myślę, że nadal umiem to robić. W sumie wciąż się tym trochę zajmuję pisząc czy relacjonując to, co się dzieje tutaj, opowiadając o młodzieży, opisując rzeczywistość, z którą się mierzymy. Pracowałam jako dziennikarka i zajmowałam się tematyką społeczną. Jako młoda dziewczyna wpadłam na Marka Kotańskiego, z którym przez wiele lat prowadziłam audycję w radiu i zawsze mnie fascynował jego świat. On zabierał mnie do schronisk i do różnych miejsc, gdzie były osoby w kryzysie. Zarówno te starsze, jak i młodzież, bo były również ośrodki dla młodych osób z problemem uzależnienia. Bardzo mnie to fascynowało, ale wtedy jako historia, którą opowiadałam, robiłam reportaż czy przeprowadzałam wywiad. Potem zrobiłam cykl dokumentalny o dziewczynach z zakładu poprawczego w Falenicy i one tak naprawdę mnie przytrzymały w tym temacie. Pomyślałam, że fajnie byłoby coś dla tych dziewczyn zrobić. Było mi blisko do nich i wtedy założyłam Fundację. To miały być działania obok dziennikarstwa, ale tak się w to wciągnęłam, że  Fundacja stała się moim najważniejszym życiowym wyzwaniem.

Jakie były pierwsze cele Fundacji, jak Pani sobie wyobrażała tę pomoc?

Pierwotnie miała to być organizacja, która będzie pomagać młodzieży opuszczającej placówki resocjalizacyjne, zakłady poprawcze, młodzieżowe ośrodki wychowawcze. Jednak bardzo szybko okazało się, że pierwszym i podstawowym problemem tych młodych ludzi jest to, że dosłownie nie mają domu, nie mają dokąd pójść. Potem okazało się, że ta grupa jest większa, to znaczy, że bezdomność dotyka wielu młodych ludzi, a system nie przygotował rozwiązań dla nich. W odpowiedzi na ich problemy ma schroniska, ogrzewalnie, noclegownie, ale to nie są miejsca dla młodych chłopaków i dziewczyn. Tam jest dużo starszych ludzi, którzy często już wrośli w taki sposób funkcjonowania i młodym ludziom ciężko jest w takich warunkach zrobić coś dobrego ze swoim życiem. I tak zaczęliśmy zajmować się bezdomnością, trochę niechcący, ale zawsze w odpowiedzi na potrzebę człowieka, który się do nas zgłaszał. To, co tworzyliśmy w Fundacji to nie był efekt jakiś moich wizji, ale zawsze patrzyliśmy, co się dzieje, co jest potrzebne i na to odpowiadaliśmy. Najpierw mieliśmy mieszkania treningowe i zobaczyliśmy, że to jest super pomysł, bo one dają im miejsce do życia. Ale z drugiej strony, widzieliśmy, że oni nie potrafią tam mieszkać, są kompletnie do tego nieprzygotowani. Nasza praca w mieszkaniach treningowych w dużej mierze opierała się na ciągłym kontrolowaniu trzeźwości i próbie złapania tych, którzy piją albo ćpają. To nie było to, czego chcieliśmy. Dlatego pojawiła się idea tego Domu – miejsca, w którym cały czas jest obecny opiekun. Zawsze odpowiadamy na zdiagnozowany problem.  

Jakie będą kolejne odpowiedzi na dostrzegane problemy?

Co jakiś czas mówimy o tym, że ten jeden Dom to jest za mało i przydałby się drugi. Ale teraz budujemy miejsce dla młodych mam i ich dzieci. Jest to projekt finansowany przez Fundacje VELUX, ale mamy tu coraz więcej partnerów: Fundacja Rossmann, firma BANDI i wspiera nas w tym Fundacja UNAWEZA Martyny Wojciechowskiej. Myślę, że w przyszłym roku będziemy go otwierać. Będzie w nim sześć miejsc.

On mieści się w Warszawie?

Tak. To przepiękny dom zaprojektowany przez architektów z pracowni WXCA. To będzie cudowne miejsce wyznaczające nowe trendy w pomocy społecznej. Praca w nim będzie ogromnym wyzwaniem, bo będziemy mieć młode mamy, często niezbyt gotowe na swoje macierzyństwo. Będą tam dziewczyny z różnymi doświadczeniami, z różnymi problemami, prawdopodobnie również z zaburzeniami psychicznymi, uzależnieniami i tak dalej. Będziemy musieli zadbać o to, żeby one były dobrymi mamami i żeby te dzieci miały dobrze. Myślę, że to będzie dla nich duże wyzwanie i pewnie nie każda z tych dziewcząt temu podoła, więc trzeba będzie zadbać o ich dzieci.

Wspomniała Pani o spotkaniu z Markiem Kotańskim. Czy to było jedno z ważniejszych spotkań w Pani życiu, takie wyznaczające dalszą drogę?

Dla mnie wszystkie spotkania są ważne. To, że spotykam tu tych wszystkich młodych ludzi jest niezwykle istotne. Ale rzeczywiście, to spotkanie z Markiem Kotańskim było szczególne. On mi pokazał ten kawałek rzeczywistości, który mnie już wtedy bardzo intrygował. Chciałam ludziom pomagać i wtedy to dziennikarstwo społeczne stało się dla mnie najważniejsze. Tylko ono mnie kręciło. Jak miałam iść do Sejmu, to byłam chora.

O jakim dziennikarstwie Pani myślała wybierając ten kierunek?

Byłam w takim wieku, że chyba nie myślałam o tym specjalnie. Chciałam być reżyserem  i zdawałam do szkoły teatralnej, ale nie dostałam się. Dobrze, że tak się stało, bo to byłaby porażka. Wtedy myślałam, że jedyne, co mi zostało, to italianistyka, bo uczyłam się włoskiego w liceum, ale nie chciałam iść na ten kierunek. Wówczas moja mama wyszukała informację, że można jeszcze składać papiery na dziennikarstwo. Już będąc w liceum pracowałam w radiu. W drugim programie Polskiego Radia była audycja „Radio kontakt młodych”, gdzie raz w tygodniu młodzież prowadziła program. Sporo młodych ludzi się przez to przewinęło, ale tak naprawdę to chyba tylko dwie osoby zostały i współpracowały na stałe. Wtedy zaczęła się  moja przygoda z radiem i z dziennikarstwem. Nie wiem, jak ja zdałam te egzaminy na studia, bo było dużo pytań z wiedzy o społeczeństwie i historii. Wiedziałam kim jest Ibsen, Strindberg, Czechow czy Szekspir. Interesowałam się teatrem i o tym miałam pojęcia, ale nie o Jugosławii i jej rozpadzie. Jednak miałam szczęście – dostałam się na dziennikarstwo i później bardzo szybko zaczęłam pracę. W zasadzie przez całe studia pracowałam, więc kiedy kończyłam uczelnię, to już byłam dość mocno osadzona w tym zawodzie.

Oprócz dziennikarstwa ukończyła Pani również studia podyplomowe.

Kiedy założyłam Fundację, poszłam na studia podyplomowe i ukończyłam pedagogikę resocjalizacyjną. Ale myślę, że więcej nauczyłam się tutaj niż na studiach. Złego słowa na uczelnię nie powiem, ale doświadczenie jest bardzo ważne. Po jakimś czasie tej pracy, nie chcę mówić, że ci ludzie nie są dla nas zagadką, bo są, ale my już wyczuwamy pewne rzeczy dużo szybciej niż na początku. Kiedy opowiadają nam bajki na pierwszym spotkaniu, to ja już widzę, że to jest bajka, ale słucham grzecznie, czekam, a potem prawda wychodzi na jaw.

Angażuje się Pani emocjonalnie, przeżywa ich porażki?  

Jestem coraz zdrowsza. Na początku było mi dużo trudniej, bardziej wszystko przeżywałam. Na pewno jestem związana z wieloma z tych dzieciaków, szczególnie jak ktoś jest z nami długo. Odkąd jest ten Dom, to jestem tu w zasadzie codziennie, bo mieszkam niedaleko. Przyjeżdżam, siadam, piję kawę i rozmawiam z nimi. Chciałabym, żeby każdemu się udało, ale wiem, że nie jest to możliwe. Nauczyłam się i myślę, że zespół też coraz lepiej się tego uczy, że to nie jest tylko nasza odpowiedzialność, że piłeczka jest też po tej drugiej stronie. Jeżeli coś się nie udaje, to zastanawiamy się dlaczego tak się stało i co zrobiliśmy nie tak. Szukamy w sobie różnych rzeczy, które można zmieniać. Niemniej trochę tę odpowiedzialność przenosimy na ich stronę. To są jednak dorośli ludzie.

Wkurzają Panią czasami?

Jasne, że tak. Zdarza mi się czasem podnosić głos, bo jestem bardzo uczulona na nieprzyzwoite zachowania. Prędzej zrozumiem to, że ktoś jest alkoholikiem, schował się z flaszką w krzakach i się napił, niż to, że ktoś sobie przywłaszczył cudzą rzecz. Nieprzyzwoite rzeczy mnie po prostu wyprowadzają z równowagi. Albo, że nie mają szacunku do innych – to mnie bardzo boli.

Często nie mieli się tego gdzie nauczyć, prawda?

Tak, ale dużo o tym mówimy i staramy się pokazywać, co jest właściwe, co nie jest właściwe, modelować te zachowania. Niektórzy robią pewne rzeczy z premedytacją i to jest obrzydliwe. Wtedy ja się naprawdę wkurzam. Czasami takie głupie rzeczy, że ktoś nie chce umyć podłogi, bo to nie jest jego dyżur. Ta podłoga jest brudna, on tu mieszka i trzeba chodzić po czystej podłodze. Jak on będzie długo ze mną dyskutował na temat tej podłogi, to mnie wyprowadzi z równowagi. Z drugiej strony, oni bardzo potrzebują takich ram, tego, żeby się uczyć, jak żyć w domu. Jeżeli moja mama nie zmyje po sobie szklanki, to ja ją umyję i nie zastanawiam się nad tym. Tak samo można zrobić tutaj, ale tu to jest już trochę trudniejsze. Często oglądają się jeden na drugiego. Ciągle im powtarzam: „Patrz na siebie, ty jesteś ważny, ty masz problem, możesz mieć kolegów, ale koledzy za ciebie życia nie przeżyją”.

Jak do was trafiają, skąd dowiadują się o Fundacji?

Bardzo różnie. Mamy streetworkerów, o których mówiłam. Dowiadują się od kolegów, bo ta młodzież jest na ulicy i oni się przenikają w tych grupach rówieśniczych. Czasami ośrodek pomocy społecznej kogoś do nas kieruje, czasem dom dziecka nam przywozi dziecko już spakowane z walizką. Są takie smutne historie. Pamiętam, jak kiedyś zadzwoniła pani z domu dziecka, że mają chłopaka, który musi opuścić placówkę i czy mógłby się zakwaterować u nas. Odpowiedzieliśmy, że jak najbardziej, tylko niech on najpierw przyjedzie i zobaczy, czy mu to odpowiada i w razie czego dowiezie swoje rzeczy, bo to było niedaleko Warszawy. Ten chłopak przyszedł i właściwie nie miał wyjścia, bo w czym miał wybierać – ulica albo nasze mieszkanie treningowe, bo wtedy jeszcze tego Domu nie było. Zgodził się i pani, która z nim była, od razu poszła po walizkę do samochodu. Jak można dzieciaka tak potraktować? Niechby wrócił, spakował się, przygotował i pożegnał ze wszystkimi. To byłaby inna sytuacja. Tymczasem po prostu został wypchnięty i po kłopocie.  

Wyobraża Pani sobie, że ten Dom będzie kiedyś pusty, w tym kontekście, że nie będzie osób, które będą go potrzebowały?

Nie, raczej tak nie będzie. Byłoby super, gdyby nie było konieczności tworzenia takich miejsc, ale to raczej się nie wydarzy.

Co by Pani wtedy robiła?

Na pewno bym sobie znalazła zajęcie.

Może wznowiłaby Pani swoją książkę „Dziewczęta z poprawczaka”, która jest niedostępna?

Może kiedyś zrobię dodruk. Musiałabym ją jednak najpierw przeczytać, bo nie wiem, czy nadal myślę tak, jak wtedy, gdy pisałam tamtą historię. Jestem bardzo dumna, że ją dokończyłam, bo to nie było takie proste. Najpierw bardzo mi się chciało pisać i sprawiało mi to frajdę, ale potem okazało się, że żeby ją dokończyć, to trzeba nad tym popracować w sposób regularny i się do tego zmobilizować. Bardzo lubię pisać, więc to sprawiało mi ogromną przyjemność, ale musiałam sobie nałożyć ramy. Mój syn był wtedy malutki, chodził do przedszkola i zrobiłam tak, że kładłam go spać i codziennie miałam godzinę, żeby pracować nad książką. Dzięki temu, że taki reżim sobie narzuciłam udało mi się ją napisać.

Chciałaby Pani napisać coś nowego?

Bardzo bym chciała, bo to lubię, ale nie mam czasu, a to wymaga pracy i systematyczności. Marzę, że jak będę na emeryturze, to zamieszkam na Sycylii i będę pisać. Ale pewnie nie pojadę tak daleko, bo trudno by mi było to wszystko zostawić.  

Tu poznaje Pani mnóstwo ciekawych historii, to świetny materiał na książkę.

Tak. Na pewno chciałabym kiedyś trochę o tym poopowiadać, bo myślę, że nasza wiedza o tym, jak wygląda życie tych młodych ludzi jest praktycznie żadna. To, co możemy zobaczyć w telewizji czy przeczytać w reportażach, to jest coś, czym ja się zajmowałam. I jestem święcie przekonana, że to, co wiedziałam wówczas o problemach społecznych ma się nijak do tego, co wiem dziś. Jestem w tym zdecydowanie głębiej i dużo więcej rozumiem. Wiem, że to wszystko nie jest takie zero-jedynkowe, jak mi się wydawało kiedyś. 

Chyba często wydaje się nam zero-jedynkowe. Spotkała się Pani z komentarzami, że to są młodzi, zdrowi ludzie, więc powinni po prostu iść do pracy i sobie radzić.

Oczywiście, że one się pojawiają. Słyszę takie opinie, że są zdrowi i niech idą do pracy. Natomiast oni zdrowi nie są i nie mówię w kontekście tego, że część z tych osób cierpi z powodu zaburzeń psychicznych. Oni nie są zdrowi, bo nie mieli zdrowego domu, bo ich proces socjalizacji nie przebiegał prawidłowo. To, co wydaje się oczywiste dziecku wychowywanemu w tak zwanym dobrym domu, gdzie są pewne zasady, im wcale takie oczywiste się nie wydaje. 

Dlatego myślę, że pracy nam tu nie zabraknie. Zawsze będą młode osoby, które doświadczają kryzysu. Oby ich było jak najmniej, ale to są raczej problemy, które ciężko byłoby zupełnie wyeliminować. Fajnie, że są narzędzia, że jest ten Dom, ale to jest jeden dom w Polsce, więc o czym my mówimy. Potrzeba więcej takich miejsc, takich rozwiązań. Chociaż to jest strasznie eksploatująca praca. W którymś momencie zabraknie mi sił, ale na razie mam jeszcze parę lat, żeby coś dobrego tutaj zrobić.

Później będą następcy.

Mam taką nadzieję. Pracuję nad tym. To nie jest takie łatwe, trzeba mieć dużo siły, trzeba być konsekwentnym i pracowitym i tak naprawdę, to nikomu bym nie rekomendowała takiej drogi życiowej.

Pani nie żałuje?

Nie, ja się czuję spełniona, jest dobrze.   

I oby tak zostało. Bardzo dziękuję za rozmowę.

Ja również dziękuję.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *