Spotkanie z Halszką Witkowską

Dr Halszka Witkowska – Ekspert Biura ds. Zapobiegania Zachowaniom Samobójczym w Instytucie Psychiatrii i Neurologii w Warszawie. Absolwentka kulturoznawstwa na Uniwersytecie Warszawskim oraz Środowiskowych Transdyscyplinarnych Studiów Doktoranckich na Wydziale Artes Liberales UW, suicydolog, pomysłodawczyni i koordynatorka pierwszej w Polsce platformy edukacyjno-pomocowej „Życie warte jest rozmowy” skierowanej do osób w kryzysie suicydalnym i ich otoczenia. W 2019 obroniła z wyróżnieniem dysertację na Wydziale „Artes Liberales” Uniwersytetu Warszawskiego. Działania na rzecz łamania społecznego tabu wokół samobójstwa oraz upowszechniania wiedzy na temat zapobiegania samobójstwom prowadzi jako badaczka, wykładowczyni Uniwersytetu Warszawskiego i aktywistka społeczna. Jest sekretarzem Polskiego Towarzystwa Suicydologicznego i ekspertem Ministerstwa Zdrowia. Autorka książki Samobójstwo w kulturze dzisiejszej. Listy samobójców jako gatunek wypowiedzi i fakt kulturowy (2021) oraz współredaktorka publikacji: Autodestrukcja. Sytuacje graniczne we współczesnej kulturze (2020) i Nikt nie chce umierać. Autodestrukcja w perspektywie kulturowej (2022). Jej najnowsza książka Życie mimo wszystko. Rozmowy o samobójstwie znajduje się na liście bestsellerów Empiku. Ma na swoim koncie szereg publikacji naukowych z zakresu suicydologii, a także liczne wystąpienia na konferencjach i w mediach. Jej pasją jest jeździectwo. Regularnie trenuje i uczestniczy w zawodach. Zdobywała medale Mistrzostw Polski, zarówno w konkurencji skoków jak i WKKW. Była członkiem kadry narodowej i brała udział w Mistrzostwach Europy WKKW w 2005r.

„Życie warte jest rozmowy” to platforma edukacyjno-pomocowa uruchomiona w 2021 roku. Jakiej pomocy udzielacie najczęściej w ramach tej inicjatywy?

Prowadzimy zakładkę „Napisz do specjalisty”, gdzie miesięcznie udzielamy minimum stu trzydziestu konsultacji. Piszą do nas wszyscy, ale w dwudziestu procentach są to dzieci, które często nigdzie nie uzyskały pomocy. Czasami nie dodzwoniły się na linie pomocowe albo zostały na nich źle potraktowane. Dzieci piszą najczęściej, że są samotne i nie wiedzą, jak poprosić o pomoc dorosłych. Czują się beznadziejne i bezwartościowe. Zwracają się do nas również osoby starsze. Piszą ludzie, którzy mają w rodzinie lub w swoim otoczeniu kogoś, kto jest w kryzysie i chcą mu pomóc, ale nie wiedzą jak.  O pomoc proszą również nauczyciele, rodzice oraz osoby, które mierzą się z żałobą po śmierci samobójczej. Duży nacisk kładziemy na otoczenie osoby w kryzysie, na wsparcie systemowe. Konsultacje z nauczycielami  i rodzicami to jest część takiego wsparcia. Chodzi o to, żeby udzielać pomocy osobie w kryzysie, ale także pokazać innym jak mogą pomóc.

Bardzo ważne jest dla mnie, by nasza pomoc była bezpłatna. Dużo energii wkładamy w szukanie sponsorów. Wspiera nas PZU, dzięki któremu uruchomiliśmy platformę zwjr.pl. Nasze roczne zapotrzebowanie na sfinansowanie działania serwisu zwjr.pl wynosi około 1,3 miliona złotych. Trudno jest znaleźć partnera strategicznego, który pokryje całe koszty, więc organizujemy zbiórki i zbieramy środki na Patronite. Kiedy nie mieliśmy zapewnionego finansowania, to korzystaliśmy z oszczędności Polskiego Towarzystwa Suicydologicznego, by realizować nasze działania. Potrzebujemy coraz więcej środków, bo zapotrzebowanie na pomoc stale rośnie.

Dwadzieścia procent piszących na platformę to dzieci. Trudno sobie wyobrazić np. dziesięcioletnie dziecko próbujące odebrać sobie życie.

Liczba prób samobójczych u dzieci ciągle wzrasta. Śmierci samobójczych osób poniżej dwunastego roku życia jest rocznie kilka. Mam do czynienia z listami, które zostawiają te dzieci. Doświadczenia i poważne problemy, o których piszą rozłożyłyby na łopatki niejednego dorosłego. Ból, cierpienie, piekło w domu, przemoc fizyczna, psychiczna, strach. Poza tym, jeżeli bardzo młody człowiek ma tylko złe wspomnienia, to jak ma sobie wyobrazić, że życie może być lepsze. Jeżeli od samego początku w domu jest przemoc, są wyzwiska, alkohol, wykorzystywanie seksualne i jest ciągłe cierpienie, to młody człowiek może myśleć, że tak będzie wyglądało całe jego życie. On nie ma się czego złapać.

Jak wygląda udzielanie konsultacji poprzez zakładkę „Napisz do specjalisty”?

To nie jest czat. Szczegółowo odpowiadamy na otrzymane wiadomości odnosząc się do każdego akapitu, co jest niezwykle istotne dla osób, które się do nas zwracają. Często spotykamy się z  podziękowaniami właśnie za taką formę kontaktu, bo samo pisanie i układanie sobie swoich historii okazuje się bardzo pomocne. Piszący dostają indywidualną odpowiedź od specjalisty lub specjalistów, bo niektóre wiadomości, ze względu na złożoność przypadku, przygotowywane są przez dwie lub trzy osoby.

Wspomniała Pani o pomocy udzielanej szkołom.

Organizujemy konsultacje dla szkół, w których doszło do próby samobójczej lub samobójstwa ucznia. Szkoły często są zupełnie same z tym problemem, bez żadnego wsparcia. Dlatego bardzo często nie chcą mówić o śmierci samobójczej i ukrywają ją przed uczniami, którzy i tak się o niej dowiadują. Najgorsze, co może być, to pozostawienie młodych ludzi bez wsparcia, bez informacji. Prawda prędzej czy później wyjdzie na jaw, ale jeżeli dorośli udają, że się nic nie wydarzyło, to wiadomo, że młodzi ludzie zostają zupełnie sami. Konsultacje dla szkół, a także dla rodziców są przeprowadzane ze specjalistą na wizji. Planujemy konsultacje nie tylko w sytuacji, kiedy dojdzie do próby samobójczej ucznia lub do samobójstwa. Chcemy je robić dla nauczycieli, którzy martwią się o uczniów, którzy zaobserwowali, że dzieje się coś złego i nie wiedzą, co robić. Często nauczyciele mają również problem z rodzicami, nie wiedzą jak z nimi rozmawiać o próbie samobójczej czy kryzysie suicydalnym. W tej chwili prowadzimy płatne szkolenie w ramach Polskiego Towarzystwa Suicydologicznego. Marzy mi się pula stu, nawet dwustu bezpłatnych szkoleń rocznie. Wtedy w momencie, kiedy zgłasza się szkoła, gdzie jest uczeń w kryzysie lub nauczyciel zgłaszający potrzebę wsparcia, to oprócz konsultacji, moglibyśmy zaoferować szkolenie. Ale wszystko rozbija się o pieniądze.

Co jeszcze się Pani marzy?

Przede wszystkim grupa wsparcia dla osób w żałobie po śmierci samobójczej, ponieważ nie ma dla nich specjalistycznej pomocy. Chciałabym zająć się tą grupą, bo mam wrażenie, że jest pomijana przy wszystkich projektach. Czasami rozmawiam z takimi ludźmi osobiście i wiem jak bardzo potrzebują pomocy. Trzeba pamiętać, że oni od razu znajdują się w grupie wysokiego ryzyka jeżeli chodzi o zachowania samobójcze, są w trudnej sytuacji i nie zawsze specjaliści potrafią im pomóc. Na przykład ktoś usłyszał od psychiatry, że to jest jego wina, że bliski się zabił. Cały czas walczę z myśleniem, że każdy specjalista od zdrowia psychicznego zna się na samobójstwach. Mamy psychologów od wypalenia zawodowego, od terapii dla par i tak samo są ludzie, którzy zajmują się samobójstwami. To nie jest łatwa praca i zarówno terapeuta, jak i psycholog mają prawo odmówić pomocy pacjentowi z myślami samobójczymi i wiem, że nie jest to rzadkością. Każde samobójstwo wpływa na dwadzieścia osób z najbliższego otoczenia. To nie są tylko rodzice, mąż czy żona, ale siostra, brat, dziewczyna, koledzy. To zostawia  ogromną pustkę, żal i mnóstwo emocji, ale też z dnia na dzień zmienia świat wartości tych ludzi, często odbiera im sens życia. Bardzo ważne jest, żeby stworzyć bezpieczną przestrzeń, w której mogliby porozmawiać, pobyć razem pod opieką kogoś doświadczonego w prowadzeniu takiej grupy. Mamy w zespole dwie osoby, które mogłyby prowadzić taką grupę wsparcia. Bardzo mi na tym zależy, ale oczywiście potrzeb i planów jest jeszcze więcej.

Proszę się nimi podzielić.

Na pewno niezwykle ważne jest wsparcie seniorów, ponieważ sporo mówimy o próbach samobójczych wśród dzieci i młodzieży, a zapominamy, że jest bardzo duży wzrost samobójstw osób po sześćdziesiątym roku życia. Mimo że seniorzy coraz częściej korzystają z Internetu, zdaję sobie sprawę, że dotarcie do nich przez nasz portal internetowy będzie dość trudne. Dlatego chciałabym trafić do nich poprzez osoby, które się nimi opiekują, czyli wyedukować bliskich osób starszych oraz osoby pracujące w domach opieki, żeby zdawały sobie sprawę, jak przebiega kryzys u osoby starszej,  jak trzeba z nią rozmawiać, bo to jest inny rodzaj interwencji i wsparcia. Starsze osoby są trudniejsze w kontakcie, mają specyficzne podejście do siebie, bardzo często są dużo bardziej zdeterminowane, brakuje im nadziei, a to jest czynnik szczególnie istotny, jeżeli chodzi o zachowania samobójcze. Mówi się, że jeżeli bardzo trudnej sytuacji towarzyszy jeszcze nadzieja, to szansa na ratunek jest dużo większa. W momencie, gdy tej nadziei brakuje zupełnie, to trudno jest taką osobę utrzymać przy życiu. Starsi ludzie często już jej nie mają. Mają natomiast więcej czasu, żeby przemyśleć swoją decyzję. Często ich sytuacja jest trudna wielopłaszczyznowo, ponieważ mają problemy zdrowotne i finansowe, a także są samotni, opuszczeni przez bliskich. Ponadto bardzo często się maskują i nie chcą rozmawiać o swoich myślach samobójczych. Zapewniają, że wszystko jest w porządku, nie chcą martwić otoczenia, myślą, że są już zupełnie bezużyteczni. Programów profilaktycznych jest niewiele, a sprawdzonych, gdzie wykazano efekty zapobiegania próbom samobójczym wśród seniorów, jest bardzo mało.  

Cały czas myślę również o rozwijaniu kwestii łamania tabu wokół kryzysu męskiego, bo dwanaście na piętnaście samobójstw dziennie w Polsce popełniają mężczyźni. Dlatego istotna jest kontynuacja kampanii „Męska sprawa”, by cały czas przypominać, że mężczyzna ma prawo poprosić o pomoc, ma prawo mieć dość, nie musi być ze stali i ma prawo płakać. Zależy mi również na pracy z osobami duchownymi. To jest długa i wyboista droga, ale mogłaby zaowocować dużą zmianą. Nigdy nie zbudujemy gabinetów psychologicznych i terapeutycznych na wszystkich wsiach i w małych miastach. A kościoły tam są i ludzie nie wstydzą się do nich pójść, podczas gdy do terapeuty czy psychologa wciąż się wstydzą. Nie chodzi o to, żebyśmy zamienili pomoc terapeutyczną na pomoc księdza, ale ksiądz może pomóc trafić do terapeuty, może złapać za rękę, porozmawiać  po spowiedzi dać kartkę z telefonami pomocowymi. Ponadto ma mnóstwo możliwości wsparcia osób w żałobie. 

Czy osoby duchowne są chętne do współpracy?

Nie chciałabym generalizować, jest bardzo różnie. Z księdzem Tomaszem Trzaską i z interwentką kryzysową Jolantą Palmą jeździmy po Polsce na pierwsze szkolenia dla duchownych. Widzę dużo zrozumienia, księża chcą znać narzędzia, by pomagać osobom w kryzysie. Bardzo często obserwuję zainteresowanie księży, kiedy już uczestniczą w szkoleniu, ale żeby ta frekwencja była duża, to już jest inne zagadnienie. Oczywiście będą duchowni, którzy powiedzą, że to nie jest sprawa księdza i oni nie są od tego, natomiast  ja zawsze trzymam się potencjałów. To są ludzie, którzy są armią w Polsce, którzy mogliby zrobić wiele dobrego w miejscach, gdzie często ktoś inny nie dotrze. Poza tym, ponieważ obowiązuje tajemnica spowiedzi, ludzie mówią o takich rzeczach, bo wiedzą, że nikt się nie dowie. A ksiądz nie łamiąc tajemnicy spowiedzi może pomóc.  

Wspomniała Pani, że ludzie wstydzą się iść po pomoc do specjalisty. Czasem boją się przyznać przed psychiatrą do myśli samobójczych ze strachu, że trafią do szpitala psychiatrycznego. Czy może Pani rozwiać te obawy?

W momencie zagrożenia życia psychiatra powinien reagować, ale samo występowanie myśli samobójczych nie jest wystarczającym powodem do umieszczenia pacjenta w szpitalu. Zagrożenie ocenia się na skali ryzyka i robi się to pod różnym kątem. Przede wszystkim, czy to są myśli rezygnacyjne polegające na tym, że ktoś chciałby przestać istnieć albo chciałby umrzeć w wyniku wypadku czy choroby, czy człowiek nad nimi panuje, czy one są natrętne, itd. Jest bardzo dużo czynników ryzyka, które powodują, że dana osoba znajduje się wysoko na skali, więc to nie jest tak, że jeżeli ktoś przyzna się psychiatrze do myśli samobójczych, to zostanie od razu skierowany do szpitala. Ważne czy pojawiają się fantazje dotyczące na przykład metody, czy wcześniej były próby samobójcze, czy myślom samobójczym towarzyszą inne zaburzenia lub choroby, czy pacjent ma wsparcie w otoczeniu. Jest szereg różnych rzeczy, które wpływają na obraz pacjenta i po stronie specjalistów zdrowia psychicznego jest ocena tego ryzyka. Ona oczywiście nigdy nie da stuprocentowej gwarancji, bo mówimy o żywym człowieku i mówimy o tak delikatnej materii, jaką jest nasza głowa i nasze myśli.

Jak każdy z nas może pomóc osobie w kryzysie suicydalnym?

Wiele zależy od tego, jak blisko jesteśmy w relacji z drugim człowiekiem. Jeżeli to jest członek naszej rodziny, to zmiany w zachowaniu, wszelkiego rodzaju kryzysy emocjonalne, które dostrzegamy powinny być na dla nas sygnałem. Warto zapytać, czy bliski na pewno daje sobie radę ze wszystkim, czy nie potrzebuje pomocy. Jolanta Palma zawsze mówi, żeby zaufać intuicji. Jeżeli czujemy, że coś jest nie tak, ale nie umiemy tego zdefiniować, to lepsza jest za duża reakcja i przeszacowanie ryzyka niż jej brak. Najgorsza jest wyuczona bezradność: „Nie pomogę, nie wiem, nie znam się”, bo wtedy człowiek w kryzysie zostaje sam. Fakt, że zapytamy kogoś o myśli samobójcze, nie wywoła tych myśli. Dla osoby, która jest z  nimi przez cały czas, bo towarzyszą mu od rana do wieczora, rozmowa na ten temat nie będzie ich napędzać. Może być natomiast bardzo pomocna, bo dzięki niej będzie mogła nareszcie odetchnąć, zobaczyć, że jest ktoś, kto może jej wysłuchać. Gdy ktoś mierzy się z bólem, z chorobą, z cukrzycą, czy nowotworem, to może o tym porozmawiać. Jednak bardzo często ludzie boją się mówić o myślach czy próbach samobójczych.

Z drugiej strony boimy się o tym rozmawiać, czujemy się bezradni, więc uciekamy od tematu.  

Jest to związane z wieloma czynnikami, ale przede wszystkim trzeba zwrócić uwagę, jak długo w Polsce był to temat tabu. Traktowano go jako pewnego rodzaju patologię społeczną. Często na wsiach mówiło się o opętaniu, przypinało się samobójstwu przeróżne łatki, przez co oddalano się od tego z jakim bólem i ogromną samotnością wiąże się kryzys suicydalny. Najczęściej mówiło się, że samobójca to chory psychicznie albo pijak. Wciąż panuje też przeświadczenie, że jak ktoś chce się zabić, to i tak nie da się mu pomóc. To też było po części genezą tego społecznego gestu Piłata – umywa się ręce od tego problemu, bo i tak nic nie da się zrobić. Oprócz tego jest lęk, o którym wspomniałam, że rozmowa na ten temat może wywołać u kogoś zachowania samobójcze. Boimy się, że coś źle zrobimy i to bardzo nas blokuje.

Blokuje nas chyba również strach przed przejęciem odpowiedzialności za drugiego człowieka. Jeśli on się zabije, to my zostaniemy z wyrzutami sumienia.

Tak i dlatego osoby, które spotykają kogoś w kryzysie, boją się powiedzieć cokolwiek. Boją się, że powiedzą coś złego, niewystarczającego i zaczynają same sobie stawiać bardzo wysoko poprzeczkę, co ich blokuje w działaniu. Tymczasem osoba w kryzysie jest po prostu człowiekiem, który bardzo cierpi i jest bardzo samotny, więc sam fakt bycia przy nim i  dostrzeżenia tego cierpienia jest dla niego bardzo ważny. Słowa: „Nie jesteś sam/a, postaram ci się pomóc, widzę twój ból, twoje cierpienie” mają bardzo dużą moc i każdy z nas może je powiedzieć, tutaj nie ma miejsca na obawy i strach. Dlatego bardzo promujemy pierwszą pomoc emocjonalną, którą każdy może wykonać tak samo, jak pierwszą pomoc przedmedyczną. Niestety edukacja społeczna jest na niskim poziomie i dlatego tak ważne są wszystkie kampanie, spoty i inne działania, które podejmujemy. Ponadto w przypadku tematu samobójstw dobre chęci to czasem za mało, by zrobić dobre rzeczy. Często potrzebna jest wiedza ekspertów. Jeżeli robimy materiały o dużym zasięgu społecznym, na przykład film czy sztukę teatralną, to trzeba zasięgnąć porady specjalistów, żeby niechcący nie zrobić komuś krzywdy. Słyszałam od reżyserów, że chcieli pomóc, ale niestety ich dzieło było tak skonstruowane, że miało absolutnie negatywny wydźwięk i mogło wzmocnić kryzys. Co innego jest kontakt indywidualny z człowiekiem w kryzysie, a co innego tworzenie materiału dla wielu osób.   

W kontakcie indywidualnym też warto mieć świadomość, że pewnych rzeczy nie należy robić. Na pewno nie pomoże bagatelizowanie problemu, porównywanie z innymi, itp.  

Generalnie mniej mówienia a więcej słuchania i zadawania pytań, które otwierają rozmowę. „Jestem tu. Widzę, że jest ci ciężko. Chciałabym ci pomóc. Martwię się o ciebie. Jesteś dla mnie ważna/y. Zastanawiam się, co mogę dla ciebie zrobić.” – to są zdania, po których człowiek będzie mógł się otworzyć, poczuć się bezpiecznie, wyrzucić z siebie dużo negatywnych emocji, złości i bólu. Zawsze powtarzam o przepięknej sile płaczu, którego my się boimy. Często wstydzimy się, kiedy ktoś przy nas płacze zapominając, że płacz jest dobry. Jeśli ktoś płacze, to nie musimy go natychmiast uspakajać i rozśmieszać. Warto, żeby ten ból wybrzmiał we łzach, żeby człowiek mógł się poczuć przy nas bezpiecznie, żeby wszystko w końcu z siebie wyrzucił. Takie  empatyczne towarzyszenie jest dużo ważniejsze niż rozwiązanie czyichś problemów.

Tym bardziej, że ich nie uda się rozwiązać w jednej chwili. Lubimy dawać dobrą radę i powiedzieć, że wszystko będzie dobrze. W tego typu sytuacjach wymagana jest jednak cierpliwość.

Fenomen „cioci dobrej rady” – ja ci powiem, co masz zrobić, jak pokierować życiem. Nikt nie jest ekspertem od czyjegoś życia. Tutaj potrzeba pokory oraz uporu w pomaganiu. Często osoba w kryzysie może nie chcieć pomocy. Uważa, że na nią nie zasługuje, że w jej życiu nic dobrego już się nie wydarzy. Nie należy się zniechęcać odrzuceniem. Trzeba ponawiać kontakt, dopytywać, czasem to zajmie chwilę, aż ktoś zaufa nam na tyle, że podzieli się swoim bólem i trudnymi przeżyciami. Wtedy może być nam ciężko wejść w ten mrok do tego stopnia, żeby go przekonać, że coś poza tym mrokiem jest.

Kiedy człowiek widzi tylko ciemność i brak mu nadziei, to trudno znaleźć dobre argumenty.

Dlatego bardzo ważna jest metoda małych kroków. Często trzeba drugiego człowieka złapać za rękę, przetrwać z nim ten najgorszy moment i potem bardzo powoli wychodzić z tej ciemności. Malutkimi kroczkami pokazywać, że można przetrwać kolejny dzień. Myśli samobójcze mają swoją amplitudę, intensyfikują się, potem trochę słabną. Przetrwanie tych najtrudniejszych momentów daje szansę na to, że w momencie, kiedy myśli samobójcze będą mniej intensywne, to uda się tej osobie bardziej pomóc i pokazać, że sytuacja nie jest tak tragiczna, że pewne problemy da się rozwiązać. Dużo czasu na wykładach, zajęciach i konferencjach poświęcam, by opowiedzieć czym jest kryzys, jakie są czynniki ryzyka, na czym buduje się samotność w bólu psychicznym. Dopiero, kiedy zrozumiemy, w jakiej sytuacji jest osoba w kryzysie, będziemy mogli pomagać. Musimy wiedzieć, kto do nas przychodzi i jaki to jest rodzaj bólu, tym bardziej, że często jest to ból niewidoczny gołym okiem. Ludzie w różny sposób sobie z nim radzą, różnie go pokazują lub maskują. Trzeba zdawać sobie sprawę z charakterystycznych cech kryzysu, takich jak poczucie winy, poczucie braku sensu, brak nadziei, brak możliwości wyobrażenia sobie kolejnych miesięcy i lat, czasem nawet tygodni. Wiedząc w jak ogromnej pustce i bólu jest taki człowiek, zaczynamy rozumieć, że nawet małe rzeczy mogą mu pomóc. Wtedy bliskość, drugi człowiek i jego upór są zbawienne. Często osoby w kryzysie nie są w stanie sobie wyobrazić, że mogą być dla kogokolwiek ważne, bo to jest bardzo ciemne i samotne miejsce. Ważne, byśmy zdali sobie sprawę, gdzie ono jest na mapie wszechświata, zanim zaczniemy kogoś z niego wyciągać.

W tym ciemnym miejscu chyba najtrudniej jest uwierzyć, że może być dobrze i odzyskać chęci do życia. 

To jest też problem zaburzonej pamięci biograficznej. Osoby w kryzysie pamiętają z przeszłości tylko złe momenty, te kiedy coś im się nie udało, popełnili błąd, kiedy zostawili ich bliscy. Pozytywne wspomnienia zacierają się, więc automatycznie trudno jest nazbierać energii do radzenia sobie z kolejnymi trudnymi sytuacjami. Konieczna jest praca dla odnowy pragnienia życia. A to nie dzieje się za pomocą magicznej różdżki. Sens życiu może nadać drugi człowiek, poczucie wspólnotowości,  wiara w to, że życie potrafi zaskakiwać, że los może się odmienić. Osobom w kryzysie wydaje się, że mrok nigdy nie zniknie, że będzie w każdej sekundzie ich życia.

I są one tak zmęczone, że nie mają siły do walki.

To już nie jest zmęczenie. One są wyczerpane, więc skąd mają brać siłę, żeby jeszcze walczyć. Dlatego nazywam to holowaniem przez te najtrudniejsze momenty. W takich chwilach warto zrobić tej osobie zakupy, wyjść z psem, zawiesić firanki, zaproponować wspólny spacer, odstawienie samochodu do mechanika. Trzeba jej pokazać, że damy sobie radę, że nie jest sama. To są bardzo ważne momenty.

Wymagają od nas dużej uważności i empatii. 

Tak, ale co może być piękniejszego od ratowania drugiemu człowiekowi życia? Samobójstwo zostawia wielką wyrwę rodzinną i społeczną, której nie da się niczym zapełnić. Myślę, że mamy obowiązek próbować dopóki się da. Często rozmawiam ze studentami o tym, czy człowiek ma prawo do wolnej śmierci. Przecież niektórzy nie chcą pomocy, więc może mają prawo odejść. Jednak naszym obowiązkiem jest pomagać.  

Może niektórzy są tak wycieńczeni, że już nie zdołamy im pomóc?

A priori nie wiem czy da się wszystkim pomóc, bo każdy człowiek to inna historia. Należy pamiętać, że u większości osób myślących o samobójstwie jest ambiwalencja między życiem a śmiercią. Nie jest tak, że one zawsze są przekonane, one się wciąż zastanawiają.  Bardzo często do końca trwa w nich walka życia ze śmiercią. I nie wiem ile procent tego życia w nich jeszcze jest. Natomiast wiem, że każdy z nas ma wewnętrzną, biologiczną potrzebę przetrwania i zabić ten instynkt życia nie jest tak łatwo. Oczywiście jest część osób, od dwunastu do dwudziestu procent, która jest przekonana o śmierci samobójczej i zdarza się, że one nikomu nie przyznają się do myśli samobójczych, maskują się uśmiechem i dobrym nastrojem. Natomiast zdecydowana większość ludzi mówi. Nadzieję daje również to, że ktoś podejmie próbę samobójczą w ciągu dnia a nie w nocy, w otoczeniu ludzi a nie w bardzo odludnym miejscu. Próby samobójcze ocenia się na skali letalności, czyli ryzyka śmierci. Bardzo ważnym aspektem jest to, w jakim otoczeniu są podejmowane, jaka jest pora dnia, czy obok są sąsiedzi albo rodzina, czyli czy osoba podejmująca próbę, daje jakąkolwiek szansę na to, żeby zostać uratowaną.   

Próba samobójcza to akt szczegółowo przygotowany czy raczej spontaniczny?

Próby samobójcze są podejmowane w różny sposób. Na przykład wśród młodych ludzi często są bardzo impulsywne i mogą być natychmiastowe. Proces, w którym dochodzi u nich do podjęcia próby samobójczej może być znacznie krótszy niż u osób dorosłych. W niektórych przypadkach działania są skrupulatnie zaplanowane, a w niektórych jest to spontaniczna decyzja w chwili, kiedy człowiek nie daje sobie już rady. Natomiast na pewno nie jest tak, że ktoś, kto nigdy nie miał problemów, nie miał żadnego kryzysu, ani myśli samobójczych, wstanie rano i odbierze sobie życie. Tak się nie zdarza. Jednak moment intensyfikacji, przemęczenia kosztami, pogorszenia się sytuacji może przyjść nieoczekiwanie, może zaskoczyć człowieka, który jest w kryzysie. I wtedy te próby samobójcze mogą mieć bardzo spontaniczny charakter. To widać chociażby w różnym sposobie zapisywania listów pożegnalnych. Są listy spisywane bardzo dokładnie, z datą, ozdobione rysunkiem, z sentencjami, na ładnym papierze, a są listy samobójcze zapisywane na kartce z kalendarza, jakimś papierze firmowym albo w formie trzech, czterech słów zapisanych na ścianie.  

W przypadku prób samobójczych pada wiele określeń, typu: nieudacznik, egoista, manipulant.

Dlatego w suicydologii zwracamy dużą uwagę na język. Wystrzegamy się mówienia o udanej lub nieudanej próbie samobójczej. Używamy określeń: próba samobójcza oraz samobójstwo lub próba samobójcza zakończona śmiercią. Mamy do czynienia z ludzkim organizmem i różnymi okolicznościami. Czasem w działaniu, które zostało przeprowadzone mniej letalnymi środkami organizm może zareagować zaskakująco, może coś pójść nie tak i ono może zakończyć się śmiercią. Nie znamy na przykład reakcji na różne metody, więc to może się wymknąć spod kontroli. Czasem to jest też kwestia losu – ktoś znajdzie lub nie osobę podejmującą próbę. Przez używanie języka, którym mówimy, że ktoś nie potrafił się zabić, pognębiamy tego człowieka. Jak on ma się odnaleźć? Przecież był w tak trudnym położeniu, że podjął próbę samobójczą. Kiedy ludzie budzą się po próbie są w bardzo różnym stanie, w złości, że ich uratowano, w zagubieniu, wstydzie. Ciągle zapominamy, że samobójstwo jest silnie związane z poczuciem wstydu i winy. To są bardzo trudne uczucia, które towarzyszą osobie po próbie samobójczej. Utrudniamy to jeszcze bardziej, dokładamy swoim zachowaniem i określeniami, że samobójcy to egoiści, że chcą zwrócić na siebie uwagę. Te wszystkie popularne etykiety próbują w jakiś sposób sklasyfikować samobójstwo, żeby sobie z nim poradzić, ale z drugiej strony też odizolować się od osoby, która cierpi, czyli uznać, że ona cierpi na własne życzenie. To podejście powoduje, że nie zastanawiamy się nad genezą bólu, nad historią tego człowieka.

Łatwiej jest ocenić, niż spróbować zrozumieć drugiego człowieka.

To jest nasz kolejny społeczny problem – wydaje nam się, że wszystko wiemy o drugim człowieku. Tymczasem kryzys suicydalny niesie ze sobą bardzo dużo tajemnic, ale nie są one związane z  pozaziemskimi mocami, które wpływają na samobójstwo, tylko z tajemnicą ludzkiego cierpienia, które może mieć bardzo różne podłoże. Czasami słyszę od osób, które kogoś straciły: „Przecież on był taki młody, przystojny, miał tylu znajomych, świetnie się uczył, miał pracę, pasje, dziewczynę”. Nie znamy historii danego człowieka, nie znamy jego wspomnień z dzieciństwa, jego problemów. Nie wiemy, czy w szkole nie doświadczył przemocy rówieśniczej. Nie wiemy, ile razy dziewczyna go oszukała. Nie znamy historii, całego kontekstu, a potem oceniamy tylko po powierzchownych symptomach, które dostrzegliśmy. Dlatego samobójstwo często jest zagadką dla ludzi, bo widzą człowieka tylko z zewnątrz i oceniają jego sytuację. To częste w przypadku samobójstwa znanych osób: „Taki sławny, bogaty”. Nie zdajemy sobie sprawy, co za tymi karierami stoi. Nie zadajemy pytań o to, co człowiek będący w danym miejscu poświęcił, żeby w nim być, ile trudnych chwil i sił. Nie widzimy drogi tego człowieka i nie wiemy, na ile ona go wyczerpała, widzimy tylko efekt.  

Ktoś popełnia samobójstwo i prosto to sobie tłumaczymy – stracił pracę, rzuciła go dziewczyna itd. Nie postrzegamy tego jako procesu. Tymczasem pani powtarza, że szklanka się napełnia, aż w końcu się przelewa.

Widzimy zawsze kroplę, która się wyleje, ten ostatni wypadek samochodowy, wyrzucenie z pracy, rozwód z żoną, to ostatnie wydarzenie poprzedzające śmierć samobójczą i dlatego bardzo silnie to powiązujemy, łączymy kropki w najprostszy sposób. Natomiast nie bierzemy pod uwagę całej historii, tej części góry lodowej, która bywa pod spodem, z której sobie zupełnie nie zdajemy sprawę.   

Mając świadomość tego procesu, może moglibyśmy być bardziej uważni i pomocni wcześniej?

Trzeba zacząć od tego, żeby słuchać innych. Chociaż tyle, żeby potraktować poważnie koleżankę w pracy, która mówi, że nie ma siły, że ją wszystko przerasta. Warto wziąć pod uwagę, że ona może mówić prawdę. Nauczyliśmy się, że lubimy sobie ponarzekać i wydaje mi się, że takie podejście rozmiękcza przekaz. Dużo rzeczy przekładamy na kategorię narzekania i przez to jesteśmy mniej czujni. Nawet jeżeli ktoś mówi, że już ma dosyć, że już sobie nie radzi, że nie wytrzyma, to my stajemy się głusi.

A nawet jeśli słyszymy, to poklepujemy po ramieniu i mówimy, że ktoś ma więcej, niż mu się wydaje. Tylko, że w tym momencie to jest bez znaczenia, bo cierpienie ma inne źródło.

Tak. Chcemy pocieszyć, rozśmieszyć, zagłuszyć płacz, na który w ogóle nie ma miejsca w naszej przestrzeni społecznej. Pięknie o tym pisze w książce Nie pozwolę ci zniknąć pan Grzegorz Zalewski, który stracił syna w wyniku samobójstwa. Porusza bardzo ciekawe aspekty. Mówi o tym, że nie mamy w języku nazwy na rodziców, którzy tracą dziecko. Czy to dlatego, że ten ból po stracie jest tak duży, że aż nie do nazwania? To mi dało do myślenia. Inna rzecz, która przykuła moją uwagę, to kwestia  żałoby w przestrzeni zawodowej. Czy słysząc od osoby w  biurze, że straciła  kogoś bliskiego można razem z nią płakać, pocieszyć ją albo przytulić? Polecam tą książkę, bo to nie jest pamiętnik ani poradnik specjalisty, to jest inteligentna opowieść, w której padają pytania o codzienność z najbardziej specyficzną żałobą, czyli samobójczą. Często traktujemy żałobę jak chorobę, tymczasem ona jest częścią miłości. Jeżeli kogoś bardzo kochaliśmy, to normalne jest, że cierpimy, gdy go zabraknie w naszym życiu. Mamy problem w towarzyszeniu w bólu. Nie chcemy słuchać trudnych historii, ciężkich przejść, nie chcemy być przy tym.

O niektórych trudnych doświadczeniach w ogóle nie mówimy.

Mam wrażenie, że jest podział na tematy, o których wypada rozmawiać i te, które wciąż są tematami tabu. Już wypada opowiedzieć o złym szefie, mobbingu w pracy, zaczepkach z podtekstem erotycznym, uzależnieniu, ale nadal jest lista rzeczy, o których się nie mówi. Uważam, że takim tematem w polskiej przestrzeni społecznej jest gwałt.  Jest bardzo dużo kobiet, które nigdy nikomu się do niego nie przyznają, które nie poszły na policję, które do końca życia nie powiedzą o tym koleżance czy komuś z rodziny. To dla mnie istotny temat, ponieważ wiele kobiet z myślami samobójczymi ma ze sobą doświadczenie gwałtu. To jest cierpienie w samotności. Podobnie jest z doświadczeniem przemocy domowej, z dzieciństwem, w którym było wiele bólu wywołanego nie tylko doświadczaną przemocą fizyczną, ale również oglądaną. Trzeba pamiętać, że na dziecku mocno odbija się oglądanie przemocy w rodzinie. Jeżeli tata bije mamę, to ten obraz zostaje w pamięci do końca życia i o tym nie wypada mówić. Tymczasem te wspomnienia odkładają się na bardzo głęboki ból psychiczny, na ciężar, który nosimy ze sobą, który w chwilach kryzysu dokłada nam kolejny kamień u szyi powodujący, że trudniej nam uwierzyć w dobrą przyszłość. Zawsze myśląc o osobach odbierających sobie życie, myślę o tym, z jakim bagażem samotności odchodzą, z iloma strasznymi doświadczeniami, z jakim nigdy nie wysłuchanym cierpieniem. Czasem piszą o tym w listach pożegnalnych. Szacuje się, że zostawia je jedynie od dwunastu do trzydziestu procent osób. Mają one bardzo różną formę, są krótkie, długie, niektóre zabawne, np. „Chciałam napisać coś mądrego, a nic nie przychodzi mi do głowy”.

Pani kontakt z suicydologią zaczął się właśnie od listów pożegnalnych. Co Panią do nich doprowadziło? Studiowała Pani kulturoznawstwo. 

Wcześniej studiowałam cywilizację śródziemnomorską, grekę, łacinę. Przez moment byłam i na cywilizacji śródziemnomorskiej i na kulturoznawstwie. Wszystko zaczęło się od zainteresowania badawczego i właśnie od listów. Co prawda najpierw były to listy Owidiusza,  dokładnie Heroidy. Pojawiło się u mnie zainteresowanie listami jako pisemną formą wyrażania uczuć i emocji. Zastanawiałam się jaki może być autentyczny zapis ludzki, w którym są duże emocje i wpadłam na pomysł listów pożegnalnych. Wtedy nie zdawałam sobie sprawy z całego kontekstu. To miała być tylko praca magisterska i myślałam, że na tym skończy się ta przygoda. Pamiętam, jak mocno się upierałam, że to będzie tylko badanie związane z aktami mowy, tylko z punktu widzenia języka, ale również semiotycznego, bo bardzo interesowałam się strukturą tekstu. Jednak im dłużej się tym zajmowałam, tym bardziej zdawałam sobie sprawę, że nie da się tego zrobić w ten sposób. Ten rodzaj tekstu jest tak silnie osadzony w kontekście zarówno kulturowym, jak i indywidualnym, i społecznym, że nie można go po prostu wyrwać i pooglądać. Zaczęłam się tym bardziej interesować. Potem prowadziłam zajęcia dla studentów i dużo pracy wkładałam w to, żeby pokazać suicydologię z różnych perspektyw. W końcu zdałam sobie sprawę, w jakiej sytuacji jesteśmy w Polsce, jak wyglądają statystyki, co robimy, żeby zapobiegać samobójstwom i uznałam, że nic nie robimy. Pamiętam jak moim wielkim marzeniem było zrobienie pierwszego spotu w kampanii społecznej dotyczącej tego tematu, bo po prostu go nie było. I tak się zaczęło – listy, zajęcia ze studentami, spot, konferencja… I tak już zostało. 

Wracając do listów – czy ludzie, którzy zostają po śmierci bliskich potrzebują ich? Czy one dają odpowiedź na pytanie „dlaczego”?

Czasem dają, czasem nie. Przy tym temacie wystrzegam się generalizacji, tylu rzeczy nie wiem i nie znam odpowiedzi na wiele pytań. Każdy kryzys samobójczy jest inny. To jest inna historia, inny kontekst, człowiek i sytuacje, które doprowadziły do tego kryzysu, więc musimy być bardzo ostrożni. Dlatego też, kiedy pracowałam nad listami pożegnalnymi starałam się ich nie generalizować. Często wśród naukowców jest potrzeba, żeby podzielić te listy na agresywne, testamentalne i inne, żeby je posegregować i skategoryzować na kilka kategorii. Staram się zmienić to podejście i nie dzielić listów, a dostrzegać w nich różne funkcje komunikacyjne. Nie dzielić ich, tylko pokazywać, że mogą mieć różne treści i cele, i przede wszystkim, że są performatywne. Nie umiem powiedzieć czy rodziny wolałyby mieć list czy nie, ale na pewno wiem, że taki list zmienia rzeczywistość.

Trzeba pamiętać, że czasami zawężenie sytuacyjne powoduje, że człowiek w kryzysie ocenia dosyć specyficznie swoją sytuację i to, co zostawia w liście pożegnalnym nie musi odzwierciedlać rzeczywistości. Są listy bardzo agresywne, w których jest dużo pretensji do bliskich i obwiniania ich. Ludzie piszą je w różnym stanie, czasem po alkoholu, po narkotykach, z różnymi emocjami. Dlatego podejście do listów pożegnalnych zmieniało się na przestrzeni lat. Raz uznawano, że są one wartościowym materiałem badawczym, innym razem, że nie, bo człowiek w kryzysie ma zaburzone myślenie. 

Jakie jest Pani zdanie?

Uważam, że list jest świadectwem cierpienia i to, co w tym świadectwie się znajduje zależy od danego przypadku. Powinniśmy tego słuchać i nie generować ogólnych prawd. Trzeba wsłuchać się w głos cierpiących i na jego podstawie starać się zrozumieć świat osoby w kryzysie. Tak, jak powiedziałem na początku naszej rozmowy, żebyśmy mogli pomóc, to musimy jak najlepiej zrozumieć ten kryzys. Jeżeli nadal będziemy w wyobrażeniu tchórzostwa, manipulacji, egoizmu, to nigdy nie pomożemy, ponieważ nasza empatia się nie uruchomi. Ona może się obudzić dopiero w momencie, kiedy zrozumiemy ten ból. Nawet jeżeli nie jesteśmy w stanie go do końca poczuć czy utożsamić się z nim, to przynajmniej zrozumieć, że ktoś może w nim być i nie bagatelizować go.  

Wspomniała pani o tchórzostwie. Ludzie najczęściej postrzegają samobójstwo jako akt odwagi albo tchórzostwa. Mówi się też o egoizmie. 

Często to słyszę i mierzę się z tymi stwierdzeniami. Jest to o tyle trudne i przykre, że pokazuje, jak mało wiemy. Akt odebrania sobie życia, podniesienie ręki na siebie wymaga siły. Osoby w ciężkiej depresji bywają bezpieczniejsze, bo często nie są w stanie podjąć próby samobójczej. Dopiero kiedy ich samopoczucie się polepsza, są w stanie zaplanować próbę i ją podjąć. Często jest też tak, że osoby przed podjęciem próby samobójczej powoli zbliżają się do granicy, na przykład zaczynają pić więcej alkoholu, brać więcej narkotyków, jeździć szybciej samochodem. Są skłonne do  większego ryzyka, przy czym często bywa to proces, one stopniowo rozciągają  granice strachu. Jestem więc w stanie zrozumieć w tym stwierdzeniu część o odwadze, chociażby w tym kontekście. Tchórzostwo oczywiście odnosi się do tego, że ktoś jest tchórzem, bo nie jest w stanie stanąć w obliczu kolejnego dnia. Egoizm zakłada brak myślenia o innych. To podejście pokazuje naszą niewiedzę o stanie suicydalnym, który między innymi polega na zawężeniu relacji międzyludzkich. Osobie w kryzysie wydaje się, że jest ciężarem, że odchodząc robi lepiej innym, więc trudno tu mówić o egoizmie. Próba samobójcza jest ucieczką od nieznośnego bólu psychicznego, który tak zawęża widzenia, że człowiek jest skupiony tylko na tym, żeby przestało boleć.

Skąd bierze się ten ogromny ból? Czy on może spotkać każdego?

Ważne, żebyśmy przełamali fałszywe przekonanie, że życie odbierają sobie ludzie chorzy psychicznie. Oczywiście choroba psychiczna jest czynnikiem ryzyka. Podobnie jest z depresją. Zawsze problemem jest zaburzenie równowagi między czynnikami ryzyka i czynnikami zabezpieczającymi, tak zwanymi czynnikami chroniącymi. Obecnie buduję model etiologii zachowań samobójczych. Składają się na niego czynniki indywidualne, czyli to, że każdy z nas niesie jakiś plecak i w nim różnego rodzaju obciążenia. Może to być przeżycie żałoby w dzieciństwie, doznanie przemocy rówieśniczej lub domowej, perfekcjonizm, problem z uzależnieniem. Idziemy z tym przez życie i  trafiamy na pewien układ sytuacyjny w naszym życiu, którym mogą być problemy z pracą, problem w małżeństwie, problem z prawem itd. Do tego dochodzą czynniki środowiskowe, czyli szkoła, praca, Internet, które też wpływają na kryzys. Potem są czynniki społeczne, np. dostęp do pomocy specjalistycznej. Na końcu mamy czynniki kulturowo- religijne, czyli jak w danym społeczeństwie podchodzimy do samobójstw, jak są one przedstawiane w mediach. To wszystko składa się na sylwetkę osoby, które odbiera sobie życie, to wszystko oddziałuje na nią. Z drugiej strony są środki chroniące czyli pasja, dobre relacje z rodziną, dobre wspomnienia, praca, wiara w siebie, umiejętność radzenia sobie z trudnościami. Jeżeli one są wystarczająco silne, to mimo wpływu czynników ryzyka można sobie poradzić. Większość ludzi ma kilka razy w życiu przelotne myśli samobójcze. Problem zaczyna się wtedy, kiedy się intensyfikują, kiedy nie ma nad nimi kontroli, kiedy z myśli biernych zmieniają się w aktywne. Czynniki ryzyka mogą się przytrafić każdemu z nas. Każdy może znaleźć się w sytuacji, kiedy zabraknie mu pragnienia życia, ale to, czy podniesie na siebie rękę zależy od szerokiego kontekstu.

Środkiem chroniącym może się okazać spotkanie z drugim człowiekiem.

Wiele osób po kryzysie mówiło mi, że naprawdę czasem niewiele wystarczy – okazane ciepło,  złapanie za rękę, przytulenie, uśmiech, dobre słowo. To potrafi dać mnóstwo siły. Nawet nie zdajemy sobie sprawy z tego, że ciemność osoby, która jest w kryzysie  może się nagle przełamać właśnie przez taki spontaniczny gest naszego ciepła. Oczywiście nie jest tak, że nagle kryzys minie, ale pojawia się błysk nadziei. Często dostajemy pomoc od osób z zewnątrz. Liczymy na wsparcie kogoś bliskiego, ale zdarza się, że go nie ma. Brak nam tego wsparcia na co dzień, brak go w naszych domach. Za mało jest przytulania, słów: „kocham cię, jesteś dla mnie ważny”. To są rzeczy których brakuje przede wszystkim młodym ludziom.

Zamiast tego, przed młodymi ludźmi pojawiają się głównie oczekiwania i wymagania. 

Myślę, że budujemy popękane dzbanki, bo sami jesteśmy popękanymi dorosłymi. Oczywiście są ludzie, którzy potrafią to przerwać, np. wychodzą z domu, gdzie była wielka przemoc i nigdy nie uderzyli swego dziecka. Wszystkie schematy zachowania można przerwać. Tylko to wymaga refleksji, a na refleksję trzeba mieć czas, trzeba chcieć złapać dystans do siebie i spojrzeć na siebie z zewnątrz. Po to właśnie jest psycholog, terapeuta, żeby pomóc spojrzeć na siebie z dystansu, żeby dostać wsparcie, które pozwoli na chwilę zatrzymania, zastanowienia się nad sobą, określenia swoich potrzeb i emocji. Nie każdy jest w stanie zrobić to samodzielnie.

Próba samobójcza jest wołaniem o pomoc. I to jest też odpowiedź na to, czy ktoś manipuluje czy używa próby samobójczej jako instrumentu do osiągnięcia swoich celów. Zawsze wtedy pytam: „W jak dużym bólu i kryzysie musi być człowiek, który używa takich narzędzi? W jakiej sytuacji musi być to dziecko? Jak bardzo musi być niesłyszane, niekochane, zaniedbane emocjonalnie, że musi użyć takich narzędzi, by powiedzieć jak bardzo cierpi?” To są pytania do nas, do otoczenia. Natomiast ważne jest, żebyśmy zachowali umiar w oskarżaniu otoczenia. Trzeba być ostrożnym w ferowaniu wyroków i pamiętać, że zapobieganie samobójstwom to nie jest polowanie na czarownice i szukanie winnego. Czasem bliscy wiedzą o kryzysie, starają się, pomagają, ale tej osoby nie udaje się uratować. Trzeba się starać, mamy obowiązek walczyć do końca, ale nie jesteśmy wszechmocni.

To musi być bardzo trudne dla bliskich.

Do końca nigdy nie wiemy, co było tym ostatnim czynnikiem, bo nie jesteśmy w głowie tej osoby i nie znamy wszystkich odpowiedzi. Możemy łączyć kropki, budować modele, zastanawiać się, ale człowiek zawsze odchodzi sam, z tajemnicą. Szukanie winnego nie przynosi nic dobrego. Często rodziny w żałobie próbują powiedzieć, kto jest odpowiedzialny, chcą zamknąć proces i pójść dalej. Ale niestety zawsze zostaje wielki znak zapytania. Dlatego ta żałoba jest taka trudna. Jest też dodatkowo bolesna, bo bliscy bywają oceniani: „gdzie byli rodzice, co to za żona, patologiczny dom”. Pojawia się mnóstwo etykiet. Tymczasem stało się i nie chodzi o to, żeby to oceniać czy szukać winnych. Nie mamy kontroli nad całym światem, który otacza osobę w kryzysie i to, że my się staramy nie znaczy, że zawsze się uda. Osoba w kryzysie pójdzie do pracy czy do szkoły i znowu pojawi się jakiś czynnik ryzyka, który pogorszy jej stan. To są  pojedyncze historie i czasem decyduje nieoczekiwany splot wydarzeń – nieodpowiedni terapeuta, źle dobrane leki, kolejny zakręt. Rozmawiamy o bardzo wrażliwej materii i wpływie różnych czynników, więc ciężko ferować wyroki.

Na pewno bywa tak, że pomimo wielkiego wysiłku bliskich, kogoś nie udaje się uratować. Czasem ciężar za długo się odkładał, bo reagujemy, kiedy jest bardzo późno, jak ktoś naprawdę nie ma już siły. Wcześniej nikt nie zauważył, nie wysłuchał, nikt tego dziecka nie przytulił. I moment, kiedy zaczynamy ratować, to jest ten, w którym plecak jest niezwykle ciężki. Kryzys, który się przedłuża może się przerodzić w kryzys chroniczny i wtedy o wiele trudniej jest wyjść na prostą. Tak jest z każdą chorobą, łatwiej jest zapobiegać lub działać na początku. Dużo łatwiej sobie poradzić z pierwszym małym kryzysem czy drugim, ale trudniej, kiedy jesteśmy w kryzysie stale. Potem pojawia się również kwestia zdrowienia, rewitalizacji. Jeżeli wychodzimy z poważnego kryzysu, to nie wyjdziemy z niego w dwa dni, potrzebujemy więcej czasu, żeby sobie z tym poradzić. Nie ma prostych rozwiązań i nie ma złotej recepty. Nie nauczymy się pięciu haseł i będziemy pomagać osobom w kryzysie. Istotne, byśmy zawsze mieli szerszy kontekst i tak łatwo nie ulegali generalizacji. Dlatego bardzo ważna jest pomoc systemowa, dlatego prowadzimy w ramach zespołu nie tylko wsparcie dla osób w kryzysie, ale dla nauczycieli, rodziców i  bliskich. Żeby pomagać trzeba mieć dużo siły, bo to jest długa droga.

Nasza rozmowa toczy się wokół spotkań, z drugim człowiekiem, cierpieniem, ocenianiem itd. Porozmawiajmy o Pani spotkaniach. Może najpierw o spotkaniu z jeździectwem. Czym ono dla Pani jest?

To jest jak tlen, już bez tego po prostu nie potrafię żyć. Trenuję od szóstego roku życia. Rodzice posadzili mnie na kucyka i tak to się zaczęło. W rodzinie nikt nie jeździł konno. Mama jest malarką, tata był marynarzem, zmarł, kiedy miałam 11 lat. Oboje podziwiali konie. Mieliśmy stajnię na  trzydzieści koni  pod Warszawą, którą po śmierci taty prowadziłyśmy jeszcze przez dwa lata. Konie to piękne zwierzęta, można się w nich naprawdę zakochać. Każdy, kto z nimi przebywa, wie co to znaczy wstać rano i nakarmić konie, słuchać tego dźwięku, kiedy jedzą owies i cichutko rżą. Lubię chwile, w których słyszę to przeżuwanie i czuję zapach ciepłego meszu. Teraz mam jednego konia, trenuję sześć razy w tygodniu, wyjeżdżam na zawody. To jest  kwestia  mocnej dyscypliny czasowej. Jeżeli się prowadzi intensywne życie zawodowe i do tego uprawia sport,  to  jest to często trudne do pogodzenia. Ale jak tam jestem, to tylko to się liczy. Głowa się zupełnie odrywa, jestem tylko ja, koń,  trener, wyzwania.  

Pani największy sukces?

Kadra narodowa, udział w mistrzostwach Polski. Chciałabym jeszcze trenować na takim poziomie, żeby myśleć o profesjonalnym seniorskim sporcie. Na razie mam młodego konia, nowy klub i duże nadzieje. Czeka mnie ciężka praca. Zobaczymy, czy wystarczy mi odwagi, to jest dosyć niebezpieczna dyscyplina.   

Ale z drugiej strony ma ten plus, że można ją długo uprawiać.

Jeździectwo to jest jeden z tych sportów, w których po pierwsze kobiety i mężczyźni na równym poziomie startują w jednej kategorii,  po drugie jest to jedyny sport olimpijski ze zwierzęciem i po trzecie nie ma w nim granicy wieku. Najstarszy olimpijczyk we wszystkich sportach jest właśnie jeźdźcem – Japończyk, który ma siedemdziesiąt dwa lata. Mój trener był na ostatniej olimpiadzie w Tokio i bardzo dobrze mu poszło. Mam szczęście trenować u najlepszych.

Czekam więc na Pani udział w olimpiadzie. Jakie są inne ważne spotkania w Pani życiu?

Odkąd zaczęłam zajmować się tematem samobójstw, to cały czas czuję, że dobrze robię. Pamiętam moment, kiedy nagrywaliśmy pierwszy spot – wracałam z nagrań i wszystkie światła miałam zielone, zawsze miałam gdzie zaparkować, wszystko mi sprzyjało. Mam dużo energii do tych działań, mimo że czasami bywam bardzo zmęczona, bo przecież napotykam sporo trudności. Ale z każdej opresji  udaje mi się wyjść. Często ludzie pytają jak sobie radzę zajmując się takim smutnym tematem. Ja tego nie czuję i jestem przekonana, że to jest właściwy kierunek. Chyba najtrudniejszy był moment, gdy zaczęłam pracę przy listach pożegnalnych. Musiałam się z tym ułożyć, bo miałam wrażenie, że to jest bardzo intymny materiał i potrzebowałam wewnętrznego przyzwolenia na tę pracę. Wtedy właśnie pomyślałam, że słucham tych, których nikt nie wysłuchał, że – jakkolwiek to dziwnie zabrzmi – to są przyjaciele, którzy odeszli, o których trzeba zawalczyć, którym trzeba w końcu dać głos. Gdy w ten sposób o tym pomyślałam, to wszystko zaczęło się powoli układać. Myśląc o spotkaniach, myślę o tych, których spotkałam na swojej drodze od kiedy się tym zajmuję. Bez tych ludzi nic bym nie zrobiła, bo samej można dużo, ale w ograniczonej skali. Tymczasem nasze działania są ogólnopolskie i jest ze mną zespół kilkunastu osób. Poznałam fantastycznych ludzi, zaangażowanych, ciepłych, oddanych, którzy robią to przez kilkanaście lub kilkadziesiąt lat i nie brakuje im energii i empatii. Czasem ktoś ma  inną perspektywę, ale wszyscy, których spotykam chcą pomóc, angażują się, są szczerzy, otwarci i to bardzo ułatwia pracę w tak trudnych okolicznościach. Możemy się różnić, mieć inne podejście do sprawy, ale na koniec dnia okazuje się, że mamy wspólne cele i takie same wartości. Suicydologia jest dziedziną interdyscyplinarną, łączy różne nauki skupione przy jednym problemie i żeby to miało sens, to musi działać zespół. Ale w zespole interdyscyplinarnym są różne języki, inne podejście i często ekspertom trudno jest wyjść ze swojej bańki. Moje doświadczenie  pokazało, że to jest możliwe. Przy temacie zapobiegania samobójstwom pracuję z ludźmi z różnych dziedzin, posługującymi się różnymi narzędziami badawczymi, z różnym podejściem, ale  jest wiele rzeczy wspólnych, przede wszystkim pochylenie się nad cierpieniem drugiego człowieka, empatia wobec samotności, potrzeba wsparcia. Fascynuje mnie to, że droga, którą podążam daje mi bardzo dużo. Jestem szczęśliwa w stu procentach  i nie wyobrażam sobie bycia gdzie indziej. Ponadto wierzę, że ludzi dobrej woli jest więcej. Bardzo lubię te słowa, towarzyszą mi od dzieciństwa. Pamiętam, jak byłam małą dziewczynką i jeździliśmy samochodem, jeszcze z tatą, to zawsze śpiewał w tle Czesław Niemen.

Ma Pani osobiste doświadczenia związane z samobójstwami?

Mam za sobą szereg bardzo ciężkich doświadczeń życiowych i to przybliża mnie do tematu samobójstw. Przeżyłam wiele trudnych sytuacji i wiem jak one potrafią się skomasować, wiem co to znaczy, że świat wali się na głowę, kiedy bliscy odchodzą, wiem, jak wygląda śmierć. Myślę, że spotkanie z bólem i ze śmiercią zbliżyło mnie do tego tematu, pozwoliło mi inaczej na niego spojrzeć.  Nie miałam kryzysu suicydalnego, nikt w rodzinie i wśród bliskich mi ludzi nie popełnił samobójstwa. Mój znajomy – wielki autorytet, wspaniały weterynarz, który opiekował się moimi końmi – odebrał sobie życie. Bardzo dobrze go wspominam, ale to na pewno nie był powód, dla którego zajęłam się tym zagadnieniem. Natomiast im dłużej się nim zajmuję, tym bardziej odkrywam, dlaczego to robię. Myślę, że zrozumienie dla bólu i szacunek dla osoby cierpiącej  jest związane z tym, że dużo tego bólu było w moim życiu. To też pozwala mi otworzyć się na drugiego człowieka i uczy pokory. Stąd też moja niechęć do mówienia prawd absolutnych, umiejętność mówienia „nie wiem” oraz cieszenia się wieloma rzeczami. Kiedy się znajdzie nitkę, której można się złapać, to chociaż jest ona bardzo cienka, to jednak jest i z czasem może się wzmacniać. Myślę, że ta świadomość również pozwala mi  pracować w tym zawodzie. Wiem, że można się czegoś złapać.  

Jako humanista mogę przyczyniać się do tego, co ratuje ludziom życie. Czasami po jakichś wywiadach czy materiałach dostaję maile i wiadomości z podziękowaniami. To daje bardzo dużo siły, ładuje akumulatory. Czasem czytam, że ktoś zmienił zdanie, dziękuje mi i to jest dla mnie niebywałe. Sam fakt, że można doświadczyć czegoś takiego jest dużym darem od losu. Jak tu nie być szczęśliwym. Skupiam się na haśle naszego projektu, że życie warte jest rozmowy.

Życie warte jest rozmowy. Życie warte jest troski o zwiększanie świadomości społecznej, o pokazanie czym jest kryzys suicydalny i jak możemy mu przeciwdziałać.

Jesteśmy społeczeństwem, w którym z jednej strony wzrasta liczba samobójstw wśród seniorów i z drugiej strony prób samobójczych wśród dzieci. To jest taki papierek lakmusowy naszego społeczeństwa. Nie chciałabym dawać sobie prawa do odpowiedzi, dlaczego tak jest, ale mogę mieć refleksję, że pewne rzeczy nam nie pomagają. Na pewno to, że we współczesnym świecie nie ma miejsca na rodzinę. Nie żyjemy już w dużych domach i nie mamy czasu dla siebie. Rodzina coraz rzadziej jest wartością. Są indywidualne kariery, a nie wspólnotowość. Na pewno nie pomaga sekularyzacja, ponieważ religia jest dużym czynnikiem zabezpieczającym przed zachowaniami samobójczymi. Religia to jest bycie razem w obrządku, nadawanie sensu każdemu dniu, a także cierpieniu. Świat, w którym nie ma rodziny, nie ma miejsca na Boga, w którym stawiamy na indywidualny sukces, nie możemy być słabi i nie wypada nam mówić o tym, że nas boli, to świat po prostu nieludzki. Żyjemy w świecie, nie dla ludzi. Najnowsze badania CBOS-u pokazują, że ponad sześćdziesiąt procent kobiet w Polsce nie chce mieć dzieci. Coś się za tym kryje. Są pytania, które musimy sobie zacząć stawiać. Próby samobójcze wśród dzieci i młodzieży powinny wywoływać pytania o technologie, o higienę korzystania z Internetu, który nie tylko jest narzędziem, ale środowiskiem dla wielu młodych osób. To środowisko rządzi się pewnymi prawami i powinniśmy je rozumieć. Próby samobójcze stawiają też pytania o rolę rodziców i szkoły w wychowaniu dzieci. Przerzucanie się odpowiedzialnością za wychowanie dzieci sprawia, że nikt tego nie robi dobrze.  

Temat samobójstw jest bardzo interesujący, bo śmierć z własnej ręki rodzi bardzo dużo pytań o sens życia, sens miłości, granicę ludzkiej wolności. To są poważne pytania i chyba jest czas, żeby je sobie na nowo zadawać, bo coraz częściej sprzedajemy wolność za poczucie bezpieczeństwa, sprzedajmy bliskość za wygodę. Na człowieczeństwo i nasze ludzkie potrzeby jest coraz mniej miejsca. Nie jesteśmy stworzeni do tego, żeby żyć samotnie, a współczesny rytm właśnie to nam proponuje. Praca, dom, Netflix, Internet, jedzenie do domu, zakupy do domu itd. Potrzebujemy relacji i o tym piszą do nas ludzie na platformie, o tym piszą w listach pożegnalnych. Doskwiera nam gigantyczne poczucie samotności, mają je młodzi i starzy. Czas zrozumieć, że to jest nasz poważny problem.

fot. Alicja Węgrzyn

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *