Spotkanie z Anną Cwener

Dr Anna Cwener – botanik i przyrodnik. Absolwentka ochrony środowiska w KUL w Lublinie oraz studiów doktoranckich w Instytucie Botaniki Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie. Wieloletni pracownik Zakładu Geobotaniki UMCS w Lublinie. Obecnie pracownik naukowo-techniczny w Ogrodzie Botanicznym UMCS w Lublinie. Ekspert w projekcie „Ochrona muraw kserotermicznych w Polsce – teoria i praktyka”. Współautorka, wraz z dr hab. Barbarą Sudnik-Wójcikowską, atlasu Rośliny kserotermiczne. Zajmuje się badaniem i ochroną muraw kserotermicznych na Lubelszczyźnie.

Pochodzi Pani ze Skierbieszowa leżącego na terenie Skierbieszowskiego Parku Krajobrazowego. Czy już od dzieciństwa biegała Pani po łąkach i lasach?

Tak, od swoich najwcześniejszych lat. Tym bardziej, że rodzice byli związani z przyrodą i oboje pracowali w  szkole rolniczej. Z ziemią, roślinami i lasem miałam kontakt od dziecka. Kiedy byłam mała, tato jeszcze studiował. Pamiętam, że w ramach studiów robił zielnik i chodziliśmy razem na łąki zbierać rośliny. Wtedy już poznawałam pierwsze z nich. Dzięki temu zielnikowi, gdy miałam pięć albo sześć lat, to znałam już niektóre rośliny i ich nazwy. Przy okazji edukacji taty uczyłam się i ja. W pobliżu Skierbieszowa jest rezerwat stepowy, do którego chodziłam z rodzicami. Chciałam wiedzieć jak tam jest i co na tym terenie rośnie.

Jak się nazywa ten rezerwat? Rezerwaty czasem mają specyficzne nazwy, których genezę znają tylko lokalni mieszkańcy.

Rezerwat Broczówka. Nazwa Broczówka, ponieważ u podnóża skarpy są źródełka, wybroczyny, broczy woda. To było miejsce, gdzie uciekaliśmy ze szkoły na wagary. W pierwszy dzień wiosny chodziliśmy właśnie na Broczówkę.

Co w roślinach było dla Pani takiego fascynującego, przyciągającego?

One nie uciekały. Zwierzęta są płochliwe, zawsze uciekają, przez co trudniej je zaobserwować, trudniej zobaczyć i rozpoznać. Roślina nie ucieka i można ją spokojnie pooglądać z bliska. Poza tym widziałam, że ludzie bardziej troszczą się o zwierzęta, częściej się nad nimi rozczulają. Krzywda zwierząt, przelew krwi bardziej porusza ludzi, niż na przykład niszczenie roślin. Pomyślałam, że roślinami rzadko ludzie się przejmują, więc właśnie nimi trzeba się zajmować, a nie zwierzakami. I tak zostałam z tymi roślinami.

Naturalnym wyborem była klasa biologiczno-chemiczna w liceum?

Tak, od początku byłam ukierunkowana przyrodniczo. Moja mama oczywiście marzyła, żebym poszła na medycynę, ale ja wolałam coś innego. Wahałam się bardzo co studiować. Rozważałam astronomię, fizykę, chemię i biologię, a stanęło na ochronie środowiska.

Dlaczego?

W liceum w ramach biologii miałam lekcje ekologii, które były dla mnie niezwykle fascynujące. Dzięki nim odkryłam, że w świecie wszystko jest ze sobą ściśle powiązane, jest złożone i bardziej skomplikowane niż mi się wydawało. Tworzą się łańcuszki zależności, dzięki którym wszystko staje się harmonijne. Ochronę środowiska studiowałam na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim, początkowo na Wydziale Filozofii, gdzie było dużo filozofii i to było dla mnie bardzo ciekawe.

Niezwykłe jest to, że w świecie przyrody wszystko musi dokładnie do siebie pasować, że jedno od drugiego zależy. My tego w ogóle czasami nie widzimy. Niektóre rzeczy wydają nam się zupełnie oczywiste. Uznając, że tak po prostu jest nie zastanawiamy się nad tym głębiej. Wiemy, że jest duże zanieczyszczenie powietrza, że wycina się lasy, ale nie znamy konsekwencji tego. Jest nam trochę wszystko jedno co się dzieje, bo nie widzimy co to za sobą pociąga. Uważamy, że jak niszczymy jeden gatunek, to przecież się nic nie dzieje.  Ale nie możemy wiedzieć czy nic się nie dzieje, bo nie wiemy, w którym miejscu łańcucha był ten gatunek i jaką funkcję pełnił.  

Ale Wy – naukowcy – zawsze znacie zależności i konsekwencje?

Niekoniecznie, ponieważ większość  współczesnych eksperymentów robimy w laboratorium i te badania nie do końca mają przełożenie na rzeczywistość, często dają całkiem inne wyniki, niż to co dzieje się w naturze.  Z grubsza wiemy, ale w środowisku naturalnym działa wiele czynników, również takich, których człowiek czasami nie jest w stanie przewidzieć. Może pojawić się nawet minimalna różnica w temperaturze, minimalna różnica wilgotności, jakiś nowy patogen i zupełnie co innego dzieje się w naturze, niż w laboratorium.

Skąd u Pani zainteresowanie roślinnością kserotermiczną?

Na pewno trochę ze względu na Rezerwat Broczówka, o którym wspominałam. Znajdował się blisko domu, ale jednocześnie był zupełnie inny niż to co dookoła. Poza tym na studiach spotkałam śp. profesora Janeckiego, który między innymi wykładał geobotanikę. Jego wykłady były szalenie interesujące. Profesor mówił na podstawie kartek albo z pamięci, ale zawsze robił to z ogromną pasją. Płomiennym głosem opowiadał o stepach, o roślinności czarnomorskiej, o tych kawałkach stepów, które są w Polsce. Spotkanie z nim i jego opowieściami miało dla mnie ogromne znaczenie.

Jakie były inne ważne spotkania w Pani życiu? 

Na pewno nie było takiego jednego spotkania. Jest mnóstwo spotkań, które były ważne, np. z nauczycielami, którzy znacząco na mnie wpłynęli. Dużą rolę odegrało zetknięcie z ekologią w liceum. Spotkanie nie tyle z człowiekiem, co bardziej z zagadnieniem było bardzo istotne i pociągnęło mnie w określonym kierunku. Znaczące było zetknięcie się z poezją księdza Twardowskiego, który bardzo prosto i pięknie pisał o świecie przyrody. Ta poezja w pewien sposób mnie kształtowała. Potem pojawił się w moim życiu Święty Franciszek z Asyżu będący moją inspiracją, który jest patronem ekologów. On nazywał wszystkie stworzenia braćmi i siostrami. Ta postawa szacunku do stworzonego świata, a także interpretacja jego dzieł na pewno działały na mnie bardzo proekologicznie. Cały szereg wydarzeń miał wpływ na moje wybory.

Murawy kserotermiczne to bardzo niszowy temat. Zdaje Pani sobie z tego sprawę?

Tak i myślę, że z roku na rok staje się on coraz bardziej niszowy. Te murawy giną, są jednym z najbardziej zagrożonych typów siedlisk w Europie, nie tylko w Polsce. Murawy kserotermiczne i torfowiska są szczególnie zagrożone.

Jak w Polsce pojawiły się te murawy?

Murawy kserotermiczne to murawy ciepłolubne. Określenie ksero nie ma nic wspólnego z  kserokopiarką. „Ksero” w słowniku staropolskim oznacza „wąski zakres tolerancji”, ale też „ubogi”, „termiczny” – „ciepłolubny”. Murawy występują więc tam, gdzie jest sucho i ciepło, i to jest warunek ich utrzymania się. U nas pierwsze fragmenty stepów pojawiły się po okresie zlodowaceń, w którym prawie cały teren Polski był pokryty lodem. Po ustępowaniu zlodowaceń rośliny ciepłolubne, które przywędrowały do nas z ostoi na południu i wschodzie Europy stopniowo zasiedlały nowe tereny, zanim wykształcił się tam las. Gdy klimat się ocieplił i obszar Polski pokrywały już lasy, roślinność stepowa zachowała się jedynie w miejscach, gdzie z powodu silnego nasłonecznienia i braku wody nie mogły rosnąć drzewa. I to są właśnie murawy kserotermiczne – fragmenty stepów, które u nas są poza swoim typowym zasięgiem.

Stepy kojarzą nam się tylko z ciepłem, ale one wykształcają się w klimacie kontynentalnym, czyli tam gdzie są suche i gorące lata oraz mroźne i śnieżne zimy. U nas nie występują typowe stepy, ponieważ nasz klimat ma więcej cech klimatu oceanicznego, jest nieco łagodniejszy i wilgotniejszy. Są jednak gorące lata, dzięki czemu na słonecznych zboczach czy w wychodniach skał kredowych klimat jest troszkę „suchszy” i bardziej zbliżony do klimatu kontynentalnego. Wytłumaczyć to można bardzo łatwo, bo chodzi o kąt padania promieni słonecznych – im bliżej do 90 stopni, tym większe jest nasłonecznienie i większe parowanie. Na zboczach jest więc dużo cieplej, niż na płaskim terenie. Mniejsza wilgotność uniemożliwia wzrost drzew i zostają murawy.

Gdzie w Polsce występują murawy kserotermiczne?

Murawy można znaleźć przede wszystkim na Lubelszczyźnie, w Małopolsce oraz w dolinach górnej Odry i Wisły. Zajęły one głównie strome, słoneczne zbocza w dolinach rzek i tam się utrzymały. Murawy lubią podłoże wapienne, wychodnie skał kredowych, ponieważ są to tereny, na których drzewa nie dają sobie rady – nie mogą się tam zakorzenić, gdyż jest za sucho.  

Lubelszczyzna obfituje w murawy kserotermiczne. Wyżyna Małopolska jest podobnym miejscem, ale tamtejsze murawy są już trochę inne a w dolinach Odry – zupełnie inne. Z Lubelskiego jest najbliżej do właściwego źródła roślinności stepowej czyli do Ukrainy i mamy kilka gatunków, których dalej na zachód nie znajdziemy. Tylko tutaj występuje żmijowiec czerwony, przetacznik zwodny, szczodrzeniec zmienny, który rośnie tylko w Czumowie nad Bugiem czy ciemiężyca czarna – bardziej leśny gatunek. Tu jest mnóstwo ciekawych, niepowtarzalnych miejsc. Kiedyś prowadziliśmy warsztaty międzynarodowe na murawach kserotermicznych i zabraliśmy grupę obcokrajowców w okolice Skierbieszowa, gdzie jest obszar Natura 2000, na którym znajdują się duże zarośla wisienki stepowej. Nasi goście uważali, że my te wisienki posadziliśmy. Nie mogli uwierzyć, że to stanowisko jest naturalne. Tak samo za granicą nie wierzą, że my wciąż odkrywamy nowe murawy, że jeszcze jest coś do odkrycia. Ponadto, moim zdaniem na Lubelszczyźnie mamy ewenement na skalę światową.

Jaki?

To jest jedyne miejsce w Polsce, gdzie murawy kserotermiczne leżą wśród bagien. Na chełmskich torfowiskach węglanowych są niewielkie wyniesienia – grądziki. Żeby do nich dojść często potrzebne są wodery, ponieważ  woda sięga do kolan albo wyżej. Wchodzi się na taki grądzik i dookoła jest łąka trzęślicowa, a na wierzchowinie – murawa kserotermiczna. To jest niezwykle ciekawe. Trzeba przedzierać się czasem kilkaset metrów przez szuwary i przez wodę, żeby wyjść na piękną murawę. Ponoć kiedyś był tam wypas bydła. Miejscowi opowiadają, że w chudych latach, gdy brakowało pożywienia, to wyganiano zwierzęta nawet na te bagna. Okolice Chełma są bardzo bogate w jeszcze stosunkowo mało zniszczone miejsca.

Jaka murawa na Lubelszczyźnie jest najdłużej znana?

Najbardziej i najdłużej znane miejsce na Lubelszczyźnie to Rezerwat Stawska Góra. Ferdynard Karo w artykule z 1882r. opisywał swoją wycieczkę na tę górę.  Autor opowiadał jak się tam wdrapywał, by zobaczyć pierwsze i jedyne znane wówczas w Polsce stanowisko dziewięćsiłu popłocholistnego. Do dziś ta roślina tam rośnie i jest jej sporo. Ale to, co obecnie dzieje się na Stawskiej Górze jest przerażające. Pamiętam, że to było gołe miejsce, a w tej chwili trudno przedrzeć się przez krzaki. Kilka lat temu w ramach zabiegów ochrony czynnej na murawach, właśnie tam, gdzie rośnie dziewięćsił był prowadzony wypas i w tym miejscu jest jeszcze w miarę dobrze. Ale w pozostałych miejscach ten rezerwat bardzo zarasta. Realizowaliśmy w nim projekt likwidacji kaliny. Krzaki zostały wycięte i miejsca po nich przykryte grubą czarną folią budowlaną, która leżała przez trzy lata. Zdjęliśmy folię a kalina odbiła. A wydawało się, że bez światła nie przetrwa.

W  1882 r. to było jedyne stanowisko dziewięćsiłu popłocholistnego. Jak jest teraz?

Drugie stanowisko było później znalezione na Wyżynie Małopolskiej a kolejne w Rogowie na Lubelszczyźnie. Przez bardzo długi czas w Lubelskiem były znane tylko te dwa stanowiska. W tej chwili chyba ktoś pomaga tej roślinie, bo stanowisk się namnożyło. Jest już na Białej Górze koło Tomaszowa Lubelskiego, w rezerwacie Machnowska Góra, w Kątach koło Zamościa i w Żmudzi. Ktoś ma w tym swój udział.

To dobrze czy źle?

Dobrze, pod warunkiem, żeby to było dokumentowane. Są instytucje powołane do tego, żeby tworzyć stanowiska zastępcze. Świetnie, że pojawiają się nowe, ale ważne, żebyśmy znali źródło pochodzenia tych roślin. Jeśli tego nie wiemy, konieczne są badania genetyczne, żeby ustalić z jakiej grupy pochodzą. I ważne, żeby to była populacja lubelska, a nie na przykład z Małopolski, bo wtedy można utrzymać różnorodność genetyczną w miarę zbliżoną do naturalnej.

Często tworzycie stanowiska zastępcze?

Jeśli gdzieś było historyczne stanowisko danej rośliny, jeśli ten gatunek wyginął, to staramy się to stanowisko odtworzyć. Czasem mamy materiał genetyczny zachowany w uprawie ex situ w Ogrodzie Botanicznym, czasami pozyskujemy go z sąsiedniego stanowiska. Rośliny są uprawiane w ogrodzie po to, żeby zachować różnorodność. Namnażamy je i wsiedlamy na stanowiska naturalne, czyli tam, gdzie kiedyś dany gatunek występował. Obecnie namnażamy w ogrodzie kilka gatunków. Pielęgnujemy je w ogrodzie, ponieważ na stanowisku naturalnym nie wydają już nasion zdolnych do kiełkowania. Albo np. zostały tylko dwa osobniki danego gatunku, więc dbamy o niego w ogrodzie, żeby zakwitł i wydał nasiona. Potem trzeba je rozmnożyć i z powrotem wysiać na stanowisku naturalnym.     

Widziała Pani wszystkie murawy na Lubelszczyźnie?

Nie wiem, czasami już mi się wydaje, że wszystkie  a nagle okazuje się, że tak nie jest. Mam  kolegę – szperacza, który korzystając z Geoportalu potrafi wyszukać potencjalne miejsca murawowe i udaje się, że znajduje tam piękną murawę, o której nikt wcześniej nie wiedział. W dalszym ciągu odkrywamy jakieś kawałeczki. 

Gdzie Pani najczęściej jeździ, ma Pani swoje ulubione miejsca?

Wyjątkowo bogate i ciekawe dla mnie miejsce to Kąty koło Zamościa. Bardzo lubię Białą Górę koło Tomaszowa Lubelskiego  – teren piękny krajobrazowo. Mamy bardzo ładne miejsce, może mniej bogate w gatunki, ale pejzażowo bardzo interesujące, a mianowicie Turowiec za Wojsławcami. Dużo jest u nas ładnych miejsc. W dolinie Wieprza w okolicy Tarnogóry są ciekawe gatunki, ale niestety ten obszar już bardzo zarasta. Wszystko zmienia się niezwykle szybko. Chodzę po murawach od ponad dziesięciu lat, ale w ciągu ostatnich pięciu czy sześciu widzę jak szybko zarastają. Już nigdy nie będą wyglądać tak, jak chociażby w latach sześćdziesiątych, kiedy opisywał je prof. Fijałkowski. Pewne gatunki wypadły i już ich nie odtworzymy. Niestety te zmiany będą postępować coraz szybciej, więc jeśli nie zadziałamy w odpowiednim momencie, to stracimy murawy.

Dlaczego warto je chronić?

Murawy stanowią źródło różnorodności. Są takimi malutkimi wysepkami o zupełnie innych warunkach siedliskowych i odmiennym składzie gatunkowym. Tam są całkiem inne gatunki, niż w okolicach, co bardzo wzbogaca różnorodność biologiczną. Dodatkowo za tymi roślinami idzie mnóstwo bezkręgowców, które są związane tylko z murawami kserotermicznymi. Dzięki temu mamy większą różnorodność a im większa jest różnorodność, tym natura ma lepsze zdolności do reakcji na zachodzące w niej zmiany. Jeżeli jakiś czynnik się zmieni i część gatunków wypadnie, to inne mogą je zastąpić. Jeżeli nie będzie z czego zastąpić, to zrobi się coraz ubożej, bardziej jednolicie i może pojawić się monokultura, tak jak na polach uprawnych.

Wszyscy wiedzą, jak ważne są lasy i dlaczego trzeba je chronić. Jak przekonać ludzi, że warto zachować murawy?

Trudno jest przekonać ludzi do tego, jak wielką wartością jest różnorodność biologiczna. Prowadząc zajęcia z dziećmi robiłam doświadczenie polegające na tym, że wybieraliśmy fragment naturalnej albo prawie naturalnej łąki i liczyliśmy ile tam jest gatunków roślin. Potem robiliśmy to na tej samej powierzchni pola albo trawnika przed domem. Różnica była bardzo duża. W pierwszym przypadku np. na stu metrach kwadratowych można było znaleźć czterdzieści albo więcej gatunków roślin a na trawniku czy polu – kilka gatunków, a jak dobrze wypryskany – to tylko jeden. I wyobraźmy sobie, że pojawia się jakiś szkodnik. Jeśli na obszarze jest jeden gatunek, to on zniszczy wszystko. A jeżeli mamy tych gatunków pięćdziesiąt czy trzydzieści i on zniszczy jeden gatunek, to nam zostanie jeszcze wiele innych. Na tym, między innymi polega wartość różnorodności. Ale sądzę, że ludzi nie przekonuje fakt, że to jest wartość sama w sobie. Do ludzi przemawia niestety najczęściej argument finansowy. Ewentualnie jedyne, co może ich przekonywać to założenie, że może wśród tych gatunków będzie jakiś, z którego pozyska się cenne lekarstwo, np. na nowotwór. To jedynie przemawia za ochroną bioróżnorodności, że może z tego coś człowiek kiedyś będzie miał, że będzie mógł w jakiś sposób – finansowo albo zdrowotnie – na tym skorzystać.  

Jak chroni się murawy?

Murawy to są siedliska w naszym klimacie półnaturalne, ponieważ w Polsce mamy klimat przejściowy, a nie kontynentalny. Jesteśmy w strefie lasów liściastych zrzucających liście na zimę, więc w ostatnim ogniwie sukcesji. Jeżeli  nie będzie nas, to będzie las liściasty. Na murawach również. Są to więc siedliska, które mogą przetrwać dzięki działalności człowieka. Wypas czy wypalanie likwidowały drzewa i krzewy i dzięki temu utrzymywały się murawy, Owszem są małe fragmenty muraw na podłożu skalnym, gdzie nie ma wystarczająco głębokiej gleby i one mają się całkiem dobrze bez działania człowieka. Ale to też jest kwestią czasu, bo kiedyś utworzy się tam warstwa próchnicy i stopniowo i te murawki zarosną. Dlatego ze względu na klimat ochrona bierna muraw nie wchodzi w grę i musi być stosowana ochrona czynna: wykaszanie, wypasanie zwierząt albo wypalanie.

Wypalanie jest chyba dość kontrowersyjne.

Na dużą skalę i na łąkach – tak, ale trzeba rozróżnić, co jest łąką, co jest murawą. Na stepach samoistne pożary zdarzają się często, więc rośliny, które tam występują są przyzwyczajone do nich i są przed nimi zabezpieczone. Ze zwierzętami bywa różnie i zależy od okresu, kiedy pożar przyjdzie. Dlatego wypalanie może być kontrowersyjne. Jednak są gatunki bezkręgowców, które występują tylko w dobrze zachowanych murawach. Jeśli murawy zarosną, zginą i one, mało tego – utrzymują się właśnie w wypalanych murawach. Nie jest więc tak, że pożar spowoduje ich wyginięcie. Poza tym, jeżeli stosujemy pożar jako zabieg ochrony czynnej, to mówimy o kwaterowym wypalaniu. Nigdy nie wypala się całej murawy, tylko po kawałku. Kręgowce sobie poradzą – ptaki na pewno odfruną, a inne zwierzęta przejdą w inną część murawy lub uciekną. Chodzi głównie o bezkręgowce, które mogą nie zdążyć uciec. Ale wczesną wiosną, gdy często są jeszcze poukrywane, nic im się nie stanie, bo pożar przejdzie górą. Jako zabieg ochrony czynnej wypalanie zawsze prowadzi się kwaterowo, więc owszem cześć zwierząt może ucierpieć, ale nie wszystkie wyginą. Poza tym wypalanie jest formą nie tylko skuteczną, ale również najbardziej ekonomiczną.

A pozostałe formy ochrony, o których Pani wspomniała?

Wycinanie krzewów i drzew to trochę syzyfowa praca. Wiadomo, że sosna nie odrośnie, ale wszystkie liściaste krzewy odrastają z jeszcze większą siłą. Wycinanie trzeba by było robić w sposób bardzo regularny. Niestety tu pojawia się często konflikt interesów. Zabiegi ochrony czynnej czy wycięcie krzewów można prowadzić w okresie poza ochroną lęgową, czyli od końca października do początku marca. Jeśli wycinamy wtedy krzewy na murawach, to one sobie na wiosnę spokojnie odbiją. Żeby je zniszczyć, to musielibyśmy ciąć je w sezonie kilka razy, by je wystarczająco osłabić, żeby nie miały siły odbijać.

Wypasanie jest obecnie stosowane dość rzadko, ponieważ wiąże się to z utrzymaniem zwierząt. Wyprowadza się je na wypas, ale one na jednej murawie mogą paść się tylko jakiś czas, bo tam nie będzie dla nich pożywienia na cały sezon. Poza tym zwierzętom trzeba zapewnić wodę, w zimie utrzymanie oraz człowieka, który będzie je pilnował. Są programy ochrony czynnej muraw, gdzie prowadzi się wypas zwierząt. Jednak program trwa rok lub dwa, a potem brakuje pieniędzy na jego kontynuację. Na przykład przez trzy lata pod rząd były wypasane owce w Czumowie nam Bugiem. Doskonale widać, dokąd był prowadzony wypas, bo tam roślinność jest niska, a tam, gdzie nie było wypasu trawy są wysokie, mocno wkraczają gatunki nitrofilne i wkrótce po murawie zostanie tylko wspomnienie.

Stosowanie zabiegów ochrony czynnej zapewni murawom przetrwanie?

Powinny jakiś czas przetrwać, może nie do końca w takim samym stanie i o takim samym składzie gatunkowym, ale jako formacja roślinna powinny przetrwać. Do końca nie możemy mieć pewności, bo to zależy od tego, co będzie się działo w klimacie. Zmiany klimatu są duże, co doskonale widać po roślinach, nawet po chwastach w ogródku. Jeśli ktoś od wielu lat uprawia ogródek, to wie, że kiedyś nie było portulaki pospolitej a obecnie to jest główny chwast. Zmiany warunków klimatycznych zawsze wpływają na zmiany zasięgów wielu gatunków. To jest proces naturalny, że jedne gatunki rozszerzają swoje zasięgi, inne zmniejszają. Tylko obecnie – na skutek naszych działań – to się dzieje bardzo szybko. Tak bardzo zachwialiśmy równowagę przyrodniczą, że organizmy nie nadążają za zmianami w ich otoczeniu. Jeśli jakieś zmiany zaszły w przyrodzie, to już nie wrócimy do tego, co było. Dlatego tak ważna jest ochrona.

Od czego zależy, które murawy są chronione i w jaki sposób? Wspominała Pani o Kątach koło Zamościa. Mimo, że to bogata w rośliny murawa, nie ma tam rezerwatu.  

Czy murawa jest chroniona czy nie w dużej mierze zależy od struktury własności. Niektóre miejsca są naprawdę cenne, ale czujemy się bezradni, bo nie jesteśmy w stanie uzyskać zgody właścicieli na utworzenie rezerwatu. U nas bardzo dużym problemem są sprawy własności. Tam, gdzie jest jeden właściciel albo grunt jest własnością Skarbu Państwa, tam stosunkowo łatwo jest utworzyć rezerwat, chociaż też czasami trwa to latami. O Kąty walczymy cały czas, zależy nam na tym, żeby to był rezerwat, ale problem jest z własnością tych gruntów. Tam są kawałeczki ziemi i każdy ma innego właściciela, bo to jest pole i kawałek skarpy za nim, pole i kawałek skarpy, itd. Trzeba byłoby geodezyjne wydzielać te działki, odkupywać je i dopiero zajmować się tworzeniem rezerwatu. Skąd wziąć pieniądze na geodetę, na notariusza? To są olbrzymie koszty, a ochrona środowiska jest traktowana tak, jak jest. Rezerwaty, które  mamy, trudno jest właściwie utrzymać, a co mówić o nowych. W Kątach raz udało nam się nawet pozyskać pieniądze z projektu, mogliśmy wydzielić działkę i wykupić ją, ale właściciel się nie zgodził.

Problemy wynikające ze struktury własności są również w Białej Górze koło Tomaszowa Lubelskiego. To wspaniałe miejsce na rezerwat – piękne i jak najbardziej zasługujące na objęcie taką ochroną. Ale tam jest około stu albo więcej właścicieli, którzy dodatkowo często mają nieuregulowane sprawy spadkowe. Żeby utworzyć rezerwat potrzebna jest ich zgoda a jak dogadać się z taką ilością osób albo dotrzeć do wszystkich właścicieli.  

Zgoda właścicieli nie jest potrzebna do ustanowienia na określonym terenie obszaru Natura 2000.  

Tak, program Natura 2000 jest formą ochrony, przy której nie jest wymagana taka zgoda. Aczkolwiek, gdy były tworzone te obszary niektórzy ludzie mocno protestowali. Wszystko zależy od tego czy mają z tego tytułu zyski. Jeśli ktoś bierze dopłaty a one są większe na tych obszarach, to jest zadowolony. Oprócz tego są tam realizowane ciekawe programy, nawet inwestycyjne np. na drogi czy inną infrastrukturę. Wtedy ludzie są pozytywnie nastawieni. Jednak, gdy okazuje się, że czegoś im nie wolno lub mają jakieś ograniczenie, na przykład nie mogą stosować pewnych zabiegów agrotechnicznych albo muszą je wykonywać w odpowiedniej kolejności, to wtedy pojawia się niezadowolenie.  

Brała Pani udział w przygotowaniu programu Obszary Natura 2000. Jak Pani ocenia ten projekt z perspektywy czasu? 

Na pewno dużo dał, bo wskazano miejsca, które są warte ochrony. Dzięki temu ludzie wiedzą, że na gruntach objętych programem jest coś, co wymaga ochrony i jest szansa, żeby coś dobrego tam zrobić. Jeżeli teren byłby zostawiony sam sobie i nikt by o nim nie wiedział, to z pewnością byłoby dużo gorzej. Natura 2000 jest jak najbardziej potrzebna, bo dzięki niej można prowadzić określone dla danego miejsca zabiegi ochrony czynnej. Zarówno dla tych obszarów, jak i dla rezerwatów przygotowywane są plany ochrony, w których do każdego typu siedliska są przypisane określone typy działań ochronnych. W rezerwatach jest zdecydowanie większy reżim, niż na obszarach Natura 2000. Oczywiście na wszystkie działania trzeba pozyskać fundusze. Głównie jest za to odpowiedzialna Regionalna Dyrekcja Ochrony Środowiska.

Co jest najważniejsze w działaniach na rzecz ochrony muraw czy środowiska w ogóle?

Przede wszystkim świadomość ludzi i ich dobra wola, bo same instytucje i środki finansowe naprawdę nic nie dadzą. Ważne jest poczucie ludzi, że przyroda jest cenna, że trzeba ją chronić, że nie liczą się tylko pieniądze, ale liczy się właśnie przyroda. Wtedy moglibyśmy zrobić o wiele więcej dla środowiska naturalnego. Mam taki budujący przykład pana, który sam dba o murawę koło swojego domu. Pilnuje wszystkiego, sam prowadzi zabiegi ochrony, mimo że nie jest to teren objęty jakąkolwiek ochroną. On ją utrzymuje, bo ma świadomość tego, że to jest ważne.  

Jak o tę świadomość zawalczyć? Już na etapie przedszkola?

Tak, im wcześniej zaczniemy, tym lepiej. Ale ważna jest mentalność całego społeczeństwa. Nasze społeczeństwo jest nastawione raczej na branie, niż na dawanie. Większość ludzi uważa, że wszystko im się należy. Dopóki się nie zmienimy w naszym myśleniu, to nie będzie dobrze. Wszystko w naturze jest ze sobą połączone i trzeba widzieć całość. Trzeba umieć patrzeć na świat przyrody, a nie tylko na czubek własnego nosa.

Mało optymistycznie, ale Pani się chyba nie poddaje?

Nie jestem zbytnią optymistką. Świadomość jest kształtowana od dziecka a u nas króluje konsumpcjonizm, najważniejsze jest „mieć”. Trzeba by było przestawić myślenie na inne tory. Walczę, bez większej nadziei, ale jednak nie poddaję się, bo może uda się coś zachować, chociaż czasami to jest naprawdę walka z wiatrakami. Poza tym pewnych procesów w przyrodzie nie powstrzymamy. Nie oszukujmy się, to jest proces, który zaszedł dość daleko i nie damy rady go zahamować. Człowiek już tak zachwiał równowagą w przyrodzie, że teraz powrót do niej jest bardzo trudny.    

Przyroda jest bardzo bogata i bardzo skomplikowana. Nam się wydaje, że dużo wiemy, ale jeszcze na pewno za mało. Z pewnością nie jesteśmy w stanie, jak się niektórym wydaje, wszystkim sterować. Jeżeli prowadzimy zabiegi ochrony czynnej, to te same zabiegi przynoszą różne efekty w różnych typach muraw. Nawet na podobnym typie murawy, np. inaczej wiatr zawieje, inne nasiona przywieje i w efekcie co innego będzie na jednej murawie, co innego na drugiej. 

Ochrona muraw polega na powstrzymywaniu sukcesji naturalnej, czyli naturalnego procesu zmian. Możemy ją powstrzymywać, opóźniać. Mój znajomy zawsze wdaje się w filozoficzne dyskusje mówiąc: „Zależy, jakie mamy priorytety, co chronić, czy murawę czy proces”. Między innymi właśnie obszary Natura 2000 i rezerwaty odpowiadają na to pytanie, bo tam jest powiedziane, co mamy na danym terenie chronić. W jednym miejscu chrońmy murawę, w innym miejscu chrońmy proces tak, żeby była zachowana różnorodność. Nie utrzymamy wszędzie muraw. 

Dziesięć lat spędzonych na murawach – zawsze rozpoznaje Pani spotykane rośliny?

Nie da się wszystkiego rozpoznać od razu. Czasami mam do siebie żal, że za mało znam, np. wątrobowce albo mszaki. Oczywiście niektóre gatunki rozpoznaję od pierwszego wejrzenia, bo jak się człowiek opatrzy, to potem nie muszę mieć całej rośliny, żeby ją rozpoznać, już nawet po listku wiem co to jest. Ale są niektóre gatunki, które trzeba wziąć pod binokular. A na przykład w przypadku kostrzewy trzeba ciąć liście, bo dopiero przekrój przez liść może pomóc i też nie zawsze. Czasami bardziej zgaduję, niż wiem, nie mam stuprocentowej pewności jaki to jest gatunek. Ponadto gatunki często się krzyżują. Znaczenie ma też zmienność siedliskowa – w zależności od tego, w jakich warunkach roślina rośnie, to troszkę inaczej wygląda i czasami nie jest łatwo oznaczyć gatunek.

I wtedy zostaje Pani ze znakiem zapytania?

Czasami zostaję ze znakiem zapytania, bo żeby mieć pewność należałoby robić dokładne analizy genetyczne. To jednak nie jest takie proste, ponieważ trzeba mieć przebadanych sporo roślin z danego gatunku, żeby mieć do czego porównać. Dla mnie niezwykle ciekawe jest poszukiwanie odpowiedzi, dociekanie co to za gatunek. Czasami śmieję się, że jestem jak detektyw próbujący rozszyfrować jaki to gatunek albo gdzie rośnie.

Szkoda Pani tych ginących miejsc, wypadających z systemu gatunków? 

Szkoda, ale jestem bezradna. Robię, co mogę, ale przecież świata nie zbawię. Cały czas krążę po murawach. Teraz jest to trochę trudniejsze, niż wcześniej, gdy pracowałam ze studentami. Miałam czasem krótszy dzień pracy, więc na przykład w ciągu dnia mogłam pojechać w teren. Teraz pracuję codziennie do godziny piętnastej, więc jest trudniej, ale cały czas działam ze znajomymi. Obecnie realizujemy kolejne dwa duże projekty. Pierwszy polega na wyszukiwaniu i wykazywaniu miejsc, które warto byłoby objąć ochroną w formie rezerwatu. Chociaż czasami szanse na to są niewielkie głównie ze względów własnościowych, o których wspominałam. Szukamy miejsc, które są jeszcze mało zniszczone i cenne przyrodniczo. Drugi projekt to praca nad czerwoną księgą roślin Lubelszczyzny i mam nadzieję, że w końcu uda nam się ją skończyć. Jest czerwona księga roślin Polski, a my to samo robimy dla samej Lubelszczyzny. Będą w niej uwzględnione wszystkie gatunki rzadkie, zagrożone wyginięciem. Każda pozycja będzie opatrzona opisem rośliny, zdjęciem i rysunkiem, bo mamy takie rysunki przygotowane. Dodatkowo będzie wykaz stanowisk historycznych i aktualnych.     

Dużo jest takich roślin?

Na czerwonej liście roślin było ponad czterysta gatunków, ale oczywiście wszystkimi nie damy rady się zająć. Mamy dość dobrze opracowanych około dwustu gatunków, ale trzeba jeszcze wszędzie pojechać i sprawdzić stanowiska. Musimy szukać ludzi do pomocy, bo samemu nie da się sprawdzić wszystkich stanowisk dla dwustu gatunków na terenie całego województwa. Przy tym projekcie pracuje garstka ludzi, więc trzeba byłoby naprawdę nic innego nie robić, tylko jeździć po terenie. Potrzebujemy więc ludzi, którzy znają się na roślinach i są w stanie iść w teren.  

Życzę powodzenia w realizacji tych i kolejnych projektów. Dziękuję za spotkanie.

Również dziękuję.

 fot. Monika Krysiak  

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.